limit prowadzi tutaj blog rowerowy

Niejeżdżenie boli. Dosłownie.

DPD

  • DST 33.00km
  • Teren 3.00km
  • Czas 01:37
  • VAVG 20.41km/h
  • Sprzęt Scott Spark 750
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 14 czerwca 2017 | dodano: 14.06.2017

Dziś miałem straszne niechcenie na wstawanie. W efekcie wygrzebałem się do wyjazdu dopiero na 6:15. Czasu mam na styk więc kręcenie obowiązkowo bez ociągania. Trasa standardowa przez Łagiszę i Dąbrowa Górniczą. Jedzie mi się zadziwiająco dobrze i płynnie. Światła współpracują całkiem nieźle. Żadnych ekscesów po drodze. Na miejscu mam zapas 5 min. Przyjemny dojazd do pracy.

Czas rozpocząć długi weekend. Najlepiej jak najszybszym dojazdem do domu. Kręcę powrót przez Mec, Środulę, Będzin, lasek grodziecki i Gródków. Po drodze, na zjeździe terenowym wpadam na piasek ubity przez traktor i gdzieś ucieka mi przednie koło. Akcja toczy się w stronę krzaków i tam też kończy porysowaniem lakieru na prawej ręce i nodze. Niegroźnie. Zniechęca mnie to jednak do szarżowania po terenie. Spokojnie wytaczam się przez pola na "913" i niespiesznie zajeżdżam do domu. Fiknięcie zrzucam na karb zmęczenia. Drogę znałem, wiedziałem, że tam jest piach i wiele razy jechałem ten kawałek bez problemów. Dziś coś nie poszło jak należy. Poza tym całkiem przyjemny i spokojny powrót do domu.


Kategoria Praca

DPD

  • DST 36.00km
  • Teren 6.00km
  • Czas 01:47
  • VAVG 20.19km/h
  • Sprzęt Scott Spark 750
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 13 czerwca 2017 | dodano: 13.06.2017

Zbieranie się idzie mi tak średnio składnie i wyruszam dopiero o 6:12. Słonecznie. Względnie ciepło. Lekki wiaterek. Kręcę standard przez Łagiszę i centrum Dąbrowy Górniczej. Przejazd spokojny i bez sensacji w granicach okna przelotowego. Na mecie z zapasem 5 min.

Z pracy wytaczam się z niezłym poślizgiem. Wychodząc odruchowo macam kółka czy mają dość luftu. Wydało mi się, że na tyle minimalnie jest mniej niż w przodzie więc zdecydowałem się nieco dobić. Podczas tej czynności znów wyrywam wentyl z dętki. Chyba jakaś felerna partia bo w drodze w Bieszczady też dokonałem takiego wyczynu. Zakładam zapas i dopiero wtedy mogę ruszyć w drogę.
Jest tak sobie. Niby da się na krótko jechać ale wiatr nie jest zbyt ciepły i wieje zdecydowanie z kierunku niesprzyjającego. Kręcę niespiesznie w stronę Zielonej i dalej terenem przez czarny szlak do Łagiszy. Tam na drugą stronę jezdni i dalej terenem w stronę Gródkowa i Psar. Przy okazji mam możliwość podziwiać powstające drugie centrum logistyczne, to bliżej Sarnowa. Jutro chyba zakręcę na Dorotkę zobaczyć jak to z dala wygląda na tle Lidl-a. Z terenu wypadam niedaleko remizy strażackiej w Psarach i do domu dotaczam się już asfaltem. Jeszcze tylko drobne serwisy przy rowerze typu wymiana szybkozamykacza z przyczepkowego na zwykły, smarowanie amorów i czyszczenie sztycy z błota. Trzeszczenie doprowadzało mnie do szału całą drogę dojazdową i powrotną.


Kategoria Praca

DPDZD

  • DST 39.00km
  • Teren 3.00km
  • Czas 02:00
  • VAVG 19.50km/h
  • Sprzęt Merida Matts TFS 100D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 12 czerwca 2017 | dodano: 12.06.2017

Powrót do rzeczywistości. Szarej. Zbieram się w miarę sprawnie i wytaczam na koła 6:07. Na jezdni ślady opadu. Na niebie dywan chmur. Lekko wieje. Temperatura słaba. Kręcę standard przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą. W Łagiszy pojawiają się kropelki i stopniowo przyspieszają aż do centrum Dąbrowy Górniczej. Za Parkiem Hallera nieco opad słabnie ale towarzyszy mi do samego końca jazdy. Jechało mi się dziś raczej słabo choć zmieściłem się w czasie. Mam nadzieję, że potem będzie cieplej. Rano termiczna nędza jeśli brać pod uwagę fakt, że jest czerwiec.

Po pracy warunki są o niebo lepsze niż rano. Ciepło. Wiatr z zachodu. Chmurki i dużo słońca. Trochę jakby przed burzą ale jeszcze nie tak zaraz. Ruszam przez Mortimer i Reden. Na zjeździe pod "94" ze Starocmentarnej o mało co a by mi drogę zajechał kurier Poczty Polskiej jadący w tunelu autobusu skręcającego na Strzemieszyce. Ja zrobiłem kreskę on po hamplach i skończyło się tylko na nieco podniesionym ciśnieniu i jednej "urwie". Reszta drogi bez przygód przez Zieloną, czarny szlak do Łagiszy i Sarnów. W domu zostawiam plecak, zapinam sakwy i kręcę standardowe zagięcie do wsiowego Lewiatana po wsad nie tylko do lodówki. Potem już statecznie, z balastem, staczam się do domu. Na południowym zachodzi wisi czarna chmura ale ostatecznie opad się nie pojawia.

Wyłazi trochę zmęczenie po wyrypie. Do tego brakuje tego pędu na zjazdach. Patrzę czasem z nadzieją na licznik ale jak dobije do marnych 40km/h to już dużo i to czasem trzeba się nakręcić. A w górkach wystarczyło puścić klamki i 55 bez kręcenia. Eeeehh...


Kategoria Praca

Bieszczady 2017 - powrotu dzień drugi

  • DST 168.00km
  • Teren 10.00km
  • Czas 10:15
  • VAVG 16.39km/h
  • Sprzęt Scott Spark 750
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 10 czerwca 2017 | dodano: 11.06.2017

Chcieliśmy wystartować ambitnie o 6:00 ale nie było szans. O tej porze zaczęliśmy zbierać się dopiero do pionu. Jedzenie, mycie, pakowanie, smarowanie rowerków i ostatecznie ruszamy po 8:00. Dziś jedziemy na zniszczenie prosto do domu.

W planach mamy przejechać na północ od Krakowa by nie tracić tam czasu. Na początek trzeba nam przebyć Wisłę. Decydujemy się na most w Koszycach. Jest dość ciepło, parno. Jakby miało popadać. Nie oglądaliśmy prognoz ale na kwaterze powiedzieli nam, że ma popadać solidnie. Tymczasem jedzie się jednak nieźle.

Rzekę przebywamy bez problemów i kierujemy się na Proszowice. Trochę przeszkadza wiatr z zachodu ale rady nie ma, trzeba cisnąć. Średnia podła jednak kilometrów ubywa. W Proszowicach zasiadamy do obiadu. Po prostu trzeba uzupełnić paliwo. Jedzonko smaczne. Nim zjedliśmy powiało porywiście, przygnało chmury, popadało i nieco się przejaśniło. Ale wiać nie przestało.

Kolejny odcinek do Słomnik to kompletna masakra. Utrzymanie prędkości 15km/h to ciężka walka. Bardzo silny wiatr wprost na gębę uniemożliwia sprawną jazdę. Co kilometr-dwa muszę stanąć i dać odpocząć nogom. Około piętnastokilometrowy odcinek pokonujemy ponad godzinę. Tragedia. Determinację mamy jednak potężną by dotrzeć do domu i walczymy zażarcie.

Za Słomnikami wiatr nieco słabnie ale pojawiają się pagórki czyli na prędkości nie zyskujemy nic. A może nawet tracimy. Kierunek: Skała. Spada temperatura. Przed Skałą wdziewam grubszą bluzę polarową i długie spodnie. Zupełnie jak w zimie. Dalej zauważalnie wieje.

Ze Skały kierujemy się na Olkusz. Po drodze ciągle górki. Tempo słabe. Kiedy docieramy do "94" przed Olkuszem jest już chyba coś koło 18:00. Może nawet później. Tu się rozdzielamy. Maciek kieruje się na Bukowską i dalej na Sosinę. My jedziemy na Błędów i Łosień. Żegnamy się i we dwóch rozpędzamy się ile pozwala teren by z impetem wbić się na kolejne wzniesienie.

Za Hutkami porzucamy "94". Hałas i ruch mocno irytują po ciszy Bieszczad. Zjazd do lasu od razu uspokaja. W Błędowie robimy chwilę przerwy. Czuję rozładowane akumulatory a mam jeszcze ponad 30km do wykręcenia. Posilony jadę jakoś sprawniej.

Przelatujemy obok Kosmicznej Bazy i ciągniemy dalej na Ząbkowice i wzdłuż torów na Piekło. Tu, przy pożegnaniu z Witkiem, słyszę "psss". Sprawdzam co jest. Kapeć na przyczepce. No mosz. 12 km od celu taka niespodziewajka. Dzięki pomocy Witka szybko rozprawiam się z problemem zakładając zapas. Żegnamy się jeszcze raz i każdy z nas rusza w swoją stronę.

Na Pogorii 4 wita mnie kolorowy obrazek po zachodzie słońca, a po dojechaniu do siedziby RZGW, wschód księżyca po drugiej stronie zbiornika. Bajka. Niespiesznie, nóżka za nóżką, przez Preczów i Sarnów staczam się do domu ostatecznie kończąc jazdę nieco po 22:00. Zmordowany porządnie wrzucam jednak wszystkie ciuchy do prania i dopiero wtedy zabieram się za mycie i browara. Jeden uśpił mnie skutecznie.

Piękny wyszedł nam wypad w góry. Tak się wyjeździłem, że teraz tylko grzecznie do i z pracy będę kręcił przez kilka dni. Trochę zajmie mi regeneracja. Ale warto było. Widoki, sytuacje, wrażenia - bezcenne.



Link do pełnej galerii














Kategoria Kilkudniowe, Z trzecim kołem

Bieszczady 2017 - powrotu dzień pierwszy

  • DST 170.00km
  • Czas 10:02
  • VAVG 16.94km/h
  • Sprzęt Scott Spark 750
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 9 czerwca 2017 | dodano: 11.06.2017

Nastał ten dzień, kiedy skończyło się dobre i czas było rozpocząć powrót do szarej rzeczywistości.

W powrót na własnych kołach zostało nas trzech: Maciek, Witek i ja. Paweł i Janusz wracali samochodem z Marcinem. Mogli więc pospać sobie dłużej i odreagować wczorajszy "lekki" dzień. My, z bólem, zbieramy się około 5:30 i zaczynamy od jedzenia przechodząc do pakowania, mycia i na końcu smarowania rowerków. Ruszamy ostatecznie po 8:00.

Na początek kierunek Sanok. Po drodze mamy wszystkie te podjazdy, które już znamy ale nic to nie zwiększa łatwości ich pokonywania. Tyle, że wiemy co nas czeka. Idzie jednak dobrze i w Sanoku jesteśmy o przyzwoitym czasie. Tu chwila popasu na jedzenie i zjeżdżamy na nieco mniej uczęszczane drogi licząc na spokojniejszą jazdę.

Jest dość ciepło i wiatr raczej w plecy ale wiele na prędkości nam to nie daje. Ciągle górki i pagórki więc tempo zmienne. Minione kilka dni dają o sobie znać i szybko nasze organizmy domagają się obiadu a tu jak na złość nie trafia się żaden lokal. W końcu trafiamy na tablice reklamujące "Stary Lwów". Trzeba odrobinę zjechać w bok ale, jak się okazało, warto było. Nie pamiętam nazwy potrawy ale było to coś dla 4 osób po gruzińsku. Dużo mięsa, ziemniaczków, surówek. Pojedliśmy solidnie i od razu humory się poprawiły.

Kręcimy dalej. Pagórki niby niewysokie ale ścianki po drodze okrutne. Z bagażem wczołgać się na nie niełatwo. Najgorzej było przed Pilznem. Góra ciągnęła nam się jak za karę. Za to potem był piękny i długi zjazd prawie do samego miasta. Robimy zaopatrzenie w picie i kręcimy dalej boczną, spokojną drogą w stronę Tarnowa. Tam mamy nocleg zaklepany. Dalej nie ma sensu ciągnąć. Trzeba odpocząć.

Dzięki GPS-owi trafiamy pod same drzwi kwatery nieco przed 22:30. Gdyby nie kreska byłby problem tam trafić. Szybko po dwa browary, coś zjeść i spać.




Link do pełnej galerii




Kategoria Kilkudniowe, Z trzecim kołem

Bieszczady 2017 - kółeczko na Myczkowce

  • DST 63.00km
  • Teren 10.00km
  • Czas 05:33
  • VAVG 11.35km/h
  • Sprzęt Scott Spark 750
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 8 czerwca 2017 | dodano: 11.06.2017
Uczestnicy

Dzień miał być relaksacyjny a wyszło jak zwykle.

Zaczynamy od małej wizyty na myjni czyli jedziemy do potoku nieco rowerki poobmywać z błota. Schodzi nam troszkę ale za to sprzęty zaczynają się prezentować jakoś lepiej. I ubyło nieco z wagi :-)

Żegnamy się też dziś z Grześkiem, który musi już wracać i nie da rady z nami pojeździć. Ale chyba mu się podobało to, co razem wyczynialiśmy :-)

Wracamy na bazę spakować rzeczy na trasę i ruszamy podjazdem przez Górzankę w stronę Bereźnicy Wyżnej. W końcu udaje nam się pojechać ten asfalt w dól do Berezki i dalej do Średniej Wsi. Plan był taki, by się przedostać na drugą stronę Sanu ale okazało się, że nie ma żadnej kładki a stan wody jest nieco za wysoki na brodzenie.

Nie pozostaje nam nic innego jak objechać problem przez Lesko. Po drodze zasiadamy na obiadek w restauracji przy hotelu Salamandra. Całkiem, całkiem :-) Dobrze się żywimy na tym wyjeździe.

W Lesku na chwilę zahaczamy o zamek ale nie ma tam nic do zwiedzania a u nas do tego trochę wąsko z czasem. Korzystając z rad GPS-a wbijamy w teren. Jest trochę zaskoczenia ale da się jechać. Trafiamy nawet na jakieś skałki. Jest też potem trochę wypychu, błota i przejazd komuś przez podwórko. Oj! Nie do końca prawda jest w tych mapach OSM. Tzn. przejechać się da ale nie tak do końca po ścieżkach i nie do końca w te miejsca, gdzie by się chciało.

Wracamy na asfalt kierując się na Myczkowce. Po drodze trafiamy na punkt widokowy na myczkowiecką zaporę. Ładnie tu. Można by posiedzieć i pogapić się gdyby czas nie gonił. Ciśniemy na most na Sanie poniżej zapory w Solinie i robimy wjazd aż do Myczkowa.

Tu zamiast na Polańczyk kierujemy się na zielony szlak w stronę Wierchów. Początek ładny ale w środku lasu, jak to tu często bywa, wyjeżdżone przez maszyny. Wypych, błoto i wszystko już przy zachodzie słońca czyli sporo na czuja. Na Wierchach jesteśmy o szarówce. Po drodze Maciek zalicza glebę i wyrywa zaczep spd z buta. Jedzie mu się fatalnie. Na szczęście teraz mamy już zjazd do skrzyżowania w Wołkowyi i kawałeczek lekkiego podjazdu na kwaterę.

Ale żeby nie było różowo, Paweł łapie na zjeździe kapcia. Znów okazuje się, że pasuje tylko moja dętka 27,5 :-) Już przy całkowitych ciemnościach staczamy się na bazę. Nie ma szans na wcześniejsze pakowanie. Tylko coś zjeść, umyć się i spać.


Link do pełnej galerii














Kategoria Kilkudniowe

Bieszczady 2017 - Góry Słonne

  • DST 77.00km
  • Teren 20.00km
  • Czas 06:08
  • VAVG 12.55km/h
  • Sprzęt Scott Spark 750
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 7 czerwca 2017 | dodano: 11.06.2017
Uczestnicy

Na ten dzień główny cel to przejechanie jednym z grzbietów Gór Słonnych a konkretnie na odcinku od Żłobka do Łobodzewa Dolnego. Aby tego dokonać musieliśmy najpierw dostać się do Żłobka. Kawał jazdy asfaltami z nielichą porcją wjazdów i zjazdów. Część już nam znana.

Na początku utrudniała nam pogoda. 2x musieliśmy przystanąć po drodze i poczekać aż przestanie padać. Potem raz zrobiliśmy przerwę by zjeść coś na gorąco by się rozgrzać i przed samym wjazdem na szlak stanęliśmy na dłuższą przerwę obiadową w samym Żłobku. Obiadek dał siły, które pozwoliły nam na wbicie się na szlak.

A lekko nie było. Początek to stroma droga gruntowa. Po deszczach pieruńsko śliska i wdarcie się na grań kosztowało nas sporo czasu i wysiłku. Jednak kiedy wychynęliśmy z lasu i naszym oczom ukazała się panorama cały ten wysiłek okazał się nieistotny. Po prostu warto było!

Szlak jednak dla rowerów przystosowany nie jest. Przynajmniej na razie nie w całości. Może tak 1/4 maksimum. Reszta to znów droga przez las, którą zwożą drewno więc ciągle wsiadanie, zsiadanie, bajora, błoto, koleiny na pół metra. Miejscami wąska ścieżka. Wyrypa. Ale widoki po drodze wynagradzają to wszystko.

W którymś momencie szlak przechodzi w wygodny, szeroki szuter. Ukazuje się panorama Ustrzyk Dolnych. A potem jest mega zjazd. Grzesiek zmierzył, że było go 3,5km. Bez dokręcania na zjeździe leciałem prawie 70km/h. Miodzio! Potem jeszcze całkiem ładny zjazd asfaltowy do Łobodzewa Dolnego. Piękna nagroda.

Resztę drogi robimy już asfaltami kierując się na zaporę w Solinie. Tam zasiadamy na chwilę na pstrąga i potem mozolnie wtaczamy się na kolejne podjazdy w Myczkowie, Polańczyku i Wołkowyi. Oczywiście ze zjazdów korzystamy również :-)





Link do pełnej galerii











Kategoria Kilkudniowe

Bieszczady 2017 - kółeczko niedoszłe

  • DST 13.00km
  • Teren 6.00km
  • Czas 01:59
  • VAVG 6.55km/h
  • Sprzęt Scott Spark 750
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 6 czerwca 2017 | dodano: 11.06.2017
Uczestnicy

Miało być ambitniej czyli do rezerwatu bobra niedaleko Uherców Mineralnych ale nas pogoda zgoniła na kwaterę.

Zaczęło się od wjazdu przez Rybne na Wierchy. Po drodze dwie ścianki: jedna asfaltowa i jedna szutrowa. Obie do wjechania jak jest sucho. Na Wierchach widzimy, że ciągnie duża chmura i grzmi. Chyba nas zgoni ale na razie walczymy. Zielonym szlakiem pieszym kierujemy się w stronę szlaków rowerowych, którymi mogliśmy się przedostać do Bereźnicy Wyżnej i zjechać do Średniej Wsi i dalej do celu.

Szlak jest rozdziabdziany przez maszyny zwożące drewno. Mało co da się pojechać. Większość to wypych lub sprowadzanie. Kiedy w końcu wydostajemy się z błota na polankę, z której jest zjazd do szkółki leśnej, zaczyna kapać. Do samej szkółki staczamy się już poubierani w deszczu. Tu pracownicy czekają aż przejdzie opad. Jest wesoło :-) Ze względu na pogodę pracy już nie będzie i wszyscy zwijają się do domu więc i nam pora w drogę bo nam inaczej zamkną drogę do lasu.

Zjeżdżamy do szlaku rowerowego na Bereźnicę ale dalej pada. Decydujemy się zjechać do bazy i dać sobie dziś na luz. Godzinę później robi się całkiem pogodnie. Cóż. Bywa i tak. Z buta deptamy na obiad i potem nad jedną z odnóg Soliny posiedzieć z browarkiem. Odbijemy sobie dnia następnego.


Link do pełnej galerii








Kategoria Kilkudniowe

Bieszczady 2017 - kółeczko na Lutowiska

  • DST 83.00km
  • Teren 70.00km
  • Czas 06:31
  • VAVG 12.74km/h
  • Sprzęt Scott Spark 750
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 5 czerwca 2017 | dodano: 11.06.2017
Uczestnicy

Dnia dzisiejszego znów zmienia się nieco skład. Dociera do nas Grzesiek. Z kolei Marcin jedzie z Moniką i Dominikiem w nieco inną trasę z noclegiem i zobaczymy się z nim dopiero jutro. Monika i Dominik opuszczają nas na dobre realizując własny plan.

Dziś w planie trasa długa ale niezbyt trudna. Jedziemy do Lutowisk. Początek asfaltami do przekroczenia Sanu i potem wbijamy w szlak rowerowy prowadzony szerokim, wygodnym duktem szutrowym z miejscami postojowymi i widokowymi. Biegnie północnymi zboczami grzbietu, który leży na północ od biegu Sanu.

Na wjeździe na sam szlak robimy chwilę przerwy konsumując nieco kalorii i podziwiając widoki. Na wjeździe na szuter wita nas znak "Uwaga! Niedźwiedzie" :-) Nie zrażeni tym poczynamy jazdę. Trasa jest bardzo dobrze przygotowana i jest się gdzie rozpędzić jak i gdzie powspinać. Wszystko to jednak bez zsiadania.

Do Lutowisk zataczamy się w porze zdatnej do konsumpcji obiadu. Tak też i czynimy. Obiadek smaczny, obfity daje sił na drogę powrotną. Tąże czynimy trasą wzdłuż rzeki San. Tu droga jest początkowo asfaltowa, by przejść bardzo kiepski asfalt i na koniec w szuter. Też zjazdy i podjazdy. Punkty widokowe i postojowe. Leci się wspaniale.

Przebiwszy się na nasz stronę Sanu usiłujemy się dostać do wsi Terka. Niestety trafiamy na szlak konny kończący się na łące. GPS, który nas wpuścił w ten kanał pozwala teraz z niego wybrnąć. Kierujemy się na szagę w stronę gdzie ma być jakaś droga. Na początek widzimy zaorane pole. Jak pole to i musi być dojazd. Z dojazdu też gdzieś dotrzemy. I tak bujając się po bezdrożach, łąkach i lasach podziwiamy widoki.

Ostatecznie udaje nam się dotrzeć do Terki po zaliczeniu kilku gleb, kozackiego zjazdu łąką i ufajdania błotem. Wracamy na asfalt i grzecznie staczamy się do bazy na kolejną, wieczorną integrację.




Link do pełnej galerii















Kategoria Kilkudniowe

Bieszczady 2017 - kółeczko na Łopienkę

  • DST 69.00km
  • Teren 25.00km
  • Czas 05:12
  • VAVG 13.27km/h
  • Sprzęt Scott Spark 750
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 4 czerwca 2017 | dodano: 11.06.2017
Uczestnicy

Plan na dziś był nieco spokojniejszy.

Robimy kółeczko w stronę Łopienki, dawnej wsi, po której została tylko tablica informacyjna i świątynia.

Początek jest asfaltowy ale szybko przechodzi w teren. Miejscami są nawet nuty wypychu. Do samej Łopienki mega zjazd. Marcin i Paweł polecieli na nim dość agresywnie. Spod cerkwi wracamy wygodną drogą szutrową do asfaltu ale korzystamy z niego tylko przez moment wbijając na równie wygodną szutrówkę wzdłuż Wetliny.

Piękna ścieżka, z miejscami widokowymi i postojowymi prowadzi nas zjazdami i podjazdami w stronę Kalnicy gdzie wracamy na asfalt. Przez Przysłup jedziemy do Cisnej na obiadek w Siekierezadzie.

Nafutrowani zaczynamy wjazd do Jabłonek i zjazd do Baligrodu. Do bazy wracamy tym razem asfaltem zaliczając po drodze niezły wjazd. Na jego szczycie widzimy z naszej prawej strony ciemne chmury. Kiedy zaczynamy się staczać do bazy pojawiają się pierwsze krople. Zjazd jest jednak tak stromy i długi, że jesteśmy przed deszczem na kwaterze. Tego dnia udaje mi się poprawić rekord prędkości bez dokręcania.




Link do pełnej galerii
















Kategoria Kilkudniowe