Praca
| Dystans całkowity: | 117532.00 km (w terenie 6313.00 km; 5.37%) |
| Czas w ruchu: | 6182:11 |
| Średnia prędkość: | 19.01 km/h |
| Maksymalna prędkość: | 55.00 km/h |
| Liczba aktywności: | 3000 |
| Średnio na aktywność: | 39.19 km i 2h 03m |
| Więcej statystyk | |
DPDZD
-
DST
38.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
01:55
-
VAVG
19.83km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pomimo powtórzenia kolejności procedury przedstartowej z wczoraj wyjeżdżam jednak minimalnie później - 6:09. Na dworze nie dość, że już ciemno, to jeszcze do tego mgły i to dość gęste. Robię stopa przy pobliskiej piekarni. Zajmuje mi to 3 min. a GPS dolicza po utracie sygnału około 1km, co na finiszu dostrzegam sprawdzając przejechany dystans. Na dobre ruszam w drogę o 6:12. Jedzie się nawet nieźle pomimo mgieł i konieczności ciągłego przecierania okularów. Czasy na punktach pośrednich są umiarkowanie dobre z tendencją do zbliżania się do granic bezpieczeństwa. Ostatecznie przy DorJan-ie jestem 6:49 czyli szału nie ma ale zdążę na czas. Na finiszu jestem z zapasem niecałej minuty. Po drodze trochę irytowali mnie "kierownicy", którzy przy tak kiepskiej widoczności jechali tylko na nędznych ledach z przodu i zupełnie nieoświetleni z tyłu. Tym by się rozmowa edukacyjna z policjantem przydała.
Powrót pod wysokimi chmurami, między którymi usiłowało przebić się słoneczko. Temperatura neutralna. Do tego wiatr z południowego zachodu. Dość zauważalny. Wracam przez Mec, Środulę, Stary Będzin, nerkę, Zamkowe, Grodziec i Wojkowice. W domu chwila przerwy na drzemkę i potem standardowe zagięcie do wsiowego Lewiatana po zaopatrzenie. Na powrocie z zaopatrzeniem wyprzedziła mnie króliczka. Ładnie, równo jechała ale potem ona w lewo, ja w prawo i tyle z pogoni było. W ogóle w czasie jazdy całkiem przyjemnie ale dzień ogólnie jakiś taki ciężki. Chyba organizm zaczyna reagować na jesienną zmianę natężenia światła i temperatury.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
38.00km
-
Teren
2.00km
-
Czas
01:55
-
VAVG
19.83km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Poprzestawiałem kolejność czynności przedstartowych i zwalczyłem grawitację poduszki uzyskując dzięki temu bardo dobry czas startu. Na jezdni jestem już o 6:01. Zahaczam o pobliską piekarnię i ruszam niespiesznie w drogę. Jest chłodno ale nie jakoś tak tragicznie. Niebo z wysokimi, niegroźnymi chmurami, chyba lekko podwiewa. Kręcę bez ciśnienia bo rezerwa czasowa jest ogromna. Punkty kontrolne zaliczam w rewelacyjnym czasie. Na miejscu jestem z zapasem 10 min. Bardzo przyjemny dojazd do pracy. Pasuje mi ten brak presji czasu.
Powrót w ładnym słoneczku. Przyjemnie. W cieniu jednak już nie. Ale i tak się fajnie kręciło. Wracam przez Mec, Środulę i Stary Będzin. Na ścieżce małobądzkiej spotykam Mariusza jadącego do domu dokładnie w przeciwną stronę. Pogaduchy. Dość długie. Kończymy jak na pobliskim budynku zaczyna wyć alarm. Kręcę dalej przez nerkę na Zamkowe i stamtąd na ścieżkę do Grodźca. Po drodze robię wjazd na Dorotkę ale nie pod sam kościół na szczycie tylko ścieżką dookoła by zrobić foto budowy centrum logistycznego Lidl-a przy "86", które rośnie wręcz w oczach. Potem zjeżdżam do Grodźca aż pod Biedronkę i wbijam na ścieżkę w stronę Wojkowic. Tak się czasem zastanawiam czy kiedyś te porozrzucane odcinki połączą się w jeden ciąg rowerowy... Na razie trzeba wiedzieć jak się z jednego na drugi przemieścić. Kręcę do wojkowickiego Orlenu i odbijam w teren na prostą do domu. Powrót przyjemny i spokojny. Żeby tak jeszcze z 5 stopni na plus więcej było to pogoda byłaby idealna jak na tą porę roku.
Kategoria Praca
DP PTTK ND
-
DST
41.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
01:49
-
VAVG
22.57km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Poranne grzebanie wciąż idzie mi ciężko co skutkuje startem dość późnym - 6:17. Niebo bezchmurne. Jedynie na wschodzi widzę pióropusz dymu z Huty Katowice i drugi, pary z chłodni elektrowni w Łagiszy. Na wstawaniu tak ciemno, że widać ładnie Oriona i rąbek Księżyca. Na starcie już dość widno. Temperatura nieco wyższa niż w czwartek i piątek ale jednak chłodno. Jadę ubrany "na długo", w rękawiczkach i czapce. I wcale nie było mi jakoś gorąco. Zapas na marudzenie mam minimalny więc po drodze bez focenia. Kręcę równo ale jeszcze daleko od maksimum. Punkt kontrolny na Zielonej zaliczam w górnych granicach bezpiecznego czasu przelotu. Przy DorJan-ie jestem o 6:49 więc wbijam na "ścieżkę" rowerową. Za stadionem jest wylot drogi osiedlowej, a za nim wykopana wielka dziura prawie na całą szerokość ciągu pieszo-rowerowego. Ogrodzona siatką więc wpaść raczej trudno ale źle się to objeżdża. Na dodatek obok jeszcze rozłożona rura odprowadzająca wodę. Objeżdżam to trawnikiem i robię głupi manewr próbując na sporej prędkości przejechać po tej plastikowej rurze. Niestety pod zbyt ostrym kątem. Kończy się to tym, że przednie koło ślizga mi się po wilgotnym plastiku i rowerek kładzie się na trawie, a ja z rozpędu wyskakuję do przodu przebiegając kilka kroków by uratować się przed upadkiem. Nieco utemperowany tą wpadką jadę dalej już nieco spokojniej zwłaszcza, że mam jeszcze w zapasie kilka minut. Ostatecznie na mecie jestem o 6:58. Mimo słabej temperatury jednak przyjemny dojazd do pracy. Trochę tylko żal, że już jeżdżenie na krótko chyba przejdzie z kategorii normy do kategorii incydentów.
Z pracy wyjeżdżam nieco później i kręcę bez większego gięcia i naginania do siedziby PTTK w Sosnowcu na spotkanie Cyklozy. Na miejscu są już Prezes i Paweł. Wkrótce potem zjawiają się kolejni klubowicze i kiedy są już wszyscy, którzy się zapowiedzieli zaczynamy obrady. Na pierwszy ogień idą ustalenia co do najbliższych wyjazdów. Potem propozycje na rok przyszły. W międzyczasie cieszę oko nowym rowerkiem Krzyśka, do którego przymierzał się już przed Krasnobrodem ale nie wyrobił się z zakupem. Widać, że właściciel ma z niego radochę. Pewnie niedługo będę miał okazję zobaczyć go w akcji. Potem jeszcze sprawa nieco cieplejszych strojów klubowych i innych gadżetów z logo Cyklozy. Czas szybko leci i robi się zarówno ciemno jak i chłodno. Około 19:00 kończymy posiedzenie i stopniowo się rozchodzimy. Solo kręcę przez Milowice, Czeladź i Wojkowice do domu. Nawet przyjemnie się jedzie. Jedynie odcinki pokonywane przy czołówce niezbyt komfortowe. Na miejscu jestem ciut przed 20:00.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
38.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
01:48
-
VAVG
21.11km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Udaje mi się dziś nieco przyspieszyć start ale jeszcze nie jest idealnie. Ruszam o 6:15. Sucho, bezchmurnie, bezwietrznie i zimno. Para bucha z ust przy każdym oddechu. Na polach mgiełki. Jadę bez większego ciśnienia ale ze świadomością, że nie ma czasu na marudzenie i postoje. Zresztą nie bardzo są powody do postojów bo jest grubo przed wschodem słońca i warunki do focenia są słabe. Punkty kontrolne zaliczam w górnych granicach bezpiecznego czasu przelotu. Na DorJan-ie jestem o 6:50. Na mecie ostatecznie z zapasem 2 min. Sama jazda sprawia frajdę ale już warunki nie. Nogi mówią, że w takiej temperaturze nie da się podawać tak jak należy. Na początku też strasznie po uszach było mi zimno. Dopiero po około 4km zaczęły pracować jak radiatory odprowadzając nadmiar ciepła i przestały dawać się we znaki. Niestety chyba niedługo w regularne użycie trzeba będzie wdrożyć czapeczkę :-/
W ciągu dnia ładnie świeciło słoneczko i nawet było omalże ciepło. Jednak nim wyszedłem niebo zaciągnęło się dywanem wysokich chmur i zrobiło się tak nijako. Powrót rozpoczynam kawałkiem terenowym przez lasek zagórski. Potem zwykły odcinek w stronę mostu ucieczki porzucając ten kierunek nieco wcześniej. Przejeżdżam przez przejazd kolejowy niedaleko Lidl-a. Tu jakiś nierozgarnięty "kierownik" zajeżdża mi drogę mimo tego, że sygnalizuję skręt w lewo, gdzie prowadzi droga z pierwszeństwem przejazdu. Chyba jednak wyczułem przeciwnika bo mimo wszystko byłem w gotowości użyć klamek i do tego też zostałem zmuszony by nie zostać trafionym. Kręcę dalej już spokojnie w stronę oczyszczalni ścieków i w teren wzdłuż torów na Ksawerę. Potem kawałek asfaltem by wbić na ścieżkę na wale Czarnej Przemszy. Porzucam ją przed targiem jadąc między domki jednorodzinne i lawiruję by obrać kierunek na Grodziec. Ścieżką podciągam się za browar i dalej aż pod kościół by zrobić zjazd do Biedronki. Stamtąd już standardowa droga ścieżką do Orlenu i potem terenowo-asfaltowa prosta do domu. Przyjemnie się jechało choć czasem gdzieś po plecach powiało chłodem. Jakoś nie mogę się ciągle przyzwyczaić do tej dość nagłej zmiany pogody :-/ Dołuje konieczność owijania się taką ilością ciuchów. Bardzo to niekomfortowe.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
39.00km
-
Czas
01:53
-
VAVG
20.71km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
I powtórka z wczoraj jeśli chodzi o godzinę startu. Dziś obsuwa spowodowana smarowaniem Rzeźnika i przebierankami z okazji opadu, który, miałem nadzieję, nie pojawi się mimo zapowiedzi ICM-u. Nie walczę o czas bo pośpiech przy dzisiejszych warunkach na drodze może się źle skończyć. Generalnie deszczyk nie jest specjalnie groźny, coś ledwo ponad mżawkę, niemniej jednak namacza okolicę i gromadzi się w koleinach. Czasy pośrednie mam zbliżone do wczorajszych. Tyle dobrze, że jakby mniejszy ruch na drogach i do celu docieram bez ekscesów. Na miejscu jestem ze stratą 5 minut i pewną ilością wody w butach. W sumie jednak przyjemny dojazd. W pracy co niektórzy wykazują oznaki niedowierzania, że przy takiej pogodzie chce się jeździć. Cóż... cykloza to nielekkie schorzenie...
Po pracy zrobiło się wizualnie nawet przyjemnie: trochę słoneczka momentami przesłanianego przez chmurki, sucho. Niestety termicznie było słabo. Wiał raczej chłodny wiatr. Powrót robię niespieszny z lekkim zagięciem. Początek to standardowa droga do Będzina przez Mec i Środulę. Potem również standardowo do Grodźca przez Zamkowe. W Grodźcu zaczynam wygięcie zjeżdżając do Biedronki i dalej ścieżką do Wojkowic. Wspinam się pod kościół i skręcam w stronę Strzyżowic pokonując podjazdy na odcinku do "913" i potem jeszcze jeden na ul. Belną. Stamtąd zjazd do piekarni po mały bonus i powrót do domu. Przyjemnie się jechało. Trochę szkoda, że nie było tak z 5 stopni cieplej. Ale i tak jest poprawa w stosunku do warunków porannych.
Kategoria Praca
DPZD
-
DST
37.00km
-
Czas
01:49
-
VAVG
20.37km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś grzebanie przedstartowe szło mi wyjątkowo tragicznie i sam start wyszedł w tak czarnej czasowej, że było aż 23 po 6. Spóźnienie murowane. Pytanie tylko o ile? Nawet jakoś specjalnie nie próbuję nadrabiać bo też i warunki niezbyt temu sprzyjają. Jest zdecydowanie chłodno. Może trochę ponad +5 stopni. Wieje wiatr. Pochmurno. Tyle dobrze, że sucho. Jadę "na długo". Ruch na drogach też jakiś inny niż jestem przyzwyczajony. Mozolnie posuwam się do przodu na każdym punkcie kontrolnym rejestrując spore opóźnienie. Na zielonej 6:44. Przy DorJan-ie 6:56. Ostatecznie ląduję na mecie ze stratą 6 min. Nie tragicznie ale zdecydowanie sygnał do poprawienia procedury przedstartowej. Poza tym przyjemny i spokojny dojazd do pracy.
Warunki powrotne równie mało sympatyczne jak rano choć w ciągu dnia przez trochę widać było słoneczko. Potem jednak zawiało, chmury zgęstniały i znów zrobiło się ponuro. Kręcę bez większego ciśnienia w stronę Mortimeru i dalej na Mydlice do tamtejszego Kauflanda po małe zaopatrzenie. Sprawunki załatwiam z sukcesem. Kontynuuję jazdę w stronę Koszelewa i na Ksawerę. Dotaczam się do przejazdu kolejowego i czekam aż otworzą. Z przystanku rusza pociąg KŚ. Potem zapowiedź, że pojedzie bez zatrzymywania sama lokomotywa. Po niej jednak szlaban dalej twardo tkwi w poziomie. Rezygnuję z oczekiwania i przez Ksawerę kręcę w stronę Teatru Dzieci Zagłębia. Tam różnymi skrótami i bocznymi drogami wybijam się na wylocie z Będzina do Łagiszy i powolutku, nóżka za nóżką kręcę chodnikiem ku dawnej fabryce domów. Gdzieś w Łagiszy wyprzedza mnie szoszon ale zupełnie nie czuję się na siłach i w chęci do pościgu. Kręcę spokojnie swoje do Sarnowa i dalej do domu. W sumie wracało się przyjemnie. Muszę tylko pamiętać by wziąć jeszcze dodatkową bandankę jako szalik bo strasznie po szyi zawiewało.
Kategoria Praca
DPDZD
-
DST
38.00km
-
Czas
01:55
-
VAVG
19.83km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wstaję po 4:00 - środek nocy. Delikatny, spokojny rozruch doprowadza mnie w końcu do 6:00. Wyciągam Srebrną Strzałę ale nim ruszam robi się 6:12 (smarowanie łańcucha, wymiana lampki bo za słabe baterie, zmiana bluzy na kurtkę). Pocieszające jest to, że jezdnie są suche. Chyba delikatnie podwiewa. Dywan chmur na niebie. Chyba też nieco większy ruch niż ostatnimi czasy. Przynajmniej do świateł na "86". Kręcę bez ciśnienia. Zresztą w panującym półmroku jakoś ciężko wykrzesać entuzjazm do jazdy. Powoli jednak godzę się z myślą, że niedługo będzie to norma :-/ Pomiar czasu na Zielonej wykazuje, że jestem w górnej granicy czasu przelotu ale nie zwiększam tempa. Ostatecznie jestem na mecie równo o 7:00. W sumie przyjemnie się jechało.
Po pracy kulam się przez Mec i Środulę do będzińskiego Kauflanda. Tu zaskoczenie. Cały parking zagrodzony, wejście do marketu też. Jakaś grubsza akcja remontowa. No nic, jutro pojadę do dąbrowskiego i tyle. Kręcę dalej do serwisu zorientować się jak jest z Błękitnym. Ma być na czwartek gotowy. Z takim info ruszam przez Łagiszę do Sarnowa i dalej do domu. Niestety gdzieś w okolicach Łagiszy czuję jak mnie odcina. Na horyzoncie pojawia się króliczek ale czuję, że nie ma szans na skuteczną pogoń. Noga, za nogą dotaczam się do świateł w Sarnowie i tam już na lekkim spadku kręcę do piekarni w Psarach. Tam zakupuję i wciągam od razu 2 pączki. Siły wracają. Reszta drogi do domu leci sprawniej. W domu chwila oddechu, kawcia na pobudzenie i z sakwami robię standardowe zagięcie do wsiowego Lewiatana. Stamtąd zjazd z balastem prosto do domu. Warunki diametralnie odmienne od piątkowych. Chłodno, pochmurno, wiaterek. Raczej niezachęcające do jazdy okoliczności przyrody. Dało się jechać w krótkich spodenkach ale nogi nie podawały. Jutro raczej na długo :-( Strasznie gwałtowny przeskok w warunkach.
Kategoria Praca
DPOD
-
DST
63.00km
-
Teren
30.00km
-
Czas
03:29
-
VAVG
18.09km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś udaje mi się wytoczyć o całkiem niezłym czasie - 6:11. Na dworze nie za ciepło ale lepiej niż wczoraj. Profilaktycznie zakładam pełne rękawiczki i okazuje się na finiszu, że było to dobre posunięcie bo chłód mi praktycznie nie doskwierał pomimo kilku stref chłodniejszych. Toczę się bez ciśnienia i bez postojów bo jakoś nie trafił się żaden powód ku takowemu. Na Zielonej jestem w przyzwoitym czasie więc leciutko luzuję tempo. Wschód słońca doganiam na "dworcu kolejowym" w Dąbrowie Górniczej. Potem stanie na dwóch kolejnych światłach i spokojnie "ścieżką" do centrum Zagórza. Na finiszu jestem z zapasem 7 min. Przyjemny i spokojny dojazd do pracy. Rano przyglądnąłem się prognozie pogody, która wczoraj wieszczyła w moich okolicach potop na sobotnie popołudnie. Dziś wygląda to trochę lepiej ale jeszcze nie widać niedzieli na wykresach. Jak też będzie takie rozbabrane to może przyjdzie zrezygnować z kręcenia po terenie. A szkoda by było. Pozostaje trzymać kciuki, że jednak się wypogodzi.
Piątunio. Można się pobujać trochę nadprogramowo. Kręcę na początek bez kombinowania do Będzina do serwisu zapytać jaki jest stan Błękitnego. Nieczynne. Cóż, podjadę w poniedziałek. Skoro tak się sprawy mają to kręcę do Grodźca skracając nieco terenem i wbijam na trasę, jaką planuję na niedzielę. Sprawdzanie dawno niejechanych miejsc przebiega sprawnie. W okolicach Rogoźnika i potem w lasach przy zbiorniku Kozłowa Góra oraz w Siemoni trafiam na rozwieszone na drzewach taśmy i namalowane zielone i czerwone strzałki. Czyżby pozostałości po jakichś zawodach? Odpowiedź otrzymuję w drodze od zbiornika Kozłowa Góra do Siemoni. Na długiej prostej najpierw wymijam się z parą rowerzystów a chwilę po nich nadbiegają kolejno trzej organizatorzy biegów w Rogoźniku. Zagaduję jednego z nich i dowiaduję się, że jutro będzie półmaraton w tych okolicach. Ci co zdecydują się wystartować, a na dużej pętli ma być setka zawodników, będą mieli bardzo ambitną trasę do pokonania. Na szczęście w niedzielę będzie można już spokojnie znów w tych okolicach śmigać na rowerkach. Objazd kończę przez Górę Siewierską urządzając sobie szybki zjazd do domu. Po drodze jedna przerwa karmieniowa. Odcięło mnie nieźle w lesie i postój był koniecznością. Kręcenie popracowe raczej niespecjalnie szybkie ale za to bardzo przyjemne. Końcówkę objazdu ozdobiło słońce zbliżające się do zachodu. Trochę fotek z tego zrobiłem ale i tak oczami widać było o wiele lepiej.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
37.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
01:32
-
VAVG
24.13km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Przedstartowe grzebanie przeciągnęło mi się straszliwie. Jeszcze po wczorajszym śmiganiu w terenie musiałem kapnąć coś na łańcuch i w efekcie ruszam solidnie obsunięty - 6:19. Na wyjściu czuję, że jest chłodniej niż wczoraj ale jeszcze da się jechać "na krótko". Kręcę intensywnie nastawiając się na to, że po drodze żadnego focenia, ekstra przerw itp. W Łagiszy trafiam na pierwszą strefę chłodniejszego powietrza. Potem jeszcze kilka takich miejsc spotkałem i nogi to poczuły. Dłonie zresztą też. Nie mam jednak czasu na przebieranki bo muszę dogonić harmonogram przejazdu. Na Zielonej jestem 6:37 czyli tak na krawędzi. Przebiwszy się przez światła na Alei Róż i Mortimerze jestem obok DorJan-a o 6:49. To już bezpieczne ramy czasowe i mogę sobie znów pozwolić na męczarnie jazdy "ścieżką". Ostatecznie ląduję na mecie z 3 minutami zapasu. Jechało się całkiem dobrze tylko mogłoby być nieco cieplej.
Po pracy wciąż lato :-) Miały też być objazdy terenowe ale telefon z domu, że jest robota i plany się zmieniają. Bez ociągania kręcę powrót przez Mec, Środulę, Stary Będzin, ścieżkę wzdłuż Małobądzkiej aż do nerki i potem przez Zamkowe na ścieżkę do Grodźca. Porzucam ją kawałek za wiaduktem nad "86" i skręcam w lewo, w teren dociągając nim aż do cmentarza w Czeladzi. Potem już asfaltem pod Orlen w Wojkowicach i wjazd na prostą do domu. Przyjemne wybujanie powrotne :-)
Kategoria Praca
DPOD
-
DST
57.00km
-
Teren
20.00km
-
Czas
03:03
-
VAVG
18.69km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Poranek bardzo przyjemny. Startuję o 6:08. Przed drzwiami miłe ciepełko. Dopiero po drodze trafiam na strefy z chłodniejszym powietrzem. Jest jeszcze przed wschodem słońca ale całkiem już widno bo na niebie tylko jakieś drobne, zanikające strzępy chmurek. Mając rezerwę czasu kręcę niespecjalnie intensywnie. Mimo tego na Zielonej mam bardzo dobry czas więc decyduję się jeszcze w Dąbrowie zahaczyć o ścianę płaczu. Po drodze kilka postojów na focenie wschodzącego słońca. Pierwszy na "dworcu kolejowym", drugi na Henryka Dąbrowskiego i trzeci na Legionów Polskich. Coś tam wyszło ale znów nie tak jak oko widziało. A widoczki coś w sobie miały choć to tylko w terenie miasta. Postojami nieco obsuwam się w czasie ale nie na tyle by zarobić spóźnienie. Obok DorJan-a jestem 6:48 więc nie muszę nadrabiać asfaltem i męczę się "ścieżką" rowerową. Na miejscu jestem z zapasem kilku minut. Bardzo przyjemny i spokojny dojazd do pracy.
Po pracy bez ociągania kręcę przez Kombajnistów, Wawel i centrum Sosnowca na Milowice. Tam powtarzam eksplorację w upatrzonym kierunku i tym razem z sukcesem. Potem przez resztę Czeladzi jadę jak zamierzałem. W Wojkowicach eksploracje. Nowe ścieżki i skróty do wykorzystania w przyszłości. Potem badam przejazd do Rogoźnika. Tu mi trochę schodzi bo teren, na który wjechałem, pełen jest ścieżek zrobionych chyba przez quadowców i crossowców. Strome zjazdy, strome podjazdy. Tylko niektóre nadają się na rower i to tylko do zjazdu. Rowerem zupełnie nie do podjechania. Ale odkrywam też na własne potrzeby kolejne wertepkowe rozwiązanie. W końcu dopada mnie zmęczenie i wybywszy w Rogoźniku na asfalt już bez kombinowania kręcę do Strzyżowic i stamtąd prosto do domu. Bardzo udany powrót do domu. Ładnie się wybujałem na full-u :-) Jutro eksploracje trasy od Rogoźnika, o ile nic nie wyskoczy nagle.
Kategoria Praca






















