Bieszczady 2017 - dojazdu dzień drugi
-
DST
169.00km
-
Czas
10:08
-
VAVG
16.68km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Drugi dzień dojazdu rozpoczynamy nieco później niż pierwszy. Zmęczenie materiału. Jeden z Tomków oznajmia nam, że jednak zrezygnuje z jazdy w Bieszczady. Nie czuje się na siłach. Ma opcję dotarcia do rodziny kilkadziesiąt kilometrów od naszego noclegu. Przykro nam ale za trzeźwe ocenienie własnych sił należy się szacunek. Lepiej odpuścić za wcześnie niż za późno. Kawałek jedziemy jeszcze razem. Żegnamy się dopiero w Gromniku. Dalej kręcimy w szóstkę.
Trasa jest mało finezyjna. Wybieramy asfalt i główne drogi by szybko dotrzeć do celu. Łatwo nie jest. Po drodze jest całkiem sporo podjazdów i ciągle wzrasta wysokość.
Za Krosnem robi się zator ale poboczem można rowerkami śmignąć. Na zjeździe jakaś ślepawa "kierowniczka" bezrefleksyjnie skręca w prawo potrącając Witka. Dojeżdżam na miejsce jak już się pozbierał. Na szczęście bez złamań i otarć ale przednie koło ma zdeformowane. Ludzie okazali się nie na poziomie i nawet nie zaoferowali jakiejś rekompensaty, nie mówiąc już o pomocy. Zmyli się tak szybko jak tylko mogli. Gdybyśmy wezwali Policję to by się nam plan podróży posypał kompletnie. Zabieram się za centrowanie koła za pomocą ołówka. Idzie mozolnie ale udaje się doprowadzić koło do stanu używalności i jedziemy dalej.
Jedziemy w parach. Tomek poleciał przodem bo nas nieco wyprzedzał i nie wiedział o kolizji. Podczas serwisu goni go Maciek. Kilka minut później ruszają za nimi Monika i Dominik. Nie ma sensu by stali bezproduktywnie. My ruszamy zaraz po tym, jak udało się okiełznać problem.
Górki, pagórki, ścianki i spory ruch. Dzień ucieka. Gdzieś między Zagórzem i Leskiem zachodzi słońce. W Hoczwi jest już całkiem ciemno a my mamy przed sobą najgorsze podjazdy w liczbie bardzo mnogiej. Zmęczenie sprawia, że wleczemy się niemiłosiernie. Po zachodzie słońca jest dość zimno.
Meldujemy się na noclegu nieco przed północą. Reszta dojechała niewiele wcześniej od nas czyli można powiedzieć, że podgoniliśmy nieco. Właściwie, to nawet udało nam się jakoś Monikę i Dominika wyprzedzić w którymś momencie ale odeszli mnie i Witkowi jak bawiłem się z wymianą baterii w latarce.
Link do pełnej galerii
Kategoria Kilkudniowe, Z trzecim kołem
Bieszczady 2017 - dojazdu dzień pierwszy
-
DST
186.00km
-
Czas
10:40
-
VAVG
17.44km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Powrót w Bieszczady. Kolejny. Tym razem w dużo liczniejszym gronie. Na starcie poza Maćkiem i mną stają też: Monika, Dominik, Witek, dwóch Tomków i odprowadzający Marcin.
Planowany na 7:00 start obsunął się na nieco przed 8:00. Robimy przedstartowe foto z klubową flagą i ruszamy. Prowadzi Marcin w stronę Mysłowic i Imielina. W Imielinie korkowato. Mieliśmy jechać przez Oświęcim ale ruch na drodze sprawił, że ścinamy wcześniej w stronę Krakowa ostatecznie wbijając na wały Wisły. Sam Kraków jednak omijamy by nie tracić czasu na przebijanie się przez korki, światła i inne cudowne ułatwienia miejskie.
Gdzieś po drodze, ale jeszcze przed Skawiną, do szału zaczyna mnie doprowadzać kwadratura obu kół full-a. Wczoraj odebranego rowerka nie miałem okazji dobrze objeździć na asfalcie i dopiero dziś poczułem, że coś z oponami jest nie tak. Jakbym jechał na kanciastych kołach. Zatrzymuję się by spróbować poprawić ułożenie tylnej. Spuszczam nieco powietrza ale nie udaje się tego wyprostować. Przy pompowaniu wyrywam wentyl z dętki. Zaczyna się nieszczególnie. Zakładam zapas i jedziemy dalej. W Skawinie szybki wjazd do sklepu rowerowego. Kupuję dwie Kendy 2,10 i dwie zapasowe dętki. Przy pomocy Dominika i Tomka szybko przekładamy oponki. Zdjęte zwijam i przyczepiam do przyczepki.
W Skawinie żegna się z nami Marcin. Objazdami wraca do domu. My dalej za Garminem robimy objazd Krakowa. Kierujemy się na Świątniki Górne gdzie docieramy o takiej porze, że akurat można zjeść obiad. Robi się leniwie ale walczymy z tym dzielnie ruszając w dalszą drogę.
Optymistyczny plan zakładał dotarcie do Jasła jednak teren, bagaż i ciepły dzień sprawiają, że na taki wynik nie ma szans. Szacuję, że Zakliczyn będzie tym punktem, na którym zakończymy jazdę. Nocleg rezerwujemy ostatecznie w Zawadzie Lanckorońskiej, jakieś 2-3km od Zakliczyna.
Docieramy do mety dnia dzisiejszego już w ciemnościach zwalczając ostatni, dość stromy wjazd.
Link do pełnej galerii
Kategoria Kilkudniowe, Opona, Z trzecim kołem
Testowo poserwisowo
-
DST
21.00km
-
Teren
3.00km
-
Czas
01:02
-
VAVG
20.32km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dopiero na dziś miałem do odbioru Rzeźnika z serwisu (wymiana kasety, łańcucha, tarcz od korby, obu opon) i to dość późno bo przed 18:00. Do Będzina zbiorkomem, powrót na własnych kołach. Lekko zagiąłem o ścianę płaczu w centrum Dąbrowy Górniczej. Potem przez Zieloną i czarny szlak kręcę do Łagiszy i stamtąd przez Sarnów do domu. Tu przekładam szybkozamykacz na ten z kompletu od przyczepki, ładuję w sakwy obciążenie testowe i ruszam z trzecim kołem na malutkie okrążenie w celu przyzwyczajenia się do innego rozkładu obciążenia.
Kategoria Inne, Kaseta, Łańcuch, Opona, Serwis, Tarcza, Z trzecim kołem
Na spotkanie Cyklozy
-
DST
35.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
01:46
-
VAVG
19.81km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pierwszy dzień urlopu. Dziś w planach z rowerowania tylko wizyta w siedzibie PTTK w związku z comiesięcznym spotkaniem klubu.
Startuję jakoś tak koło 16:20. Kręcę przez Wojkowice, Czeladź i Milowice niezbyt intensywnie zakładając lekkie spóźnienie. Jedzie się przyjemnie. Jest ciepło, trochę podwiewa chyba mniej więcej z południa, słoneczko nie pali zbyt mocno. Bajka. W Czeladzi wymijam się z Tomkiem wracającym z pracy. Rzucamy sobie szybkie "Cześć". Do celu dotaczam się bez problemów i sensacji z obsuwą kilku minut.
Nie jestem ostatni, jak się chwilę później okazuje. Dziś jest nas całkiem sporo. Załatwiamy najpilniejsze sprawy czyli z zainteresowanymi omawiamy nieco detali zbliżającego się wyjazdu w Bieszczady. Dla mnie Prezes przywiózł potwierdzone książeczki i dużą srebrną odznakę KOT. Jeszcze 3 lata jeżdżenia i będzie duża złota ;-p Potem ruszamy się z siedziby PTTK-u na Stawiki zasiąść w lokalu i jeszcze poobradować niezobowiązująco z okazji 6 urodzin klubu. Mnie niestety goni czas i zwijam się nim wszyscy na miejsce dotarli.
Kręcę szybko w stronę Pogoni i dalej do Będzina a stamtąd najkrótszą asfaltową trasą (przez "913") do domu. Jeszcze muszę wyrobić się do weterynarza ze zwierzaczkiem, czego nie udało się zrobić wcześniej i przez co mi się trochę plan dnia rozjechał nie pozwalając wziąć udziału w nasiadówie. Udaje mi się do domu dotrzeć w przyzwoitym czasie i załatwić resztę spraw zaplanowanych na dzień dzisiejszy.
Jutro w planach odbiór Rzeźnika i jazda testowa po przeszczepie napędu i kapci oraz przeglądzie ogólnym.
Spacerowo do Niegowonic
-
DST
117.00km
-
Teren
20.00km
-
Czas
08:25
-
VAVG
13.90km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Coś koło czwartku dostałem info od Ani, że planuje spokojnym tempem 70km do Niegowonic na sobotę. Po ostatnich klubowych grubych setkach to było coś, co mi bardzo pasowało. Namiary startowe: Sosnowiec, Żyleta, 9:00.
Z domu wytaczam się tak na styk o 8:30. Kręcę krótko przez Gródków i Będzin. Trochę spowalnia mnie cosobotni kociokwik przy targu ale potem już jazda znów robi się płynna. Zataczam się na zbiórkę z dwoma minutami zapasu jako przedostatni. Czekamy jeszcze na przewodnika i potem do wypełnienia kwadransa akademickiego na ewentualnych innych spóźnionych. Więcej się nikt nie zjawia. Nas jest szóstka: nasz rodzynek-organizator Ania, skołowany przez nią przewodnik Marcin i Cyklozowa ekipa w reprezentacji Pawła, Tomka, Romana i mnie.
Trasa generalnie po znanych nam terenach. Większość tego już kiedyś z kimś jechałem więc widoczki znajome tyle, że solo bym musiał się posiłkować albo mapą albo GPS-em. A tak mogłem sobie spokojnie kręcić za czyimś kołem zupełnie nie przejmując się tym, czy jestem we właściwym miejscu. Sprawę załatwiał przewodnik :-) Choć czasem mu tam trochę mieszaliśmy w planach to jednak skutecznie wyprowadzał nas potem na swój planowany szlak.
Docelowo kręciliśmy do kamieniołomu w Niegowonicach. Trasa przez Zieloną, Antoniów, Ząbkowice. Nic finezyjnego ale skutecznie do celu i dość spokojną drogą. W Niegowonicach dołącza do nas na chwilę Łukasz, z którym jedziemy do kamieniołomu. Tu robimy sobie dłuższą przerwę na wciągnięcie izotonika, innych form paliwa, pogadać, pośmiać się, pofocić. Ogólnie odpocząć chwilę.
Potem jedziemy szukać jaskini zawaliskowej przy niegowonickich skałkach. Ania znalazła ale nawet ona, mimo tego, że była z nas najszczuplejsza, nie dała rady wejść do środka zbyt daleko. To miejsce to raczej taki symbol jaskini niż nasze wyobrażenie o niej. Szukaliśmy wielkiej dziury do której wleziemy wszyscy razem z rowerami i jeszcze zostanie sporo miejsca :-)
Ze skałek, by nie jechać tą samą drogą namawiamy przewodnika na zjazd w drugą i pętelkę w terenie, która by nas znów do Niegowonic zawiodła. Był po drodze kozacki zjazd polną drogą, długi, trawiasty podjazd i potem znów kozacki zjazd po betonowych płytach :-)
Wracamy na spokojniejsze i bardziej płaskie drogi boczne i gruntowe na kierunku do Sławkowa. Gdzieś po drodze wjeżdżam na potłuczone chyba słoiki. Słyszę nagle "psss... psss... psss..." i na tyle mam zero luftu. Kolejny tradycyjny element ustawki - kapeć. Tradycyjnie ekipa ostrzy paluchy do szydzenia a ja robię wymianę. Na szczęście obyło się bez komplikacji i kilkanaście minut później jedziemy dalej.
Powoli zaczyna wszystkim świecić rezerwa. Jest już coś koło 16:00 i bardzo pożądane staje się skonsumowanie solidnego obiadu. Planujemy zjeść coś w Austerii w Sławkowie. Nim tam jednak docieramy zostajemy zmuszeni do objeżdżania miasta prawie dookoła. Akurat ma miejsce bieg i marszobieg więc musimy stosować się do wskazówek Policji i Straży Pożarnej i rzeźbić bokami do celu.
Obiadek to około godzinna przerwa. Wesoła, oczywiście. Ciepełko dało nam już nieźle popalić. Rano wydawało się, że nie jest jakoś bardzo ciepło ale jednak słoneczko operowało. Czuję, jak nieco mi łapki upaliło.
Posileni zaczynamy już powrót ogólnie w kierunku na Kazimierz sosnowiecki. Znów trochę znanych i nieznanych ścieżek i dróżek by ostatecznie dociągnąć do celu. Na razie jeszcze wszystkim jest po drodze więc jedziemy w stronę Zagórza omijając wjazd pod Mec i wykorzystując do tego celu niebieski szlak przez lasek zagórski. Wybywszy z lasu żegnamy Romana, który jest już rzut beretem od domu.
W piątkę kręcimy na Środulę i zjeżdżamy w stronę przejazdu kolejowego na Chemiczną. Zamknięty. Nawrotka i jedziemy obskoczyć to bokiem. Po drodze odłącza Paweł. W czwórkę kręcimy jeszcze po dom, w którym urodził się Jan Kiepura. Tu chwila rozmowy i znów się dzielimy. Marcin z Tomkiem odbijają w stronę kościoła na Pogoni, a ja z Anią jedziemy w stronę Żylety. Tam ostatecznie żegnam organizatorkę dnia dzisiejszego i solo kręcę, trzeci już dzisiaj raz, ścieżką małobądzką do nerki w Będzinie i dalej przez Łagiszę i Sarnów do domu.
Tu mi się przypomina, że jeszcze o sklep muszę zahaczyć. Mój najbliższy już zamykają więc robię jeszcze standardowe zagięcie do wsiowego Lewiatana załatwiając co trzeba. Potem już szybki zjazd do domu.
Bardzo fajnie spędzona sobota. Wesoło, pogoda dopisała, tempo takie, że nie trzeba było się nigdzie specjalnie napinać. Dużo fajnych widoczków. Umiarkowanie zmachany. To lubię.
Link do pełnej galerii
Organizatorka soboty i przewodnik.
Szczytowa liczebność grupy.
Po horyzont wszystko moje. Dużo tego. Kurka, będzie roboty z zarządzaniem ;-p
Niegowonicki smok.
Sprzedać to do Windowsa XP... Wystarczyłby cent od instalacji żeby spać spokojnie do końca życia ;-)
Panoramicznie.
Kategoria Jednodniowe
DPODZD
-
DST
67.00km
-
Teren
10.00km
-
Czas
03:38
-
VAVG
18.44km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Ku mojej radości dziś spokojnie można kręcić na własnych kołach do pracy. Zbieram się średnio sprawnie i rozpoczynam jazdę o 6:11. Jest całkiem przyjemnie. Dużo słońca, lekki wiaterek, prawie ciepło, suche jezdnie. Trasa standardowa przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą. Po drodze drobne spowalniacze w postaci świateł i szlabanu ale nie ważą jakoś specjalnie na czasie przelotu. Bez sensacji i podnoszenia ciśnienia docieram na miejsce z zapasem 5 min.
Po pracy umówiony jestem z Krzyśkiem i Tomkiem na pokręcenie po okolicy. Warunki niezłe do jazdy ale jak słoneczko przesłonią chmury to ciepła jakoś nie czuć. Trochę wiaterku. Ogólnie ujdzie choć brak upałów, które rzekomo miały być. Kręcę na Zieloną standardową drogą przez Mec, Reden i Most Ucieczki. Docieram do celu z 10 minutami spóźnienia. Chłopaki czekają. Powitanie, małe zakupy i ruszamy w drogę. Na początek asfaltem na Marianki i wzdłuż Pogorii 4 do Wojkowic Kościelnych. A potem zaczyna się gięcie. Jedziemy na szlak rowerowy do Siewierza korzystając jednak tylko z jego początku. Potem wspinamy się pod wiatrak i terenem zjeżdżamy do świateł w Podwarpiu. Przebijamy się na zachodnią stronę "86" i kręcimy na Hektary i do brzegu zbiornika przeczyckiego. Stamtąd na podjeździk do Toporowic i na małą ściankę pod cmentarz w kierunku na Goląszę Górną. Przy tablicy odbijamy w teren i bujamy się nim aż do szkoły w Dąbiu. Potem asfalt do Chrobakowego i mały objazd przez las w stronę "86" i nawrót przy szlabanie na betony do Malinowic. Asfaltem dotaczamy się pod stadion Iskry Psary gdzie po chwili rozmowy żegnam się z chłopakami. Oni kręcę w stronę Sarnowa a ja wracam prosto do domu. Tu zarzucam sakwy i robię jeszcze standardowe zagięcie do wsiowego Lewiatana. Fajnie się jechało, fajnie gadało ale trochę mnie to kręcenie wymęczyło.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
34.00km
-
Czas
01:48
-
VAVG
18.89km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rozruch odbył się dziś sprawniej i w drogę wytaczam się o 6:10. Pochmurno. Trochę wieje. Jezdnie miejscami mokrawe. Z nieba padają kropelki niezbyt istotne dla przebiegu akcji. Kręcę standard jak wczoraj. Czasy pośrednie dobre ale tracę trochę na "dworcu kolejowym" w Dąbrowie Górniczej bo szlabany opuszczone przed pociągiem KŚ. Po wjechaniu do centrum D. G. kropelki przyspieszają zauważalnie. W centrum Zagórza nieco opad słabnie. Na miejsce zataczam się z rezerwą około 5 min. W butach, o dziwo, dość sucho więc wygląda na to, że ten deszcz bardziej straszył jak moczył. W sumie, przyjemny dojazd do pracy. Mam nadzieję, że prognoza ICM-u się sprawdzi i do domu uda się wrócić na sucho.
W ciągu dnia trochę popadało. Potem zaczęło wiać. Na wyjściu warunki są takie, że czuć spadek temperatury i zauważalny wiatr zdecydowanie niepomagający. Wszystko to nie zachęca do objazdów. Wracam bez większego ciśnienia najkrótszą drogą przez Mec, Środulę, Będzin i Grodziec. Po drodze bez sensacji.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
36.00km
-
Teren
3.00km
-
Czas
01:38
-
VAVG
22.04km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wyjazd znów na krawędzi okna przelotowego - 6:15. Na szczęście jest stosunkowo ciepło. Słoneczko trochę niewyraźne na początku. Lekko wieje i to chyba z kierunku niewłaściwego. Kręcę standard przez Zieloną i centrum Dąbrowy Górniczej. Światła dziś znów współpracują wzorowo. Nie muszę też stać na szlabanie przy "dworcu" w D. G. Ogólnie bardzo sprawny i spokojny przejazd do pracy. Na miejscu jestem z zapasem 3 min.
Powrót dziś zupełnie bez ociągania. Motywatorem było zaciemnienie nieba na południu i południowym wschodzie, co w połączeniu z prognozą ICM-u dało mi lekkiego speeda. Kręcę przez centrum Zagórza, Mortimer, Reden (gdzie zahaczam o ścianę płaczu) i dalej pod Most Ucieczki. Stamtąd na Zieloną i czarnym szlakiem do Łagiszy. Tu powrót na asfalt i przez Sarnów prosto do domu. Spokojnie, przyjemnie, ciepło. Tylko kilka razy po drodze drobne kropelki sprawiały, że mocniej deptałem na pedały. Udało się dotrzeć do domu na sucho. Na horyzoncie już pojawiło się kilka zygzaków a w powietrzu przetaczały się gromy. Miejscami jezdnia była mokra więc tu i ówdzie musiało trochę popadać.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
36.00km
-
Czas
01:44
-
VAVG
20.77km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rozruch dość wczesny ale opóźniony przez sarenki. Przy śniadaniu przyuważyłem dwie buszujące po polu i tak mnie wciągnęło obserwowanie i focenie, że zrobiła mi się obsuwa czasowa. Ostatecznie wytaczam się o 6:17. Jest całkiem przyjemnie. Spodenki na krótko, lekka bluza z długim rękawem i termicznie jest całkiem ok. Kręcę bez ociągania ale jeszcze też bez większego ciśnienia standard przez Łagiszę i centrum Dąbrowy Górniczej. Jestem cały czas na krawędzi okna przelotowego. Na Alei Róż i na Mortimerze jednak światła współpracują idealnie bo przejeżdżam je bez zatrzymywania. To pozwala zmieścić mi się w limicie czasowym. Na finisz zataczam się z rezerwą 60 sekund.
Po pracy przyjemniej niż rano ale bez szału. Trochę wieje, trochę chmurek, trochę słońca. Nie ma na co narzekać. Kręcę powrót umiarkowanym tempem przez centrum Zagórza, Mortimer, Reden, Most Ucieczki, Zieloną, Preczów i Sarnów. Po drodze postój u weterynarza i w piekarni. Przyjemny i spokojny powrót.
Kategoria Praca
Ustawka terenowa
-
DST
80.00km
-
Teren
40.00km
-
Czas
05:43
-
VAVG
13.99km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Po rundce asfaltowej po pagórkach dziś przekręciliśmy pewien dystans w terenie. Info wcześniej poszło na stronę klubową i FB ale poza klubowiczami i zaproszonymi przez nas osobami nie zjawił się nikt więcej.
Na miejscu zbiórki jestem pierwszy. Przed Egzotarium pusto. Szybko jednak zjawiają się kolejni klubowicze i w efekcie jest nas 9 osób. Ruszamy jeszcze zrobić zapas napojów i ostatecznie w drogę.
Początek to czerwony szlak w stronę Milowic. Trochę się po drodze gubimy a jeden z uczestników, wezwany telefonem z domu, musi nas opuścić. W ośmiu kręcimy plan. Początek wzdłuż Brynicy aż do wjazdu na szlaki czeladzkie, którymi przedostajemy się do Siemianowic Śląskich. Tu bawimy tylko chwilę i wracamy do Czeladzi. Trzymając się jeszcze przez jakiś czas Brynicy ostatecznie wybijamy się na szlak w stronę parku Rozkówka w Grodźcu.
Sam park nie jest dziś w planie więc omijamy go robiąc bokami objazd by wykonać wjazd na zbocza Dorotki, zrobić na niej pętelkę i zjechać inną stroną prawie do grodzieckiej Biedronki. Tu odbijamy na klinkierek i dalej w teren, który ma nas wyprowadzić na kierunek do Strzyżowic. Odłącza się mniej więcej w tym miejscu Tomek.
W siedmiu dotaczamy się do Strzyżowic. Nieco klucząc przetaczamy się przez kolejny grzbiet w stronę Rejonowego Zarządu Dróg w Rogoźniku. Przez chwilę w planach jest asfalt, który szybko porzucamy kierując się na terenowy podjazd pod cmentarz w Strzyżowicach. Tu naszemu nowemu kompanowi, Olkowi, przytrafia się dość nietypowa awaria. Klinuje mu się łańcuch między dwoma tarczami korby. Trochę trwa nim udaje się go wyszarpnąć.
Wtaczamy się pod cmentarz i kręcimy dalej na górkę paralotniarską w Górze Siewierskiej. Robimy dłuższy postój na karmienie i pojenie. Tu też w pełni odczuwamy zmianę pogody, jaka nastąpiła od rana. Zniknęło za chmurami słońce. Wieje dość silny i niezbyt ciepły wiatr. Wdziewamy co mamy i ruszamy w dalszą drogę.
Teraz już bez większego gięcia kierujemy się terenem w stronę szkoły w Dąbiu. Po drodze jest trochę pagórków i kamienistych, polnych dróg. Pech dziś prześladuje Olka. Trafia na kamień i zalicza glebę. Niegroźnie na szczęście. Spod szkoły asfaltami kierujemy się w stronę Malinowic gdzie znów mamy w rozkładzie nieco terenu.
Przy szklarniach w Borach Malinowskich najpierw Prezes, potem Krzysiek stwierdzają kapcie. My dychamy i szydzimy a ofiary się łatają. Uporawszy się z usterkami jedziemy dalej. Terenem przebijamy się pod sklep przy Urzędzie Gminy w Psarach. Chwila postoju na zakupy i wracamy w teren.
Teraz już prosto na Zieloną. Wykorzystujemy do tego czarny szlak rowerowy. Trzymamy się go niezbyt dokładnie omijając kawałek asfaltowy w okolicach Łagiszy. Mamy lepsza, bardziej wertepową wersję.
Na Zieloną docieramy już bez większych problemów. Tu się żegnamy. Z chłopakami, którzy jadą w stronę Pogoni kręcę i ja. Wałami Czarnej Przemszy dotaczamy się do Będzina, gdzie ostatecznie żegnam się z ekipą. Solo wracam przez Zamkowe i lasek grodziecki w kierunku Gródkowa. Po przekroczeniu "86" już nie szukam terenu tylko asfaltem, "913", kręcę do domu.
Na finiszu stwierdzam, że trochę mnie wymęczyło to jeżdżenie. Może nie była to jakaś mega wyrypa ale trochę sił ta jazda kosztowała. Tym bardziej, że od godziny startu do zakończenia, wg licznika Pawła, temperatura spadła o około 5 stopni. Do tego wiatr i brak słońca sprawiły, że trzeba było się trochę bardziej wysilić. Sam odczułem po dłuższych postojach jak nogi reagują na obniżoną temperaturę słabszym podawaniem. W sumie jednak jechało się całkiem fajnie. Pewnie za jakiś czas znów popełnimy coś podobnego.
Link do pełnej galerii
Na górce siewierskiej.
Kategoria Inne






















