DPD + bonus
-
DST
73.00km
-
Czas
03:25
-
VAVG
21.37km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rano mokra, bezproblemowa "szesnastka".
Po pracy miałem zamiar przejechać się do Siewierza więc ruszyłem do Dąbrowy Górniczej, na Pogorię III i tam zrobiłem sobie postój z myślą nasmarowania łańcucha. Przy tej okazji zrobił się dłuższy postój serwisowy bo się okazało, że wcięło gdzieś śrubę z bagażnika a druga była niemal całkiem odkręcona. Potem jeszcze trochę podłubałem przy tylnym kole i tak ze 20 min. uciekło.
Szybkie przeliczenia i modyfikacja trasy. Objechałem sobie cały asfalcik wokół Pogorii IV. Potem do Wojkowic Kościelnych, dalej do Przeczyc, skrótem obok stawów hodowlanych do Mierzęcic. Po kolei Niwiska, Zadzień, Zendek, Ożarowice, Sączów, Siemonia. W Siemoni to właściwie tylko byłem tyle co za tablicą z nazwą miejscowości bo zaraz skręciłem w prawo na Dobieszowice i za cmentarzem w lewo na tamę w Rogoźniku. Potem pod górkę obok kolejnego cmentarza i dalej do Strzyżowic (obok siedziby "drogokopów") i prosto do siebie.
Pogoda całkiem niezła do jazdy. Kawałek od Niwisk do końca Zendka leciało mi się rewelacyjnie. Niestety już po pracy coraz mniej dnia i powrót w ciemnościach. Ma to swoje uroki jak się raz na jakiś czas takie coś sobie człowiek zafunduje ale teraz to już będzie rutyna. Zwłaszcza od przyszłego tygodnia. W ten weekend przesunięcie czasu :-/
Kategoria Praca
Wzięło się uwzięło...
-
DST
50.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
02:42
-
VAVG
18.52km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
... coś na mnie.
Rano "szesnastka" ale zupełnie niestandardowa. Tzn. trasa tak. Do połowy było ok. W Będzinie robię minut kilka postoju na zakup extra kalorii do tych, co zabieram z domu. Takoż i dziś było. Pakuję żarło do torby i ruszam. A tu z prawego pedała jakoś dziwnie. Już wczoraj przy Rogoźniku miałem wrażenie, że jakby "pływał" trochę ale że się kręcił to nie oglądałem go zbyt dokładnie.
A tu z rana musiałem. Skubany się zaklinował. Depnąłem mocniej i zaczął się kręcić. I schodzić z ośki. 8km i już wkurw niemożebny. Tak z samego rana. A miałem już obsuwę w czasie. Wiele wymyślić się nie dało. Wpakowałem go do taśki i dalej w drogę. Jazda była do dupy. Dwa kilometry dalej jeszcze GPS zażądał żarcia. Kolejne kilka minut w plecy. Doturlałem się do pracy jakieś 15 min. spóźniony.
Po pracy miałem plana do Siewierza pojechać i potem lasami wrócić do Zadzienia, objechać lotnisko i wrócić przez Sączów do siebie. Miało wiać ze wschodu więc by się dobrze jechało. Z planów wyszło nic.
Zamiast tego tel do mojego zwykłego serwisu czy mają pedały na maszynkach. Nie mieli. Pozostało uderzyć do konkurencji. Pojechałem do Dąbrowy Górniczej i w sklepie niedaleko szpitala dokonałem zakupu nowych. 59 zetów. Od razu na miejscu założone. Stare do woreczka i jak znajdę kwit to pójdę do gościa i spróbuję reklamować. Podobno 12 m-cy gwarancji. Po prawdzie to nie wyglądają na uszkodzone tylko rozkręcone ale co tam. Albo mi je poskłada na miejscu albo niech idą do reklamacji. W końcu mają ponad 2,6 tys. km to się mogły już wyciorać.
Że dnia trochę zostało to objazdowo wróciłem do domu. Najpierw trochę przez Pogorię III, potem obok "Trzynastki" na Pogorię IV. Z "czwórki" odbiłem obok knajpy co to się reklamuje "Lody, coś-tam, i co kto chce" na asfalt i dojechałem do trasy Katowice-Częstochowa. Pojechałem kawałek w kierunku Katowic i wjechałem do lasu na drogę, z nielubianych przeze mnie betonowych płyt, do Malinowic. Ponieważ płyt nie lubię to odbiłem zaraz w prawo za "drzwiami do lasu" i dojechałem do Chrobakowego. Tam niedaleko takiego jednego miejsca, gdzie można sobie zatoki przeczyścić (kurza ferma? świniarnia? - wali jak diabli chociaż dziś nie bardzo) odbiłem w polną drogę. Na początku fajnie się jechało. Potem droga zaczęła powoli zanikać i w końcu albo była to ścieżka piesza albo po jakimś zwierzaku. Odbiłem na nieco wyraźniejszą na polach i wyjechałem przy drodze z Dąbia do Toporowic. Przez Dąbie pojechałem w stronę Góry Siewierskiej ale po drodze odbiłem na serpentynkę na Brzękowice Wał. Ktoś mi mówił, że tam się ludzie budują, nowe drogi itp. I faktycznie. Mało śmigany, świeży asfalcik. Od niego nowe brukowane uliczki. Kilka nowych domów. Kawał czasu mnie tam musiało nie być.
Dojechałem do Góry Siewierskiej i potem już prosto przez las w stronę Strzyżowic i do domu. Kwadrans później zaczłęo solidniej padać.
Kategoria Praca
Upier(man)dolony=zdolny do jazdy czyli wzorzec człowieka się kurczy czyli o DPD m. in.
-
DST
55.00km
-
Teren
4.00km
-
Czas
02:39
-
VAVG
20.75km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Zaczęło się standardem czyli "szesnastką" do pracy. +5 rano. Ciemno :-/
Popołudnie miało swoją genezę w sobotę. Istotą genezy były one gatki zakupione w Decathlonie w rozmiarze "Ly". Wykoncypowałem sobie, że skoro biorę towar tej samej firmy, co mam już ich wdzianko na sobie, to jak wezmę "Ly" to będzie dobrze. Otóż nie było. Po powrocie do domu wdziałem tak na próbę nowy nabytek i się było okazało, że "Ly" a "Ly" to nie to samo. Znaczy weszło na mię alem się czuł jak wędlina gotowa do wędzenia. Znaczy się opięty. I w strategicznym miejscu było wyjątkowo mało miejsca na wyposażenie. One gatki, co miałem je pasujące w rozmiarze "Ly" były zakupione ze 2 albo 3 lata temu. Stąd też wniosek, że w czasie wzorzec człowieka się skurczył bo "Ly" dawne było większe od obecnego.
Ponieważ w niedzielę uskuteczniłem totalne byczenie (pomimo telefonu t0masa82 z zapytaniem czy bym nie dołączył do objazdu moich okolic) wypadło na poniedziałek udać się do Decathlonu i albo wymienić nabytek w rozmiarze "Ly" na większy albo wytargać mojego Władysływa Jagiełłę. Więc żem pojechał. Ale żeby nie było za prosto, i żeby pokorzystać z pogody (czyt. zadziwiającego ciepła), obrałem okrężną drogę. Najpierw pojechałem do Dąbrowy Górniczej, koło szpitala skierowałem się na Macro ale nie dojeżdżając tam skręciłem wcześniej. Ulica kończył się ścieżką która dalej leciała sobie pomiędzy drzewkami. Fajnie było, w dół tom sobie leciał i leciał. Po drodze jeden bez nart. W końcu wyjechałem na brzegu ogrodzenia jakowegoś ale ścieżka była dalej wyraźna (czyt. zaśmiecona) czyli gdzieś prowadziła. Tom ruszył dalej. Wąsko, kręto ale dało się jechać. W pewnym momencie w dół i jakaś kładka czy cuś. Nie myśląć za wiele, rozpędzony wbiłem się na toto. I tu się zrobiło upier(man)dolenie. Po drugiej stronie było stromiej i ślisko. Żem prawe kopyto wyciągnął w stronę kępy trawy coby się wesprzeć, a ta franca się była zapadła i żem po kolano w jakieś bagno wpadł. Trzeba było drugie kopyto w to bagno wbić, żeby wyrwać to pierwsze.
Wydzieliwszy słuszną porcję ..urwów i ..ujów wygramoliłem byłem się z tego syfu, obtarłem kępami suchej trawy i pojechałem dalej czyli do celu, czyli do Decathlonu (ścieżka kończy się na wprost wjazdu dla dostawców Decathlonu).
Tam bez problemu udało się dokonać podmianki "Ly" na "iksLy". Przez chwilę zaświtała mi myśl, że skorom upier(man)dolony i w butach extrema to by chyba trzeba do domu wrócić. Tyle, że była ledowo 16:00 z groszami i szkoda było ciepłego dnia marnować. A że extrema w butach to mi już nie pierwszyzna tom i pojechał se pojeździć. Myknąłem koło Auchana na Zuzanny, potem przez przejście kolejowej obok Chemicznej, koło marketu na Pogoni w stronę Czeladzi. Z Czeladzi pojechałem sobie do Wojkowic i żem wdrapał się był na jakieś wzniesienie, gdzie mię jeszcze nie było. Droga kończyła się znakiem "ślepości" ale tak sobie dumałem, że dla rowera to mało która droga jest ślepa i moje dumanie się sprawdziło. Za płotem w prawo biegła sobie ładnie wydeptana ścieżka na której tubylców kilku nawet spotkałem. Zjechałem nią w znane mi już zakamarki niedaleko Orbitalnej i dalej bocznymi drogami dojechałem sobie do skrzyżowania niedaleko Brynicy. Tam klinkerkiem na wschodnim brzegu rzeki pojechałem do Rogoźnika, potem skrajem Dobieszowic znowu do Rogoźnika, przez tamę, wzdłuż jeziorka drogą na północ do traktu ze Strzyżowic do Siemoni. Skręciłem na Strzyżowice a potem wbiłem się na drogę do Góry Siewierskiej. W połowie podjazdu odbiłem na Kościuszki i stamtąd na górkę startową paralotniarzy. Widok słaby. Jeszcze nie ciemno a już nie jasno. Mglisto. Światła jeszcze nie włączone. Nie mając czym oka cieszyć zjechałem prosto do domu.
Raport wyskrobany. Teraz czas iść coś wszamać i rozbroić buty z bagienka. Przynajmniej mam dobry pretekst żeby je wyprać :-)
Kategoria Praca
Zakończenie Sezonu PTTK
-
DST
50.00km
-
Teren
10.00km
-
Czas
02:46
-
VAVG
18.07km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Start o 8:05. Przez Wojkowice i Czeladź pojechałem do Sosnowca-Milowic pod halę sportową. Jeszcze nikogo nie było jak tam dotarłem. Z 5 minut potem dojechał Marcin ze Jego Tatą. Czekaliśmy do 9:15 na ewentualnych spóźnialskich ale nikt więcej się nie pojawił. Pojechaliśmy we trzech tą samą trasą, którą z Marcinem przejechaliśmy w środę czyli do Trójkąta Trzech Cesarzy. Tam krótki postój i kilka zdjęć. Potem ruszyliśmy dalej. Bocznymi drogami dotarliśmy w końcu pod górkę narciarską na Środuli. Akurat kończył się wyścig dzieciaków. Frekwencja raczej słaba bo startowała tylko trójka. Potem był wyścig dla nieco starszych.
My tymczasem przy ognisku czekaliśmy na wyścig główny, który wystartował o 13:30.
Zawodników było kilkunastu w sumie i to z kilku kategorii więc jechali razem tylko część robiła więcej kółek, część mniej. Nie zapamiętałem imienia i nazwiska największego harpagana w stawce ale miał on nr startowy 22. Pobił rywali totalnie.
Po zakończeniu wyścigów pojechaliśmy z Marcinem najpierw do Lidla na Środuli sprawdzić, czy tam aby nie uda się nabyć czapeczek przyuważonych przez Kysu ale niestety ich nie było (czyżby tak dobre, że znikły natychmiast?).
Potem obok cmentarza wjechaliśmy na ulice Zuzanny i tam się pożegnaliśmy. Ja pojechałem do Decathlonu z zamiarem nabycia drugich ocieplanych gatków na rowerek. Gatki kosztowały mnie Władysława Jagiełłę. Były też i droższe. Może się nie znam ale te nabyte powinny w zupełności wystarczyć. Przy okazji uzbroiłem się też w polarową czapeczkę na stoisku narciarskim za całe 5 pln (zdziwiłem się przy kasie bo leżała w boksie z czapeczkami za 14 zł).
Po wizycie w Decathlonie najkrótszą drogą... no prawie najkrótszą... pojechałem do domu.
Pogoda ładna, w słoneczku całkiem przyjemnie ale jak powiało, to już nie było tak super. Mimo wszystko do jazdy dzień jak najbardziej zdatny. Żeby choć takie dni utrzymały się jeszcze przez jakiś czas to nie będzie źle.
Trójkąt Trzech Cesarzy.
Grupa średnia walczyła zażarcie.
"Starszacy" również :-)
Niekwestionowany zwycięzca.
Inni też robili zdjęcia więc pewnie gdzieś będą inne galerie.
Link do pełnej galerii
Kategoria Inne
DPD + "Nocny" wjazd na Parcinę
-
DST
74.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
03:50
-
VAVG
19.30km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rano standardowa "szesnastka" do pracy.
Po pracy wróciłem do domu bez specjalnych udziwnień. Trochę korków w Dąbrowie Górniczej (remont wiaduktu, krawężniki robią itp.).
W domu sprawdzam, czy jest odpowiedź od Tomka. Jest. Będzie pod Dworcem PKP w Sosnowcu o 18:00. Daję wpis na ZMK i wybywam do Sosnowca. Pojechałem przez Wojkowice i Czeladź. Docieram na miejsce o 17:40. Nie ma jeszcze nikogo. Małe szamanko i w trakcie zjawia się Tomek. Czekamy do 18:05. W międzyczasie jeszcze rozmawiam z Marcinem. Widział wpisy na forach tylko nie wiedział czy pojechaliśmy. Umawiamy się, że spotkamy się pod Dyskobolem. Ponieważ nikt nie dojechał ruszamy z Tomkiem bocznymi ścieżkami do Będzina. Prowadzimy na zmianę różnymi skrótami.
Pod dyskobolem chwilkę dosłownie czekamy na Marcina. Stamtąd prowadzę ja. Jedziemy przez osiedle Zamkowe (Nowe), potem wjeżdżamy do lasku grodzieckiego i koło leśniczówki skręcamy na szlak. Przejeżdżamy pod "86" i skręcamy zaraz znowu w teren. Wyjeżdżamy w Gródkowie przy restauracji-zajeździe "Pod Lwem". Przecinamy asfalt i jedziemy w stronę lasu w Gródkowie. Przed lasem w lewo do szkoły w Gródkowie i potem do Grodźca. Wjeżdżamy na górkę i przed płaskim skręcamy w prawo. Tu już za chwilę znowu teren i w końcu długim ale niezbyt stromym, trawiastym podjazdem wjeżdżamy na Parcinę. Robimy sobie foto (niestety nie za dobre). Potem strzelam jeszcze kilka zdjęć rozświetlonego Grodźca i Dorotki. Zjeżdżamy do Grodźca pod Biedronkę i potem wjeżdżamy pod górę obok cementowni. Na skrzyżowaniu się żegnamy. Chłopaki ruszają do Sosnowca ja do siebie.
Mapka przedstawia przebytą wspólnie trasę. To tylko wycinek tego, co dziś przejechałem.
Chwilę przed startem w Sosnowcu.
Fotka na czubku Parciny.
Panorama Grodźca.
Widok na Dorotkę i cementownię.
Link do pełnej galerii
Kategoria Praca
Trójkąt Trzech Cesarzy
-
DST
63.00km
-
Teren
7.00km
-
Czas
03:44
-
VAVG
16.88km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rano standardowa "szesnastka". O wiele cieplej niż wczoraj ale czapka i pełne rękawiczki jednak w użyciu.
Po południu miałem wracać do domu w miarę krótką trasą z małą odchyłką na Grodziec ale życie zweryfikowało plan.
Marcin wrócił wcześniej z uczelni i dał mi znak esem, że możemy dziś przejechać trasę, która jest planowana na sobotę w ramach zamknięcia sezonu turystycznego PTTK. Wystartowaliśmy trochę z poślizgiem bo jeszcze robiłem wymianę klocków hamulcowych z tyłu a potem zaraz po starcie łańcuch przeleciał przez największą zębatkę z tyłu i zaklinował się między nią a szprychami. Dłuższą chwilę się szarpałem z tym "wydarzeniem" a potem jeszcze pozostało doszorować trochę łapy ze smaru i innych pozostałości tej operacji.
Ruszyliśmy około 16:00. Najpierw przejazd przez Sosnowiec pod halę sportową na Milowicach. Tam skręcamy w teren. Ścieżkami przez lasy, mostkiem nad trasą obok Reala (pierwszy raz jechałem tamtędy z Dariuszem), potem przez Stawiki. Trasą, którą jechaliśmy ma przebiegać szlak rowerowy. Jeszcze nie jest znana jego nazwa bądź barwa i sporo zostaje do uporządkowania na trasie ale też już i sporo jest zrobione. Docieramy w końcu do zbiegu Czarnej i Białej Przemszy czyli Trójkąta Trzech Cesarzy. Przechodzimy przez wał i chwilę odpoczywamy (Marcin nieco zakatarzony, ja osłabiony ostatnimi rajdami i w nietęgiej kondycji). Jest już po zachodzie słońca. Potem wałem docieramy do asfaltów i już resztę drogi jedziemy nimi aż do Placu Papieskiego. Tam chwila rozmowy. Potem Marcin odprowadza mnie jeszcze kawałek, żegnamy się i każdy z nas rusza do siebie. Ja najkrótszą drogą docieram najpierw do Lidla (czapeczek przyuważonych przez Kysu niestety nie ma ale mogły być bo jest sporo innych sportowych ciuchów choć nie moje rozmiary) i potem najkrótszą drogą do domu.
Jutro możliwe, że nie rowerkiem bo jakieś prognozy nieciekawe są na czwartek.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
37.00km
-
Teren
3.00km
-
Czas
02:00
-
VAVG
18.50km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
O 6:00 rano -2 stopnie ale bez wiatru. Po pracy bez porównania cieplej. Powrót trochę inną trasą w spacerowym tempie. Przez centrum Dąbrowy Górniczej, na Zieloną, potem do Łagiszy, z Łagiszy polami do Gródkowa i potem dalej bocznymi i polnymi drogami do Psar.
Po weekendzie jakiś zdechły jestem. Dodatkowo siły zabierają poranne chłody. Chwilowo brak chęci na dalsze objazdy.
I jeszcze rowerek coś niedomaga. Albo rama już tak wyrąbana na wertepach albo znowu pękła oś z tyłu bo jak lekko nawet przydepnę to opona trze z lewej strony :-/
Jutro się muszę temu przyglądnąć.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
34.00km
-
Teren
2.00km
-
Czas
01:35
-
VAVG
21.47km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
O 6:00 rano -3 ale prawie bez wiatru więc jechało się nienajgorzej. Std. "szesnastka" do pracy. Muszę się jednak rozejrzeć za czymś do ochrony stóp przed zimnem bo im najbardziej się taka pogoda daje we znaki. Może takie neoprenki jak miał jeden z masowiczów w Zabrzu?
Po południu szybki kontakt z Marcinem. Mieliśmy porozmawiać odnośnie sobotniego zamknięcia sezonu turystycznego PTTK. Podjechał do mnie do pracy i razem pojechaliśmy na Zieloną. W Dąbrowie trochę korków. Na Zielonej Marcin opowiedział mi jak ma wyglądać trasa dla wariantu z Milowic do Środuli. Ponieważ znam tylko jej część więc wstępnie umówiliśmy się, że razem ją przejedziemy w czwartek lub piątek - zależy jak pogoda pzwoli. Skoro mam ten wariant obstawiać jako fotograf :-p to muszę mieć jakieś rozeznanie gdzie można przyzwoite foto cyknąć.
Pożegnaliśmy się po 16:00 i ruszyliśmy w swoje strony. Ja do Preczowa najkrótszą drogą przez mostek na Czarnej Przemszy, potem do Sarnowa i do Psar.
Rano trochę przydeptywałem, żeby się rozgrzać ale powrót zrobiłem raczej w spacerowym rytmie. Po południu, w słoneczku nawet przyjemnie ale jakoś już nie mam ochoty na tempo charta.
Najlepiej to by mi pasowało teraz zapaść w sen zimowy i obudzić się na nowy sezon rowerowy :-)
Kategoria Praca
Pyrzowice z Marcinem i Jego Tatą
-
DST
67.00km
-
Czas
03:22
-
VAVG
19.90km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Miało być spokojne 30-40km. Jak to u rowerowo opętanych (używając poetyckiego określenia patentu Jacka), plany planami a wykonanie sobie.
Marcin zaspał na wyjazd, o którym mi wczoraj mówił i w związku z tym pozostału mu zapalnować coś innego. Puścił mi esa czy by nie skoczyć razem na Pyrzowice. Szybki tel i wyjazd uzgodniony.
Spotkaliśmy sie w Będzinie na parkingu za wiaduktem kolejowym nad drogą biegnącą do Grodźca trochę przed 15:00. Powitanie i ruszamy. Najpierw Grodziec, bocznymi drogami do Strzyżowic, potem Rogoźnik (przez tamę), do Sączowa (przez budowę wiaduktu - chyba w końcu tam otworzą przejazd bo pod asfalt przygotowują podłoże), potem z Sączowa do Ożarowic. Mała odchyłka pod terminal lotniska i potem objazd pasa startowego od zachodu (lądąwały w międzyczasie 2 samoloty ale od wschodu więc widać było niewiele). Dalej Zendek (mały postój na szamanie), Zadzień, Mierzęcice, Boguchwałowice, Przeczyce, Wojkowice Kościelne, Pogoria IV. Tam, na Mariankach, rozstajemy się. Wracam przez Preczów i Sarnów do siebie.
Pogoda ogólnie całkiem niezła ale nie za ciepło pomimo słoneczka. W ruchu jego ciepła nie było czuć. Na Pogorię docieramy po zachodzie. Ludzi prawie wcale.
Tempo nie za szybkie ale przy tej temperaturze mięśnie nie chcą pracować. Zimno w palce. Poza tym po wczorajszej wyprawie z Jackiem nie miałem za bardzo ochoty na gonitwę. Dobrze mi się jechało z Marcinem i Jego Tatą. Mam nadzieję, że jeszcze bedzie okazja razem gdzieś pojechać.
W drodze do Sączowa.
Pyrzowice.
MiG w kamuflarzu Dzieci-Kwiatów :-p
Przeczyce. W stronę zachodzącego Słońca albo w stronę Tarnowskich Gór. Zależy, czy ktoś woli technicznie czy "romantycznie" ;-)
Na Pogorii IV pustki choć to jeszcze nie noc...
Link do pełnej galerii
Kategoria Jednodniowe
Co Wy wiecie o off-road... Rybnik z Jackiem.
-
DST
170.00km
-
Teren
50.00km
-
Czas
09:03
-
VAVG
18.78km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Zaspałem, potem nie mogłem się wygrzebać i w efekcie wyjechałem 20 min. spóźniony o czym uprzedziłem Jacka, żeby niepotrzebnie nie czekał i nie marzł. Jednak na miejsce, czyli Plac Papieski, dotarłem tylko 5 min. spóźniony niemal w tym samym momencie co Jacek. Skróciłem sobie drogę o jakieś 3km czyli te 10 min. co bym się spóźnił dodatkowo.
Ponieważ na forum nikt nie pisał, że się też z nami wybiera i nikogo nie było na miejscu to od razu ruszyliśmy w drogę. Prowadził Jacek i jego navi.
Szczegóły trasy w linku do śladu z GPS-a.
A co na trasie? Ha. Kto się łamał i w końcu nie pojechał, niech żałuje. Praktycznie ominęliśmy większość głównych dróg. Były długie, fajne odcinki lasami w różnorodnym terenie ale wszystko spokojnie do przejechania. Trochę podjazdów i zjazdów zarówno w terenie jak i na asfalcie. Dla mnie trasa rewelacyjna.
Pogoda była w czasie zmienna. Za bardzo nas nie rozpieszczała choć zaczęło się bardzo ciekawie. Dość szybko wyszło słońce i przez jakiś czas nieco przygrzewało.
W lasach wiatru się niemal nie odczuwało. Na asfaltach i otwartych przestrzeniach jednak już tak. Dłuższe postoje ograniczyliśmy do maksimum a krótkie były tak krótkie, jak tylko było trzeba. Każdy postój niemal kończył się wychłodzeniem i potem trzeba było się nieźle sprężać, żeby na nowo się rozgrzać.
W drodze powrotnej słońca już wiele nie uświadczyliśmy. Przez kilka minut nawet nękał nas drobny, mżawkowy deszczyk.
Po drodze różne atrakcje: rozkopane drogi, mnie się udało rzućić rowerem jak się nie wyrobiłem ze skrętem bo ruszałem z za wysokiego biegu, po drodze nam się ścieżka urwała i trzeba było drzeć "na krechę" przez jeżyny, pokrzywy i inne leśne elementy, omal 2x gleby na gałęziach nie zaliczyłem. W ogóle działo się. Trasa nie pozwalała się nudzić.
Trochę tej "różnorodności" chyba wynikło z tego, że "zażyczyłem" sobie aby wracać nieco inną trasą. No i wracaliśmy :-)
Plan czasowy wstępny był taki, że do 16:00 uda się wrócić. Jednak w terenie nie dało się utrzymać tempa powyżej 20km/h a na asfaltach nie dało się tego za bardzo nadrobić. Tradycyjnie na podjazdach robiłem za kotwicę. Jackowi wspinanie się szło całkiem dobrze. Ja startowałem ostro za nim ale potem z reguły zrzucałem trochę biegów i wjeżdżałem wolniej. Zwłaszcza w drodze powrotnej.
W Sosnowcu byliśmy już po zachodzie słońca. Jacek odprowadził mnie pod Plac Papieski. Tam się pożegnaliśmy. Wracałem do Będzina tą samą trasą co rano ale potem zamiast przez Gródków pojechałem przez Łagiszę i Sarnów (trochę spokojniejsza droga choć nieco pagórków na niej jest). W domu kilka minut po 20:00.
Po drodze miałem jeszcze telefon od Marcina. Pytał, czy bym się jutro na trasę za jakieś 100km nie wybrał. Chęci to ja mam ale mimo wszystko zrezygnowałem. Jak słusznie w trakcie podróży zauwazył Jacek, czasem trzeba dać nogom odpocząć. Jutro jakaś krótka przejażdżka za 30-40km max po okolicznych lasach.
Prawie jak "Trzy Kopce". 
Na molo w Rybniku.
Kominy chłodnicze elektrowni w Rybniku.
Rybnik.
Mikołów.
Off-road wygląda tak. Na zdjęciu nic wielkiego. Ale w terenie jest wesoło.
Link do pełnej galerii.






















