DPD
-
DST
35.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
01:53
-
VAVG
18.58km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
+10. Jezdnie mokre. Wiaterek wg prognozy sprzyjający. Od samego rana samopoczucie podłe, coś wsiadło na płuca i dusi kaszel więc jazda mocno oporna i generalnie spokojna. Po drodze dwóch szajbusów, którym się pomyliła zwykła droga z 4-pasmową autostradą u Niemców (jeden jeszcze u mnie na wiosce WV Nowy Garbus, drugi w Sosnowcu prawie pod pracą - czarne BMW). Gdzieś w tle słychać było syreny a zjeżdżając do pracy śmignęła mi obok karetka. Czyżby wypadek gdzieś na trasie?
Samopoczucie dalej nędzne więc powrót bez zaginania. Najkrótszą drogą w stronę Zielonej. Na ścieżce między Zieloną a Pogorią 3 zjeżdżamy się z Noibastą i oczywiście pogaduchy. Potem jeszcze dojeżdża Mariotruck i pogaduchy trwają w najlepsze. Na tematy okołorowerowe oczywiście. Z pół godzinki schodzi? Żegnamy się i z Mariuszem jadę na Zieloną. Przystajemy na chwilę przy mostku na Czarnej Przemszy bo tu się mamy rozjechać i w trakcie kolejnej pogadanki nadjeżdża Dariusz79. Znów chwila rozmowy. Robi się prawie 17:00 i tym wynikiem zmotywowani rozjeżdżamy się. Solo kręcę przez Preczów i Sarnów do domu.
Pogoda nawet nienajgorsza ale generalnie średnia. Trochę chmurek, słońca, wiatru. Jutro robię sobie wolne i kuruję się by do poniedziałku jakoś już normalnie funkcjonować. Może trzydniowe niejeżdżenie mnie nie zabije ;-)
Kategoria Praca
DPD
-
DST
39.00km
-
Czas
01:40
-
VAVG
23.40km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Mocne +10. Miła odmiana. Można spokojnie na krótko jechać. Prognoza na popołudnie jeszcze bardziej łaskawa więc chyba będzie na powrocie zaginanie. Dojazd spokojny bez ekscesów.
Po pracy na dworze trochę nijako. Niby ciepło ale pochmurno i lekki wiaterek. Pod fabryką spotykam Prezesa ze znajomym. Chwila gadki i z Prezesem jedziemy do centrum Zagórza. Dalej solo przez Łęknice, Piekło, Preczów i Sarnów do domu. Fajnie, sprawnie się jechało. Trochę korciło mnie by pozwolić koło zatoczyć się w stronę Wojkowic Kościelnych ale opanowałem te zapędy.
Kategoria Praca
DPSDZ
-
DST
37.00km
-
Czas
01:43
-
VAVG
21.55km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
4:30 zero na termometrze. 6:10 +2. Szału nie ma. Przynajmniej ładne słoneczko ale wiaterek w gębę. Nieco ponad 3 km od domu rozgrzewa mnie do czerwoności jeden "miszczu" kierownicy. Przed światłami z Gródkowa do Będzina na "86", na podwójnej ciągłej wrypuje się przede mnie czerwony cienki prawie wbijając w wysepkę. Nie wiem po cholerę się tak spieszył bo i tak mieliśmy czerwone a na skrzyżowaniu stał już jeden samochód więc przede mną i tak by nie przejechał. Zresztą skrzyżowanie przejeżdżam i tak przed nim bo ja na rozpędzie dojeżdżam akurat na zielone a samochody musiały się dopiero ruszyć. Reszta drogi spokojna.
Wczoraj kolejny raz już pojawił się tekst na wp.pl o tym, jakie to niby teraz my, rowerzyści, mamy super uprawnienia na drodze ale też i obowiązki. Poza komentarzami gimbazy i paroma fanatykami, którzy tradycyjnie najchętniej rozjeżdżaliby wszystko co mniejsze od nich, zirytowało mnie nieco przypomnienie dla rowerzystów, że jeśli mają przy drodze ścieżkę w kierunku, w którym jadą to mają obowiązek z niej korzystać. Jadąc do pracy mam przy drodze "ścieżkę" przy Braci Mieroszewskich ale nią nie jadę. Wychodzę z założenia, że lepiej zaryzykować mandat za niekorzystanie z tego tworu niż zdrowie i życie. Będąc na jezdni kierowcy przynajmniej się obejrzą na wyjazdówkach z osiedli czy coś nie jedzie. Ścieżkę i chodnik mają głęboko gdzieś. Już nie raz i nie dwa miałem sytuacje, gdzie wyjeżdżający z osiedla (albo skręcający w nie) trafiłby mnie centralnie na przejeździe gdybym faktycznie korzystał z tego niby prawa, że na ścieżce mam pierwszeństwo. Zresztą kilka innych zapisów rzekomo korzystnych dla rowerzystów też jest wątpliwych jeśli chodzi o sens a na pewno jednoznaczność. Szkoda, że idioci piszą prawo bo robią to tak, że zawsze coś jest źle.
Na wyjściu z pracy przyjemnie ciepło i ładne słoneczko. Tak sobie pomyślałem, że znowu nie udało się pokleić zapasu. Może nie będzie potrzebny. Coś jest jednak nie tak. Tył na schodach nieco za bardzo dobija. Idę na pobliską trawkę i zabieram się za tylne kółko. Spuszczam powietrze, wyciągam dętkę, pompuję żeby znaleźć uchodzące powietrze. Obracam napompowaną dętkę a tu po przeciwnej stronie obwodu od wentyla sterczy takie coś:
Musiałem zgarnąć to jadąc do pracy. Pewnie gdzieś na Robotniczej bo tam ciągle wszystko rozgrzebane, ani asfaltu, ani chodnika. Jeden wielki rozkurz. Niestety zapas dziurawy od niedzieli więc nie zostaje nic innego jak klejenie. Zużywam przedostatnią łatkę samoprzylepną. Składam wszystko do kupy i postanawiam zahaczyć o serwis by odbudować rezerwę "samoprzylepek".
Przez Mec, Środulę i obok Starego Będzina jadę do serwisu. Samoprzylepki mają dopiero przyjechać. Ale i tak robię zakupy: rezerwowe klocki do hamulca bo na tyle klamka wpada coraz dalej więc będzie je trzeba wymienić niedługo, 2 linki do przerzutek, smar i zwykłe łatki na klej. Potem przez Zamkowe, Grodziec i Gródków wracam do domu. Tu opróżniam sakwę, zabieram drugą i jeszcze małe kółeczko do wsiowego Lewiatana.
Dziwna pogoda dziś. Rano zimno, przymrozki. Po południu słonecznie i ciepło. Pod wieczór jakoś niewyraźnie i tak sobie termicznie.
Kategoria Praca
DPOD
-
DST
41.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
01:55
-
VAVG
21.39km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
O 4:30 +1. Na wyjeździe +3. Generalnie odczuwalnie chłodno. Dziś wdzianko na ciepło łącznie z rękawiczkami pełnymi i czapką. I wcale za ciepło nie było pomimo ładnego słoneczka. Z kierunku wmordewindu chłodny podmuch. Za to droga spokojna choć samochodów zauważalnie więcej niż przed weekendem. Rowerzystów też jakby więcej. Czyżby oddziaływanie Masy Krytycznej? ;-)
Po pracy cieplej niż rano ale do upałów daleko. W słoneczku jeszcze nawet nieźle ale w cieniu już zimno. Wypatrzyłem w kolba.pl coś, co się nazywa kamizelka taktyczna i nabrałem podejrzenia, że może to być dobra alternatywa dla plecaka więc postanowiłem podjechać na miejsce i organoleptycznie się przekonać. W tym celu wertepkami pod Plac Papieski. Stamtąd już asfaltem pod Plejadę i dalej przez przejazd kolejowy w stronę Chemicznej skąd jadę do Czeladzi. Przebijam się na światłach przez "94" i odbijam na Grodziec. Drobnymi zakosami by ominąć podjazdy dociągam do celu. Na miejscu oglądam wypatrzony towar i rozczarowanie. Owszem, nadałoby się tylko jest jeden problem: zapięcie na brzuchu o wiele za krótkie jak na mój obwód. Biorąc poprawkę na to, że w trakcie jazdy potrzeba trochę więcej swobody produkt odpada. A szkoda bo kieszonek sporo i wygodnie umiejscowionych. Pozostanie dalej jeździć z plecakiem. Spod sklepu jadę w stronę stacji Orlenu w Wojkowicach i wbijam w kawałek terenu w stronę domu. Godzinka kręcenia i robi się tak średnio przyjemnie zwłaszcza przy zwrocie na północ. Ochota na większe doginanie nie pojawia się. Mimo tego powrót raczej przyjemny.
Kategoria Praca
O skutecznym kuszeniu
-
DST
129.00km
-
Teren
30.00km
-
Czas
08:13
-
VAVG
15.70km/h
-
VMAX
58.40km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Opis i foto jak odeśpię.
Odespałem. 10 godzin wystarczyło :-)
Sobota zaczęła się w czwartek info od Jagiryby, że ma pomysła na to by zamiast na Zagłębiowską Masę Krytyczną wybrać się na pojeżdżenie między innymi doliną Białej Przemszy, obrzeżami Pustyni Błędowskiej i ogólnie, gdzie oczy i koła poniosą. Co by nie powiedzieć o wydarzeniu typu ZMK to jednak propozycja Jadwigi była dużo bardziej kusząca i zadeklarowałem swój udział.
Tymczasem udało mi się przebimbać nierowerowo cały 1 Maja, gdzie to pogoda do jeżdżenia była wręcz idealna. Również 2 maja, który był już nie taki super ale jeszcze nienajgorszy, przebimbałem nierowerowo.
3 Maja w prognozach zapowiadał się nędznie jednak na wstawaniu poza tym, że było raczej chłodno to jeszcze sucho. Dzwoni Prezes i pyta czy się wybieram, bo u niego pada. Mówię mu, że u mnie sucho i jadę. Śniadanko, przygotowania i nagle za oknem rozkręca się deszcz. Opadają mnie wątpliwości i dzwonię do Jadwigi pytam czy impreza aktualna bo pogoda się sypie. W odpowiedzi słyszę, że prognoza jest znakomita bo może być tylko lepiej. Na takie podsumowanie sprawy nie dało się w sumie powiedzieć nic. Ruszam. Po 4 km w butach radośnie mokro i nieradośnie zimno ale im dalej tym bardziej sucho. Zbiórka ustalona była na parkingu pod Expo Silesia. Kiedy zajeżdżam Jadwiga już czeka. Chwilę po mnie zjawia się Prezes. Wesoło jest od razu. Czekamy jeszcze chwilę i łączymy się z innymi, którzy zapowiadali się na wyjazd ale okazuje się, że przyjdzie nam jechać we trójkę bo ludzie albo poimprezowi albo złamali się pod wpływem pogody.
Ruszamy w stronę Strzemieszyc by po drodze odbić w coś, co na mapie zostało oznaczone jako szlak. I tak już zaczynamy się bujać tu i tam. Jest trochę skakania przez tory, przedzierania się przez krzaki i rowy. W końcu udaje nam się znów wybrnąć na w miarę dobrą drogę gruntową, którą jedziemy do Sławkowa. Po drodze focimy miejsce, gdzie wg mapy ma być cmentarz choleryczny. Jednak nie ma żadnych widocznych jego śladów i orientacja jest tylko przybliżona na podstawie wodnego oczka zaznaczonego w pobliżu. Jedziemy dalej i wjeżdżamy do miasta niebieskim szlakiem napotykając ludzi z białymi i czerwonymi balonikami. Jaga strzela im foto. Na rynku napotykamy festyn. Jest orkiestra strażacka, chyba włodarze miasta, kramy, ławki z parasolami. Pomimo raczej słabej pogody zapowiada się, że trochę będzie się tu działo. Kręcimy się chwilkę focąc. Jadwiga załatwia sobie kotylion na okazję święta. Potem podjeżdżamy pod ruiny zamku w Sławkowie. Stamtąd kręcimy w stronę starego cmentarza żydowskiego i dalej do Krzykawki pod Dworek. Niestety dziś zamknięty i focimy go tylko z za płotu. Wygląda ładnie.
Czerwonym szlakiem wzdłuż Białej Przemszy przebijamy się pod młyn Freya (obecnie mała hydroelektrownia). Dalej wertepkami jedziemy docieramy do Łazów Błędowskich skąd kierujemy się do Chechła korzystając po drodze z czerwonego szlaku, który już kilka razy obiecywałem sobie omijać bo piachy tam niemożebne. Zawsze jednak jakoś zapomina mi się, żeby tam nie wjeżdżać. Było wesoło i jechało się nawet nieźle. W Chechle przystanek obok wielbłąda i jedziemy na punkt widokowy na Pustynię Błędowską gdzie robimy mały popas karmieniowy. Nie trwa on jednak długo bo nieco pizga więc zbieramy się w dalszą drogę. Niebieskim szlakiem kręcimy w stronę Kluczy Po drodze na chwilę odbijamy pod cmentarz wojskowy z okresu Pierwszej Wojny Światowej.
W Kluczach wjeżdżamy na punkt widokowy na Czubatce. Po drodze mam wrażenie, że w kołach jakoś miękko. Po sfoceniu panoramy, niestety nieco zamglonej, macam koła i okazuje się, że na przodzie jest miękko. Wymieniam dętkę bo gdzieś po drodze przód musiałem przebić. Zjeżdżamy do miniętej wcześniej restauracji i zasiadamy do obiadu. Bardzo już pora była i obiad wciągamy błyskawicznie. Zagrzawszy się, nabrawszy energii jedziemy m. in. czerwonym szlakiem pod zamek w Rabsztynie. Po drodze zahaczając o "Pazurek" (nie pamiętam teraz tylko czy to rezerwat czy park krajobrazowy). Skałki są w każdym bądź razie bardzo urokliwe. Trochę szkoda, że nie było słońca bo prześwity światła poprzez liście drzew dawałyby z pewnością piękny widok. Cóż. Trzeba będzie kiedyś przyjechać w to miejsce przy lepszej pogodzie. A do Kluczy wpaść na browarka Jurajskiego :-) Innymi słowy są powody by tam znów kiedyś pokręcić.
Pod Rabszytnem jesteśmy już dość późno. Na dodatek mży, jak to już było kilka razy po drodze. Jednak nie powstrzymuje to nas od focenia naszej obecności u wrót tejże budowli :-) Potem zjazd do asfaltu i ciśniemy do Olkusza. Na rynku kilka szybkich foto i rozpoczynamy odwrót do Bukowna i dalej przez Jaworzno (Sosina) do Sosnowca. Z Marcinem żegnamy się niedaleko szpitala na Zagórzu (on jest już prawie w domu). Z Jadwigą jedziemy przez Środulę, obok dworca Stary Będzin na ścieżkę rowerową przy Małobądzkiej i nią na Zamkowe, gdzie żegnamy się. Dalej już solo kręcę przez Grodzie i Gródków do domu. W domu znacznie po 22:00 zrąbany jak koń po westernie ale bardzo zadowolony. Ustawka pełną gębą z pełnym wachlarzem rażenia: deszcze, piaski, lasy, błota, widoki, super towarzysze podróży, ciekawe miejsca. Zupełnie nie żałuję, że nie wybrałem się na Masę. Bez dwóch zdań warto było się skusić na propozycję Jadwigi.
Dziś kameralnie.
Pierwsze rowy.
Pierwsze krzaki i podejścia.
Zdobyczny kotylion Jadwigi i sławkowskie uroczystości.
Cmentarz żydowski w Sławkowie.
Dworek w Krzykawce.
Młyn Freya. Jednak nie tego, z którym jeździmy.
Bród na Centuri przy czerwonym szlaku do Chechła.
Chwila oddechu na punkcie widokowym.
Zagadka dla Ola: co to za obiekt?
Cmentarz wojenny.
Punkt widokowy w Kluczach.
Tuśmy obiadali. Smacznie i niedrogo.
A jednak rezerwat.
"Pułapka na słonie" ;-) A tak na dobrą sprawę, to diabli wiedzą co. Czasem w środku lasu nadziewaliśmy się na różne dziwne budowle.
Rabsztyn. Sporo się tam zmienia.
Kołatamy do zamku bram.
"Feldmarszałek" Piłsudski. Wg Prezesa.
Małe zagięcie po Olkuszu.
Potem było już dużo jeżdżenia w mżawce i ciemnościach czyli warunkach do focenia mało zdatnych. Dla mnie zakończone z takim oto wynikiem.
Link do pełnej galerii
Kategoria Jednodniowe
DPD
-
DST
35.00km
-
Czas
01:44
-
VAVG
20.19km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Nim wyruszyłem do pracy oko zahaczyło o wschód słońca i w ruch poszedł aparat. Z takim oto efektem:
Potem rzut oka na termometr i wynik otrzymany: +11. Dziś lekki wiaterek ale w drodze nieprzeszkadzający. Z wczorajszych planów porobienia serwisu przy rowerkach wyszły nici więc dziś rano na szybko próbowałem ustalić o co chodzi z przednią przerzutką w Strzale ale nic nie osiągnąłem. Po drodze kilka razy się z nią szarpałem nim wskoczył blat. Podejrzewam, że lada moment strzeli linka. Może uda mi się przed powrotem zerknąć na sprawę.
Przejazd prawie spokojny. Poza jednym baranem w Łagiszy, który mnie obtrąbił zupełnie nie wiem z jakiego powodu. Wyprzedzał mnie na całkiem pustej ulicy. Może o 2 cm za daleko od krawężnika jechałem? Albo żona mu nie dała? W każdym bądź razie pokazałem mu co sobie może zrobić i dalej jechałem swoje. Reszta drogi spokojna.
Po pracy na drogach przedweekendowy kociokwik jednak rowerkiem udaje się sprawnie dobić na początek do ściany płaczu a potem na Zieloną. Stamtąd spokojnie bokami do Preczowa i dalej przez Sarnów do domu z szybkim wjazdem do wsiowego Lewiatana po zapas płynu rekreacyjnego. Ładne słoneczko i już prawie ciepło. Jeśli taka pogoda się utrzyma na weekend to powinien być całkiem udany. Trzeba mi tylko jeszcze dziś zrobić w końcu rowerki.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
34.00km
-
Czas
01:46
-
VAVG
19.25km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
+8 na starcie. Niestety mgły sprawiły, że odczuwalnie znacznie mniej. Zaryzykowałbym, że może +5. Max. Jazda byłaby generalnie spokojna gdyby nie jeden "ułan", którego napotkałem niecały kilometr od domu. Zabrał się za wyprzedzanie autobusu na odcinku, gdzie mgła była dość gęsta i praktycznie zaszarżował na czołowe. Gdybym jechał samochodem, to by pewnie było "bum" a tak, to udało mi się zmieścić. Reszta drogi spokojna. Tempo słabsze bo nieustannie musiałem przecierać okulary z gromadzącej się wody.
Po pracy bez zawijasów powrót do domu przez Mec, Środulę, Stary Będzin, Zamkowe, Grodziec i Gródków. Tempo spacerowe żeby nacieszyć się ładnym słoneczkiem. Niestety jeszcze bez upałów. W cieniu było tak sobie przyjemnie. Czasem coś tam zawiało. Z rowerowych rzeczy to dziś trochę dłubania przy obu rumakach. Błękitnemu muszę dołożyć wyłamaną szprychę a Srebrnemu naciągnąć linkę od tylnego hamulca bo coraz słabiej trzyma i sprawdzić czemu przednia przerzutka nie wrzuca na 3.
Kategoria Praca
DPDZ
-
DST
41.00km
-
Czas
02:04
-
VAVG
19.84km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Mocne +9 na termometrze. W realu odczuwalna rześkość. Lekkie mgiełki tu i tam. Zadziwiająco spokojny dojazd do pracy. Coraz bardziej na letniaka (lżejsze podkowy w użyciu) i z mniejszym zapasem ciuchów (zestaw na deszcz zostaje w domu).
Pogoda na wyjeździe nieco niedomagała. Delikatne pokapywanie towarzyszyło mi przez jakieś 2 km. Dziś na początek do centrum Dąbrowy Górniczej jak najkrótszą drogą. Oddaję tusz do reklamacji i szukam innego. Niestety w Dąbrowie nie udaje się nabyć potrzebnego. Przez Koszelew jadę do Będzina i robię tam mały objazd po centrum. Tu również nie załatwiam sprawy. Rozpoczynam odwrót do domu. Przez Zamkowe, Grodziec i Gródków wracam do domu. Tu zmiana konfiguracji sakw i jeszcze małe kółeczko do wsiowego Lewiatana.
Jechało się całkiem dobrze na powrocie. Deszcz poza tym na starcie więcej nie dawał się we znaki. Wiaterku nie było. Temperatura zdatna do jazdy na krótko ale bez szału. Do upałów jeszcze trochę brakuje.
Kategoria Praca
Kraków - Trzebinia - Powrót
-
DST
105.00km
-
Teren
30.00km
-
Czas
05:27
-
VAVG
19.27km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś rajd na trasie Kraków - Trzebinia. Nasz przyjazd do Krakowa z dnia wczorajszego miał dać nam czas odpocząć przed tym rajdem. W przeciwnym wypadku trzeba by się ratować pociągiem albo wyjechać o 5:00 rano. A tak wyspaliśmy się (prawie) i na miejsce zbiórki mieliśmy ledwo kilka kilometrów. Niestety pogoda się rozsypała i już na starcie deszczyk. Na miejsce docieramy na mokro. Rejestracja i oczekiwanie na start też w deszczu. Kiedy ruszamy pogoda dalej podła. Jedziemy niemal dokładnie tą drogą, którą przyjechaliśmy na start. Potem jednak zaczyna się robić ciekawie. Na początek dość długi błotny kawałek przez pola. Przejazd miał być rekreacyjny ale czoło bardzo szybko rozpoczęło niemal sprint. Asfaltowa część do Puszczy Dulowskiej to bardzo żwawa jazda połączona ze ściganiem kolejnych króliczków. O dziwo, rowerkiem z sakwami udało mi się całkiem wielu pozostawić w tyle. Część przez puszczę do mety również w tempie mało rekreacyjnym. Na mecie melduję się na ponad 20 min. przed kolejną osobą z klubu. Reszta zjeżdża się przez ponad godzinę. Jedziemy z mety pod pałac w Młoszowej gdzie już przygotowany jest całkiem spory festyn połączony z losowaniem nagród, rowerów itp. Nie czekam na losowanie tylko robię sobie mały objazd okolic (nieco terenu). Wracam pod pałac akurat jak tłum rowerzystów zaczyna się rozjeżdżać. Dołączam do połączonych sił Cyklozy i Ghostbikers i razem jedziemy do centrum Trzebini i potem dalej do domu. Po drodze troszkę niegroźnych deszczyków i całkiem ładnej pogody. Do Maczek docieramy w grupie. Potem zaczynają się pożegnania. Kończy sie tym, że z Mariem dojeżdżam do Będzina, gdzie zahaczamy o myjkę. Rowerek po minucie spłukiwania wygląda o niebo lepiej. Miałem wracać przez lasek grodziecki ale skoro maszyna wygląda dobrze to decyduję się jednak na asfalty i przez Grodziec i Gródków wracam do domu (po drodze odprowadzając Mariusza na Syberkę gdzie jeszcze z daleka machamy do Wojtka, który odprowadzał Martę).
W domu wszystko do prania. Dzwonię do Moniki i do Darka by się dowiedzieć jak im przebiegł powrót. Można powiedzieć, że mieli bardziej pod górkę z pogodą niż my ale dotarli szczęśliwie. Kolejny udany rowerowo dzień.
Body count przed startem z Fortu 39.
Na miejscu startu spotykamy znajomych z Ghostbikers, z których część (w tym Mario) przyjechali na rowerkach z Będzina.
Potem było dużo jeżdżenia. Tutaj po przebrnięciu błotnistego odcinka specjalnego.
Do mety nie bardzo miałem czas na robienie foto bo tempo było dość wyśrubowane.
Pod pałacem grochówka, herbatka lub kawa, koncert itp.
Była okazja umyć rowerki dzięki straży pożarnej.
W trakcie mojego solowego objazdu okolic Młoszowej trafiam na taki oto obiekt.
Spod pałacu jest znów sporo jeżdżenia i dopiero niezły kawałek dalej pojawia się okazja sfocenia grupy Ghostów i Cyklozy.
Ostatnie miejsce, gdzie jesteśmy w większości. Tu zaczynają się pierwsze pożegnania.
Na Zagórzu grupka już mocno przetrzebiona i wkrótce odbyły się jeszcze kolejne pożegnania.
Na wyjeździe z Będzina żegna mnie tęcza.
W domu ląduję z takim oto wynikiem.
Link do pełnej galerii
Kategoria Kilkudniowe
DP - Do Krakowa
-
DST
104.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
05:18
-
VAVG
19.62km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Mocne +9. Coś tam zawiewało ale nie bardzo miałem czas zwracać uwagę jak mocno i z którego kierunku bo start dziś wyszedł mi mocno poza krawędzią okna startowego. Spóźniony na miejscu ponad kwadrans. Ruch też zupełnie inny niż o mojej normalnej porze startowej. Dużo intensywniejszy. Na szczęście dojazd bez sensacji.
Po pracy tym razem nie do domu. Umówiłem się z Moniką i Tomkiem pod moją pracą i razem jedziemy do Mysłowic na spotkanie ekipy z klubu na wspólny wyjazd do Krakowa. Z lekkimi zakosami docieramy na miejsce zbiórki gdzie czeka już Darek. Wkrótce też dojeżdżają pozostali klubowicze i w 11 osób ruszamy w drogę do Krakowa. Jedziemy głównie ulicami i to dość ruchliwymi ale tym razem zależy nam tylko na tym, by sprawnie dojechać. Po drodze męczą nas deszcze. Jednak jedziemy dość szybko i sprawnie głównie drogą nr 780. Na kilkanaście kilometrów przed celem rozbijamy się na dwie grupy. Przypadkowo. Część prowadzi Andrzej część ja na GPS-a. Oczywiście jest ciekawie bo losuje nam trochę terenu, którym jeszcze nie jechaliśmy. Bagno, deszcz, ciemności. Udaje się jednak w końcu osiągnąć miejsce noclegowe w postaci Fortu 39. Miejsce nam już znane, klimatyczne i idealne dla zgranych grup na wyjazdy integracyjne. Dzień się jednak nie kończy. Po rozlokowaniu zabieramy się za grilla i tak schodzi co niektórym nawet do 3 w nocy.
Generalnie, pomimo tego, że zmokliśmy to rowerowo dzień bardzo udany.
Ekipa się zbiera.
A potem już jedziemy.
Po drodze różne dziwa :-) Czyżby trofea upolowanych motocyklistów? ;-)
Mały postój niedaleko zamku Lipowiec.
Z takim wynikiem melduję się w Forcie 39.
Potem ognisko.
W trakcie którego niektórzy usiłowali powalczyć z rąbaniem drewna. Z takim sobie skutkiem.
Link do pełnej galerii
Kategoria Praca, Kilkudniowe






















