Uderzenie na Dęblin
-
DST
306.00km
-
Czas
13:30
-
VAVG
22.67km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dzisiejszy wyjazd byl już planowany przez Mariusza jeszcze nim pojechałem na szlak Odry. Ostatni tydzień to ustalanie detali i w czwartek przed północą startuję na spotkanie z Mariuszem i Robertem na parkingu przy Pogorii 4 od strony Wojkowic Kościelnych. To pierwsze kilkanaście km tego wyjazdu. Bez większego odwlekania ruszamy w drogę. Pierwszy punkt pośredni to Siewierz. Droga znana więc docieramy bez problemu. Kolejny pukt pośredni to Poręba. Ciemno, zimno i jazda za kreską na gps-ie. Kolejne miejscowości znikają w ciemności: Włodowice, Lelów, Koniecpol. Przed Koniecpolem zaczyna męczyć mnie brak snu. W Koniecpolu próbuję drzemnąć się na przystanku ale nic z tego nie wychodzi. Robi się jasno i jazda zaczyna się robić przyjemnjejsza. Dalej kręcimy przez Włoszczową, Łopuszno, Końskie, Ruski Bród, Szydłowiec, Skaryszew, Pionki do Dęblina. Sen męczy mnie wielokrotnie i w końcu doprowadzam do tego, że zalegamy na łące. Ile minut udało się drzemnąć to nie wiem ale robię się bardziej do jazdy. Obiad jemy w Skaryszewie pod postacią pizzy. Po 250 kilometrze siada mi lewa noga. Boli w oklicach kolana. Jazda robi się ślimacza do czasu aż Mariusz obdziela mnie ibupromami. Pomaga i znowu ruszamy dalej. Jednak tempo już nie to. Średnia spada z 23 km/h do ostatecznie 22,7 km/h. Jak dla mnie to i tak wartość rewelacyjnie wysoka jak na ten dystans i to z sakwami. Podejrzewam jednak, że chłopaki sami wykęciliby o wiele wyższą bo widać było u nich zapas mocy i nie doskwierał im tak brak snu. Na mecie focimy się na wjeździe przy tablicy z nazwą miasta. Potem jedziemy pod bardziej charakterystyczny punkt czyli pomnik przed Wyższą Szkołą Oficerską Sił Powietrznych. Ostatnie kilometry to dojazd do rodziny Mariusza.
Trochę refleksji mi się po tym rajdzie urodziło. Po pierwsze: nigdy więcej aż do następnego razu ;-p Po drugie: koniecznie się wyspać. Po trzecie: bez sakw. Niby to wszytko wiedziałem przed wyjazdem a jednak popełniłem te błędy. Ale w ogólnym rozrachunku: apetyt rośnie :-)
Link do pełnej galerii
Pierwsze niewyraźne zdjęcia z Koniecpola.
Witamy w końcu słoneczko.
Widzisz ten kościół na górce? Za chwilę tam będziemy.
I za chwilę jesteśmy.
Robi się przyjemnie ciepło.
Czasem dziwne rzeczy przyciągają uwagę :-)
Radom objeżdżamy bokiem.
Opactwo. Mariusz mówi, że to już rzut beretem.
Potem blachy, że to już Dęblin.
Dęblin zdecydowanie.
Pod szkołą lotników było tyle.
A jak padła komenda, że na dziś koniec jeżdżenia, to tyle.
Kategoria Kilkudniowe
DPOD
-
DST
101.00km
-
Teren
2.00km
-
Czas
04:26
-
VAVG
22.78km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
+11 na starcie i wrażenie rześkości. Jadę w długim rękawie czego potem trochę żałuję. Dojazd spokojny przez Gródków, Łagiszę, Zieloną i Dąbrowę Górniczą. Na miejscu o czasie. Bez większego stania na światłach. Dojazd całkiem ok.
Wczoraj dzień nierowerowy zaczęty od badań okresowych a zakończony spaniem i ładowaniem paliwa na dzisiejszy start. Niestety na nic się to zdało, bo przy oddawaniu zaświadczenia okazało się, że czegoś tam brakuje i muszę znowu jechać do przychodni. Nie namyślam się wiele tylko wskakują na powrót w obciski i ruszam. Na starcie jednak coś mnie tknęło i zajrzałem do sakwy. No tak! Nie mam ze sobą blokady. Czyli zamiast od razu do przychodni na początek do domu. Chyba rekord powrotu wycisnąłem. 43 min. Z blokadami najkrótszą drogą na Hutę Katowice (przez Sarnów, Preczów, na Piekło wokół P4 i dalej terenem wzdłuż torów obok P1, Gołonóg). Na miejscu mówią, że uzupełnią, owszem ale lekarz będzie dopiero po 11:00. Zostawiam więc papierek i gnam do pracy. Kolejne 20km wpadnie po 13:00 a potem jeszcze ze 16km na powrocie do domu i potem ze 20km na dojeździe do Wojkowic Kościelnych na spotkanie z Mariem i Robredo. To tyle, z tego co już zaplanowane. A co jeszcze wpadnie, to się okaże. No nie tak się miał ten dzień rozpocząć.
W trakcie pracy jeszcze jeden kurs na Hutę Katowice odebrać poprawione zaświadczenie. Potem powrót najkrótszą drogą przez Mec, Środulę, krawędzią Łagiszy do Gródkowa i do domu. Tu trochę czyszczenia Błękitnego i następnie pakowanie na wieczór. Resztę tego co dziś przejadę dobiję już do dnia jutrzejszego bo będzie to jeden przejazd.
Kategoria Praca
DP - mocne wejście - OD
-
DST
56.00km
-
Teren
8.00km
-
Czas
02:43
-
VAVG
20.61km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
+12 na starcie ale ze względu na wilgoć po wczorajszych opadach odczuwalnie chłodniej. Przed startem zabieram się za poczyszczenie nieco Srebrnej Strzały bo wczoraj na powrocie przerzutki już opornie pracowały. Rowerek ląduje na stojaczku i akcja rozwija się pozytywnie. Zestawiam wyczyszczony na ziemię, wrzucam sakwy i zonk. Kapeć na przodzie. Czyli dziś do pracy Błękitnym. Z tego wszystkiego zrobiło mi się opóźnienie dość spore i startuję w końcu o 6:30. Jakby nie jechać minimum 15 min. spóźnienia. Za to jedzie się bardzo komfortowo. Rowerek idzie lekko i cicho połykając sprawnie kilometry. Niestety sprawność przejazdu poległa na przejeździe przez tory przy "dworcu kolejowym" w Dąbrowie Górniczej. Z jednej strony Koleje Śląskie, z drugiej InterCity nad morze i nie pozostaje nic innego jak czekać aż odjadą. Nawet gdybym chciał po buracku przejść pod szlabanami to by się nie dało bo ten nad morze taki długi, że się nie zmieścił przy peronie. Lokomotywa za peronem, dwa wagony przed peronem. Nijak przejść. Jak już pojechały to dalej spokojna jazda przerywana postojami na światłach. Do celu docieram już bez większych przerw ale spóźniony 18 minut :-/
A w pracy od razu mocne wejście. Na biurku leży sobie dysk z monitoringu z notatką, że pilne. Czytam detale: potrącenie pieszego wybiegającego zza autobusu. Jak zobaczyłem w końcu co się nagrało... Jak ktoś wierzy, to niech się pomodli żeby przeżył.
Po pracy jadę pod molo na Pogorii 3 na spotkanie z Mariuszem by obgadać kilka spraw związanych z weekendowym wyjazdem. Zjeżdżamy się niemal jednocześnie i zasiadamy na ławeczce podebatować nad mapą. Potem jeszcze sporo tematów innych i robi się 17:00. Ponieważ Mariusz "ma plana" dołączyć do cotygodniowego objazdu Ghostbikersów ale ma jeszcze czas to robimy objazd we dwóch. Wzdłuż Pogorii 3 do przystani żeglarskiej gdzie odbijamy na Piekło i dalej terenem objeżdżamy Pogorię 4 do Wojkowic Kościelnych. Dziś nie ma policji na wjeździe i kilka samochodów parkuje już przy budce z kawą. Tu wracamy na asfalt i jedziemy w stronę Marcinkowa gdzie skręcamy do Preczowa. Dalej do Twardowic robiąc kolejny kawałek terenowy aż do Dąbia. W Dąbiu skręcamy na Chrobakowe skąd znów terenem do Malinowic. Obok szklarni wbijamy kolejny raz w teren i ciągniemy pod stadion piłkarski w Psarach. Tu się żegnamy. Mariusz jedzie gonić klubowiczów a ja wracam do domu. Tu opróżniam sakwę i jeszcze małe kółeczko do wsiowego Lewiatana.
Tak trochę boję się tego weekendu bo jak Mariusz sobie depnął, żeby podnieść ciśnienie, to ja miałem na liczniku 40km/h a on wciąż się ode mnie oddalał. Musiał mieć tak z 10km/h więcej. Strach się bać. Liczę tylko na to, że na długiej trasie nie będzie tak szalał ;-) Inaczej będzie musiał mnie skopać gdzieś do rowu jak padnę ;-p
Kategoria Praca
DPSD
-
DST
35.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
02:06
-
VAVG
16.67km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
+15 na starcie. Jak wstawałem o 4:30 to było mokro ale nie padało. Na wyjściu (6:05) już lekko kropiło ale uznałem, że dojadę niezbyt mokry. Po 4 km wiedziałem już, że nie ma takiej opcji. Próbowałem jeszcze rzeźbienia szuterkiem bo spod kół by tak nie chlapało ale szuterek był w lesie i leciało z drzew więc wyszło na zero. Potem próbowałem jeszcze trzymać się chodników bo niby kostka bardziej sucha ale po tym, jak mnie mało co jakaś księżniczka w czerwonej pandzie nie zgarnęła to sobie dałem spokój i wyjechałem na asfalty. A tam jak w Amazonii... Rozlewiska, rzeki i strumienie, bajorka. Po jakichś 8 km w butach miałem już bardzo nieciekawie w związku z czym zupełnie przestałem się przejmować tym, że pada. Do pracy dojeżdżam 3 minutki po czasie.
Dzisiejsza pogoda przypomniała mi, że kiedyś w Decathlonie przyglądałem się butom dla nurków z myślą o zastosowaniu ich do jazdy w deszczu. Właśnie temat powraca.
Powrót też nie uszedł mi na sucho ale i tak było o niebo lepiej niż rano. Deszcz z tych, co je Paweł nazywa, że "kida". Z ciuchów jedynie kurtka nie wyschła ale to akurat nie problem bo polarowa i nawet mokra daje ciepło w ruchu. Powrót bez większego gięcia. Przez Środulę do Będzina pod ścianę płaczu przy Kauflandzie i potem do serwisu, po zwijkę. Naczytałem się u Amigi co to się może z oponą powyrabiać, sam też miałem w tym miesiącu podobne przejścia i zdecydowałem, że jednak na wyjazd z Mariuszem zabiorę zapas. Za daleko jedziemy żeby ryzykować, że w sobotę czy niedzielę coś nas uziemi. Jednak w "moim" serwisie mają taką, co to trochę za droga jak na zapas więc za doradztwem właściciela jadę do konkurencji czyli do Olimpijczyka. I tam trafiam nieco tańszą Kendę. Dokonawszy zakupu ruszam do domu. Przez Zamkowe wybijam się na ścieżkę do Grodźca i tu czuję, że mi siada zasilanie. Coś dziś cały dzień głodny byłem ale udawało się uratować z tego stanu. Jednak w końcu mnie dopadło. Noga za nogą wlokłem się pod górkę przedzierając się na dodatek przez rozlewiska na ścieżce. Wczołguję się na kolejne górki, mijam Gródków i zawijam jeszcze na chwilę do sklepu bo kilka drobiazgów. Potem już do domu wyskoczyć z mokrych ciuchów. O tym, że powrót nie był taki zły świadczy fakt, że w butach jednak wody nie było. Nieco tylko skarpetki zawilgły. Do jeżdżenia ta pogoda nie nastraja. Niewielu rowerzystów dziś po drodze spotkałem.
Kategoria Praca
Radosna Improwizacja do BIDY
-
DST
93.00km
-
Teren
35.00km
-
Czas
04:31
-
VAVG
20.59km/h
-
VMAX
41.00km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś znów problemy z wygrzebaniem się z domu pomimo tego, że wstałem dość wcześnie. W efekcie jestem na molo przy Pogorii 3 10:03. Mariusz już czeka. W trakcie jak rozmawiamy pojawia się Domino i przez chwilę też jest Wallace. Z Mariuszem wstępnie obgadujemy rajd na Dęblin i umawiamy się na dogadanie detali we wtorek. Potem we dwóch z Dominem ruszamy na zaplanowany wczoraj obiad w BIDZIE |-) Mykamy jak się da to terenem, gdzie się nie da to asfaltem. Przy remizie strażackiej w Tucznawie robimy pierwszego stopa na Radlerka i przy tej okazji przydybuje nas MTB Team Banimex w składzie 4 zawodników. Domino robi im śledztwo gdzie jadą i jak już ustala ich cel, to rzuca pytanie: "Jedziemy z nimi na kamieniołom?" A pewnie! Chłopaki po zawodach to dziś pewnie jechali delikatnie. I dobrze bo ja na sztywniaku to na wertepach, zwłaszcza na zjazdach, miałem wrażenie, że mi się mięśnie kręcą dookoła kości. Tak telepało. Częściowo znanymi mi już ścieżkami jedziemy do kamieniołomu w Niegowonicach. Tam trochę kręcenia bo Team chciał obejrzeć sobie ścieżki z zawodów. Na szczycie chwila podziwiania panoramy i potem zjazd do asfaltu. Zawodnicy jadą swoje a my z Dominikiem swoje czyli do Bidy. Nim wbijamy w teren robimy jeszcze jednego stopa przy Lewiatanie na Radlerka i potem jedziemy do Łaz Błędowskich i dalej przebijamy się do Bolesławia i do BIDY. Chwilę po tym, jak wybiliśmy z terenu i wjechaliśmy na asfalt Domino mówi, że ma coś miękko w kołach i faktycznie tył za bardzo dobija. Robimy przerwę serwisową. Domino łata ja szukam w oponie problemu. Znajduje się znów drobny okruch szkła. Paproch usunięty, dętka połatana ciągniemy prosto do celu. Tam zamawiamy obiadek. Tym razem zdecydowałem się na rosołek (całkiem konkretna micha) i opiekane pierogi z kapustą. Zestaw w sam raz. Doskonale rozprawił się z głodem i dał zapasik sił na dalsze kręcenie nie będąc jednocześnie uciążliwy. Domino zdecydował się na placek po zbójnicku. Konkretna porcja mięcha. Zbieramy się już do startu powrotnego i tu nagle słyszę: "Nie spiesz się". Kapeć na przodzie tym razem. Wszczynamy ponownie serwis jak poprzednio: ja szukam problemu w oponie, Domino łata. Uprzednio robię jedno zdjęcie szydercze z nieco nieprofesjonalnie wyciągniętym palcem ale w końcu to nie ja jestem Szydercą w tym składzie a trochę głupio wygląda szydzenie z samego siebie (o ile w ogóle da się to zrobić). Serwis przebiega sprawnie i ruszamy w drogę powrotną. Na początek serwisówką wzdłuż "94" do Sławkowa. Wspomniało mi się, że tam wczoraj i dziś odbywa się piknik z historią w tle. Na rynku zastajemy śpiewający chór (całkiem dobrze im to wychodziło, trzeba przyznać) i postacie w mundurach niemieckich i polskich (chyba ułani) oraz niemiecki motor z przyczepą. Kilka foto i jedziemy dalej. Porzucamy serwisówkę i jedziemy na niebieski szlak, którym kiedyś jechaliśmy z Jadwigą i Prezesem. Tym razem jednak obywa się bez skakania przez tory. Wybijamy się na Kazimierzu i ciągniemy na Pogorię 3 zasiąść do Radlerków. Trochę nam schodzi na pogaduchach. Po 17:00 zwijamy się każdy do siebie. Ja przez Zieloną, Preczów i Sarnów docieram na kilkanaście minut przed ulewą. Chyba nocne jeżdżenie już dziś odpuszczę.
Link do pełnej galerii.
W kamieniołomie.
Z góry ładny widoczek.
Amatorskie szydzenie.
Chór w Sławkowie.
Ułani.
Ukręcone na dziś. Chodziło mi po głowie zagięcie do setki ale w końcu sobie darowałem. I dobrze bo niedługo po powrocie zaczęło padać.
Kategoria Jednodniowe
Mikołów - Ochojec - Zmagania u Waldka
-
DST
121.00km
-
Teren
20.00km
-
Czas
06:49
-
VAVG
17.75km/h
-
VMAX
49.20km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
O planach klubowych na dziś powiedział mi Waldek. Szybko sprawdzam na stronie klubu co i jak i zapowiadam się, że będę.
Rano straszne parcie na niewstawanie i w efekcie wstaję na tyle późno, że przygotowania kończę dość mocno po czasie. Ruszam na miejsce zbiórki wiedząc już, że się spóźnię. I to niemało. Na początek do Wojkowic pod kościół (ten od strony Grodźca). Dalej leci Czeladź, na dojeździe do której śmigam sobie obok "króliczka". Docieram mniej więcej na Milowice kiedy mam pierwszy tel od prezesa. Jednak hałas jak sprawia, że nawet nie próbuję z nim rozmawiać. Potem jeszcze jeden telefon ale nie odbieram bo jestem ładnie rozpędzony. Pod fontanną jednak poza potłuczoną butelką po piwie zastaję pustkę. Dzwonię do Prezesa i okazuje się, że przed chwilą ruszyli i poczekają niedaleko Stawików. Szybko się zjeżdżamy i już w komplecie jedziemy na Muchowiec. Po drodze Maciek zaczyna dbać o jakość wyjazdu robiąc efektowną glebę z przewrotką godną mistrza Aikido. Potem jeszcze czterokrotnie Maciek zadbał o jakość wycieczki łapiąc tyleż razy kapcia. Kontynuując jego wysiłki w utrzymaniu jakości wycieczki gubimy się z Prezesem na powrocie z Mikołowa.
Generalnie zaś przejazd spod Muchowca do Mikołowa to całkiem fajna trasa. Nasz przewodnik Marcin też nam kilka razy zamotał podróż ale na tyle fajnie, że nikt nie miał mu tego za bardzo za złe ;-)
Najważniejsze, że cel osiągnęliśmy. Mowa była o ogrodzie botanicznym w Mikołowie. Nie bardzo wiedziałem o co chodzi ale na miejscu sprawa się wyjaśniła. Chodziło o Sroczą Górę. Już tam raz kiedyś z klubem byliśmy wracając z jednej z naszych eskapad. Miejsce znane ale i tak dobrze było tam pojechać bo trasa inna. W ogrodzie nieco odpoczywamy, uzupełniamy płyny i po 14:00 ruszamy. Planu dzisiejszego jeszcze nie koniec bo jak się okazało, na Ochojcu jest seria inscenizacji bitew z okresu II Wojny Światowej. Wracamy częściowo już znanymi ścieżkami, częściowo zupełnie dla nas nowymi. Po drodze z Prezesem zostajemy z tyłu bo wymieniałem baterie w GPS. Grupa nam się urywa. My strzelamy ekstra kółko próbując dogonić ekipę. W końcu po kontakcie telefonicznym uzgadniamy, że spotkamy się na Ochojcu i ruszamy wg GPS-a drogami. Jak się później okazało wyprzedziliśmy chyba wszystkich pomimo tego, że wyszedł nam niezły objazd. Z grupą ponownie spotykamy się, przy odgłosach solidnej kanonady, na inscenizacji. Może nie taki rozmach jak w Wyrach ale widać, że i tu przygotowanie solidne zarówno w umundurowanie jak i sprzęt. Oglądamy jeden z epizodów i potem żegnamy się z naszymi kolegami i przewodnikiem z Katowic. Jedziemy w stronę Janiny. Szybko jednak kolejny postój i trzecia już pana u Maćka. Tym razem robimy dokładny przegląd opony i znajduję drobniutki płatek szkła, który uszkadzał dętki. Łatanie i można lecieć. Do Mysłowic poszło szybko i sprawnie. Tam focimy Szwedzkiego, którego przyuważył Marcin i jedziemy na Stawiki, gdzie żegnamy parę naszych towarzyszy. Dzielimy się na 2 grupy. Prezes z Adrianem lecą na chwilę na Zagórze. Reszta (Maciek, Domino i PanP + ja) jedziemy skrótami na działkę Waldka, gdzie ma się odbyć świętowanie urodzin Prezesa. Trochę nam na tym schodzi aż robi się prawie ciemno. W międzyczasie mocuję na kasku nową czołówkę. Powoli towarzystwo się rozchodzi. Z Dominem i PanemP jedziemy w stronę Zagórza i dalej do Dąbrowy Górniczej. Marcin odbija wcześniej by się dostać do Kazimierza. We dwóch docieramy w okolice targu w D. G. gdzie się żegnamy. Solo jadę pod molo na Pogorii 3 i dale na Zieloną skąd już najkrótszą drogą do Preczowa, Sarnowa i do domu.
Link do pełnej galerii
Pierwsza pana u Maćka i Szydercy przy pracy.
Potem trochę jeżdżenia.
Nasz przewodnik i mapa okolic Mikołowa.
Zbieramy się na koła po dłuższym odpoczynku.
Kolejny element ustawek czyli jazda obowiązkowa " na="" czuja="" bardzo="" udana="" bym="" powiedzia>
Inscenizacja w Ochojcu.Radziecki atak.
Trzecia pana Maćka. Drugiej nie widziałem bo miał ją wtedy, kiedy my z Prezesem byliśmy zagubieni w akcji. Czwartą Maciek zgłosił jak do domu dojechał.
Takie małe nic a tyle problemów sprawiło.
Szwedzki.
Foto zastępcze. Mniej więcej oddaje to, co się potem działo.
Kilometrów na dziś tyle. I wystarczy.
Kategoria Jednodniowe
DPOD
-
DST
51.00km
-
Teren
3.00km
-
Czas
02:13
-
VAVG
23.01km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
+9. Ładne słoneczko i lekkie mgły na polach czyli będzie po południu ciepełko :-) W sam raz na koniec tygodnia. W związku z postępem w kwestii godziny wyjazdu (dziś start 6:07) przejazd najspokojniejszym wariantem do Dąbrowy Górniczej czyli przez Sarnów, Preczów i Zieloną. Na odcinku od Preczowa do Zielonej dosyć konkretne mgły. Na tymże odcinku nogi też jakoś nie chciały podawać. Musi wilgoć i ogólne wrażenie chłodu sprawiły, że nie mogłem wejść na obroty. Odcinek od centrum D. G. do pracy już na właściwych obrotach. Nawet światła koło zjazdu do Nemo były dziś współpracujące. Generalnie przyjemny dojazd do pracy.
Po pracy sprawnie pod molo na Pogorii 3. Po drodze trochę zmian się uwidoczniło. Trochę połatanych dziur, w innych miejscach posunięte do przodu prace. Przy molo dzwonię do Mariusza, czy dziś rowerkiem ale okazuje się, że jest jeszcze w pracy i wstępnie umawiamy się na niedzielę by coś pokręcić i pogadać przy okazji o najbliższym lipcowym weekendzie. Potem objeżdżam P3 od strony Łęknic. Przy klubie jachtowym odbijam na Piekło i asfaltem objeżdżam Pogorię 4. Po drodze w oczy rzucają mi się nowe znaki pod tytułem zakaz kąpieli. Na regulaminach wcześniej to było napisane ale ludzie zlewali i pewnie to było powodem ustawienia nowych blach. Asfalcik pokonuję głównie na młynkach przy prędkości między 27 a 33 km/h jeszcze z rezerwą mocy i zapasem oddechu. Na podjeździe do Pogorii 4 dzwonię do Prezesa, który był mnie napadł akurat w czasie jazdy. Przypomina mi o jutrzejszym wyjeździe klubowym, o którym wcześniej powiedział mi Waldek jak rozmawialiśmy nim jeszcze z pracy wyszedłem. Potem ruszam w dalszą drogę. Na tymże wjeździe stoi sobie radiowóz a za nim sznurek samochodów. Tak się zastanawiam o co chodzi. Czyżby zrobiła się jakaś chryja o to, że ludzie tam do wody ciągną? Oj! Będzie chyba o to wojna. I tak sobie myślę, że tylko patrzeć jak na wylocie tej krótkiej uliczki ktoś zrobi płatny parking i zacznie czesać amatorów wywczasu nad wodą. Ja sobie objeżdżam spokojnie ten kram i jadę dalej w stronę świateł i na Marcinków. Osiągnąwszy Preczów śmigam obok remizy strażackiej w stronę Toporowic. Tu pierwszy kawałek terenowy czyli skrót do ul. Dąbrowskiej i dalej do Dąbia. Potem jeszcze jeden kawałek terenowy by się dostać do Strzyżowic i dalej prosto do domu. 4 tygodnie w tych okolicach nie jeździłem i zmiany, zmiany, zmiany... Niekoniecznie wszystkie na lepsze.
Kategoria Praca
DPDSOZ
-
DST
48.00km
-
Teren
2.00km
-
Czas
02:15
-
VAVG
21.33km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
+12 na starcie. O wiele mniej rześko niż wczoraj. Chmurki z prześwitującym słabo słońcem i wiaterek z kierunku nieoznaczonego. Dziś znów lekka poprawa w kwestii godziny startu ale do ideału jeszcze trochę brakuje. Bezpieczne ramy czasowe osiągnięte ponownie w okolicach "dworca kolejowego" w Dąbrowie Górniczej. Spokojny dojazd do pracy bez sensacji.
Zebrałem się dziś w sobie i połączyłem wszystkie ślady z wakacyjnego wyjazdu żeby mieć ogólny pogląd jak to wyglądało. Takie "mniejsze pół" Polski objechane.
Popołudnie dziś znów nieco pokręcone jeśli chodzi o użycie rowerków. Z pracy zwijam się tak szybko jak tylko mogę i wracam najkrótszą drogą do domu. Trochę pokapuje na początku ale niegroźnie. Potem dalej miejscami drogi mokre. To jeszcze na Srebrnej Strzale. W domu pakuję plecak i na zbiorkom do Będzina. Jadę odebrać Błękitnego po serwisie. Założone zapasowe kółko po uprzedni jego wycentrowaniu. Przednia piasta przejrzana gruntownie i jest ok. Do tego reszta rowerka też przejrzana. I to czuć jak się jedzie bo wszystko pracuje cicho, bez jęków, trzeszczenia, brzęczenia czy co tam jeszcze elementy składowe rowerka za odgłosy są wstanie wywołać. Po prostu ideał. Tylko szum nowiutkich opon na drodze. Ze starego kółka uratować da się tylko tarczę, bębenek i zacisk. Reszta tak ściorana, że nadaje się na złom. Z serwisu podjeżdżam na ścianki z graffiti obok Biedronki na dole Syberki. Jest tan nowa galeria, którą już jakiś czas temu przyuważyłem i nawet wczoraj w przelocie obejrzałem ale nie było wtedy czasu na focenie. Dziś podjechałem i te ciekawsze pstryknąłem (czyli większość). Ładnie wykonane choć mam wrażenie, że galeria z roku poprzedniego jakoś bardziej oko przyciągała. Potem bez zaginania ponownie przez Zamkowe i dalej przez Grodziec (a nie jak godzinę wcześniej przez lasek grodziecki) i Gródków do domu. Tu odstawiam Błękitnego i ponownie w użycie idzie Strzała. Z sakwami kółko do wsiowego Lewiatana. Błękitny teraz trochę będzie odpoczywał do pewnej imprezki, którą zaplanował Mariotruck :-)
Link do galerii z Art-ami.
I tak ze 3 arty dla wyrobienia pojęcia jak to wygląda.
Kategoria Praca, Opona, Serwis, Koło
DPDS
-
DST
42.00km
-
Czas
01:47
-
VAVG
23.55km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
+10 i wrażenie, że dziś o wiele bardziej rześko. Może i coś wiało ale nie miałem za bardzo czasu zwracać na to uwagi bo znów plan wyjechania z zapasem minutek nie wypalił i cała podróż do pracy po krawędzi okna przelotowego. Z nowości, które się urodziły jak mnie nie było, to zrobili asfalt na Robotniczej w D. G. Już wczoraj miałem okazję nim śmignąć. Pewnie będą się spieszyć by przed lipcem uruchomić bo to dojazd na Zieloną i do Pogorii 3. Tylko została im jeszcze cała Bolesława Limanowskiego do zrobienia. Na razie wszystko śmiga objazdem. Poza tym spokojny dojazd do pracy.
Po pracy najkrótszą drogą do domu w żwawym tempie. Wszystko to z powodu nieco dłuższego zasiedzenia w pracy a chciałem się jeszcze wyrobić z odstawieniem do serwisu Błękitnego. W domu zmiana rumaków i rzutem na taśmę odstawiam Błękitnego na wymianę tylnego kółka, zmianę opon i ogólny przegląd. Te 2 tys. km w niecałe 3 tygodnie nieco dały mu popalić. Napęd jest co prawda ok ale pojawiły się luzy na przedniej piaście a tylne koło ma już tak zjechaną piastę w miejscu zaczepień szprych, że lada moment i tak by się rozleciało. Na szczęście mam zapasowe kółko więc tylko wystarczy je zamienić po uprzednim wycentrowaniu zapasu. Powrót zbiorkomem. Odbiór jutro więc historia się powtórzy. Po pracy słoneczka nie za dużo ale ciepło i trochę wrogiego wiaterku.
Kategoria Praca
DPOD
-
DST
38.00km
-
Czas
01:44
-
VAVG
21.92km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
+12 na starcie. Słoneczko, lekkie chmurki, jakiś tam podmuch. Start nieco obsunięty choć bardzo starałem się dziś wyjechać wcześniej by się nie spóźnić. Na szczęście światła dość współpracowały, nie nadziałem się na pociąg, samochody nie nastawały na moje zdrowie i życie... Prawie jak w bajce ;-) Gdzieś w okolicach "dworca kolejowego" w Dąbrowie Górniczej udaje mi się wbić w bezpieczne ramy czasowe i na miejsce docieram punktualnie. Chyba wypakowana na full sakwa pomogła utrzymać przyzwoite tempo. Na pusto jakoś tak dziwnie mi się jedzie.
Po pracy na początek pod ścianę płaczu. Jak już wziąłem co miałem wziąć, to tak sobie pomyślałem, że w sumie mogłem pojechać do tej drugiej bo i tak do ProLine się wybierałem. Ehh... przyzwyczajenie. Tak więc spod ściany do ProLine po dwa podzespoły do komputerka. Stamtąd do serwisu w Będzinie umówić się na odstawienie Błękitnego na robotę przy kołach i potem przez Zamkowe i Grodziec do domu. Na powrocie kapkę wiało ale i tak jechało się fajnie. Może dlatego, że sakwa znów wypchana na full i ładnie tył dociążała :-)
Kategoria Praca






















