DPD
-
DST
38.00km
-
Teren
3.00km
-
Czas
01:50
-
VAVG
20.73km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Musiało być blisko zera bo na samochodach prawie pozamarzana wilgoć. Startuję o 6:16 czyli jeszcze trochę przed świtem. Dziś niebo czyste więc jak słoneczko wzejdzie to szybko zrobi się jasno. Jest jakby bezwietrznie. Trasę kręcę przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą. Przy weekendzie "kierownicy" uwzięli się by mnie straszyć i drażnić. Pierwszy trafia się przed światłami na "86". Najpierw wyprzedza mnie tuż przed stojącymi na czerwonym samochodami, oczywiście po ciągłej, potem przelatuje przede mną i przez ciągłą na zjazd na "86". Oj! Przydałoby mu się kilka punktów i solidny mandacik na rozum. Drugi kierownik w Łagiszy. Pusta droga a on mnie wyprzedza jakby sprawdzał jak blisko lusterkiem może do mnie dojechać. Dostał wiązankę. Kolejne miejsce ze zgryzem to rondo w centrum D. G. Tu standardowo narwańcy od strony Będzina. Jeden jechał tak, jakby w ogóle nie miał zamiaru przed rondem zwolnić. Uważnie go obserwowałem i dał ostatecznie radę się zatrzymać ale już wjeżdżając na zewnętrzny pas ronda. Jeszcze jedna okazja trafiła się na stacji na Mortimerze. Zza stojącego i kompletnie ograniczającego widoczność TIR-a wypadła księżniczka prawie nie zwalniając. Gdyby nie to, że zawsze się oglądam w tym miejscu czy coś nie jedzie, to by mogło być nieciekawie. Ogólnie jakby części kierowców padło dziś coś na głowę. Poza tym jednak mimo wszystko przyjemny dojazd do pracy. Niezbyt spieszny. Ze względu na chłodne powietrze musiałem już kontrolować uważnie oddech. Szkoda byłoby się przeziębić przed urlopem. Na miejscu jestem ze stratą około 4 min.
Po południu całkiem przyjemnie. Jest sporo słoneczka, które ładnie podniosło temperaturę. Czapka i rękawiczki trafiają do kieszeni. Pod kas bandana. Kurtka jednak zapięta bo jak powieje to nie jest za przyjemnie. Kręcę raczej spokojnie przez Mortimer i Reden. Tam zahaczam o ścianę płaczu. Potem przez Most Ucieczki kieruję się na Zieloną i dalej, czarny szlak do Łagiszy. Na końcówce szlaku dogania mnie rowerzysta i chwilę rozmawiamy, a jakże by inaczej, o sprawach rowerowych. W Łagiszy się rozjeżdżamy. Dalej przez Sarnów kręcę do mojej wioski. Tu jeszcze robię zagięcie do sklepu budowlanego i dopiero potem do domu. Urlop rozpoczęty :-)
Kategoria Praca
DPD
-
DST
33.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
01:40
-
VAVG
19.80km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wygrzebany i na kołach jestem dopiero o 6:14. W ogóle mam wrażenie, że zamiast wsiadać na rower to powinienem jeszcze spać. I nic się nie zmienia mimo tego, że trzeba mi włożyć trochę wysiłku w kręcenie. Senność utrzymuje się na całej trasie z domu, przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą do Sosnowca. Dziwne o tyle, że spałem dość długo i mocno. Może jakiś wpływ ma na to zmiana pogody. Dziś dojazd na sucho. Wiatr, wg ICM-u, pomagający choć już nie tak mocno jak wczoraj. Chmurki nie tworzą zwartego dywanu i jak tylko słoneczko wzejdzie będzie między nimi widoczne. Co do temperatury, to nie zauważyłem jakiegoś większego skoku na plus. Dalej jadę pozawijany jak na zimę. Na miejscu jestem może z minutę przed czasem. Dojazd spokojny i, w sumie, przyjemny.
Jesień jak nic. Z ciuchów, z porannego zestawu, ubywa tylko bandanka chroniąca uszy i kark. Poza tym wracam poubierany. W słoneczku jest nawet przyjemnie jak się stoi, ale wystarczy wjechać tylko w cień, w ogóle jechać, i już jest niefajnie. Kręcę powrót niespieszny na trasie: centrum Zagórza, Makro, las mydlicki, Warpie, Nerka, Zamkowe, las grodziecki, "913" od świateł na "86" do Strzyżowic. Chyba jeszcze jakiś dłuższy czas nie będzie mnie ciągnęło na popracowe objazdy. Opolskie zdrowo mnie wypompowało z sił. Jeszcze tylko jutro i dwa tygodnie urlopu. Kiepski to okres na taki wypoczynek ale nie mam na ten okres planów rowerowych. Może tylko sporadyczne, krótkie kółeczka wokół komina.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
34.00km
-
Teren
3.00km
-
Czas
01:45
-
VAVG
19.43km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Znów do pracy na mokro. Radary tuż przed wyjściem nie dawały złudzeń. Nie uda się ominąć kropli. Na szczęście opad jakby nieco słabszy niż wczoraj. Ruszam o 6:13. Ciemno, wieje i kapie. Kiedy obieram właściwy kierunek deszczyk jakby mniej przeszkadza. W koleinach bez potoków. Da się jechać. Kręcę trasę jak wczoraj czyli przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą. Po przekroczeniu "86" opad urywa się. Dziwne. Czyżby to jakaś granica? Już nie pierwszy raz tak jest, że po przebyciu świateł warunki się poprawiają. Owa poprawa utrzymuje się mniej więcej do Parku Hallera. Kiedy wjeżdżam pod światła na Alei Róż znów zaczyna kapać i tak mi już kropelki towarzyszą do końca jazdy. Na miejscu stwierdzam jednak, że mniej mi się dziś oberwało wodą niż wczoraj. W sumie przyjemny dojazd. Szkoda tylko, że powrót, wg ICM-u, też zapowiada się na mokro. Może później prognoza zmieni się na lepszą.
Powrót na sucho ale za to sporo pod dość silny wiatr. Kręcę przez Mec i Środulę do Będzina, do serwisu. Myślałem, że Srebrny będzie już na mnie czekał w gotowości do odbioru a tu się okazuje, że jest problem ze zdobyciem widelca pod koła 26" i tarcze :-/ Trudno. Przez Nerkę wbijam na Zamkowe i kręcę w stronę ścieżki do Grodźca ale zawracam do lasu grodzieckiego jak tylko uderzyłem w ścianę powietrza. Przejeżdżam przez światła na "86" i przy Lidlu wbijam w teren do lasu gródkowskiego. Wybywam przy podstawówce i wracam na "913". Ciągnę nią do domu. Po drodze kilka razy coś zazgrzytało i zajęczało w okolicach suportu jak mocniej deptałem. Przy młynkach było ok. Czyżby padał suport? Znowu? Dziwne.
Kategoria Praca
DPDZD
-
DST
37.00km
-
Czas
01:54
-
VAVG
19.47km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Mokro i znów się spóźnię. Jeszcze jestem spowolniony choć udało się trochę odespać. Do startu wygrzebuję się jednak późno. Na kołach jestem o 6:21. Kapie. Równo, niezbyt mocno. Da się jechać. Wiatr, wg ICM-u, ma pomagać. Ruch na drogach jakby ociupinkę słabszy niż wczoraj. Trasa przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą. W sumie bez sensacji. Na miejscu mam obsuwę 4 min. Nieco nasiąkłem ale w butach sucho. Mam cichą nadzieję, że do wyjazdu z pracy opady ustaną. Taką nadzieję daje ICM.
Po południu było już całkiem całkiem, jeśli brać pod uwagę poranek. Powrót zapowiada się pod wiatr, ale przynajmniej jest sucho. Nie na tyle ciepło jednak bym we wdzianku zmienił coś poza rękawiczkami. Wciąż czuję osłabienie i wolę jechać poubierany. Trasa przez Mec, Środulę, Stary Będzin, 11-go Listopada, Zamkowe, Grodziec i Gródków w tempie mocno spacerowym. Przyjemnie się turlało. W domu zostawiam plecak, zakładam Błękitnemu sakwy i robię standardowe zagięcie do wsiowego Lewiatana.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
36.00km
-
Teren
3.00km
-
Czas
01:51
-
VAVG
19.46km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
O! Jak dobrze wrócić do unormowanego trybu funkcjonowania :-) Co prawda ciężko się było zebrać po dwóch godzinach spania ale potem już jakoś poszło. Nie na tyle jednak dobrze, by obyło się bez spóźnienia. Na kołach jestem o 6:26. Poubierany jak na zimę. Łącznie z grubymi rękawicami. I wcale się nie zgrzałem mimo dość intensywnego kręcenia. Po prostu było zimno. Miejscami poniżej zera bo na trawach widać było szron. Ale jezdnie w dobrym stanie. Kręcę z uczuciem trasę przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą. Na początku zaskakuje mnie to, jak rowerek idzie. Dopiero po chwili zajarzyłem, że przecież nie ma sakw :-) Mimo tego, że przykładałem się do jazdy, a okoliczności w postaci świateł sprzyjały, to i tak na miejscu jestem po czasie - 7:08. Dojazd jednak przyjemny i umiarkowanie spokojny. O tej porze jest zupełnie inny ruch na drogach niż jakiś kwadrans wcześniej.
Po południu zauważalnie cieplej niż rano ale i tak jadę poowijany jak o poranku. Jedynie na dłonie idą lżejsze rękawiczki. Czuję, że jestem osłabiony i wolę nie ryzykować, że mnie zawieje. Powrót kręcę najpierw przez centrum Zagórza, gdzie podają Marcinowi płytkę z fotami z objazdu opolskiego. Potem toczę się w stronę Mortimeru i dalej Redenu. Potem Most Ucieczki, Zielona, czarny szlak do Łagiszy, Sarnów i Psary. Bez ciśnienia ale i bez zamulania. Mimo zmęczenia jednak widzę różnicę w podawaniu. Pusty rower jakoś lepiej idzie. Na wjeździe do mojej wioski czuję już spore ssanie więc jeszcze wskakuję na chwilę do piekarni uzupełnić poziom cukru. Potem już zjazd prosto do domu. Niby przyjemnie ale jakoś tak już widać, że jesień atakuje. To już ten czas, że trudno będzie ocenić jak się ubrać żeby było dobrze.
Kategoria Praca
Dookoła opolskiego dzień 6 i 1/24
-
DST
192.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
11:32
-
VAVG
16.65km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś chcemy wracać do domu. Aby tego dokonać konieczny jest wczesny
start. Początek był dobry bo zebraliśmy się na kilka minut po 7:00 ale
potem jeszcze smarowanie łańcuchów i amorów. Potem szukanie w śpiącym
mieście możliwości potwierdzenia pobytu i w trasę ruszamy po 8:00.
Jest
zimno ale nie wieje. Jeszcze. Słońca jest dużo nim jednak rozgrzało
trochę powietrze robi się prawie południe. Odczuwalnie, w czasie jazdy,
jest chłodno. Jak się poubierałem rano tak przez cały dzień zmieniłem
tylko rękawiczki na lżejsze. Za to jak się w słoneczku stanęło w
bezruchu, to było nawet przyjemnie.
Ze względu na to, że dziś
niedziela, nie zawsze udaje nam się potwierdzić tam, gdzie wymagają tego
twórcy regulaminu. Czasem wypada potwierdzić się w miejscowości obok.
Mowa tu o pieczątkach. Bo wciąż kontynuujemy zabawy przy tablicach. Mam
nadzieję, że jak będę rano wstawał do pracy, to mi kręgosłup nie odmówi
posłuszeństwa ;-p Nie upieramy się też przy zdobywaniu stempelków
dlatego, że goni nas czas. Optymistyczne założenie, że do Strzelec
Opolskich dotrzemy przed 18:00, najlepiej w porze obiadowej, gdzieś po
drodze zostaje skreślone.
Powody tego stanu rzeczy są różne.
Czasem przy stemplowaniu książeczki zamieniamy dłuższe słówko. Dziś był
też odcinek terenowy po piaskach i przez las. Zdarzały się też ładne
widoczki i inne, rzadko u nas spotykane okoliczności przyrody.
Przed
Dobrodzieniem spotykamy rowerzystę na szosówce. Chwila rozmowy i
okazuje się, że trafiliśmy sąsiada. Właśnie kupił rowerek w Poznaniu i
wraca nim do domu, do Mysłowic. Mały ten świat. Jedziemy od jednej z
blach, do następnej. Potem my zaczynamy nasze wygłupy. A kolega jedzie
dalej. Zresztą nie było sensu trzymać się razem bo nasze tempa to dwa
różne światy. My z sakwami ledwo dawaliśmy radę jechać jego spacerowym
tempem mimo tego, że był już zmęczony długą trasą. Po prostu inne opory
toczenia.
W Dobrodzieniu decydujemy się na obiad. Jedziemy do
mety, którą pamiętamy z naszego wspólnego wyjazdu nad morze ale okazuje
się, że tam jakaś impreza. Wracamy w stronę rynku, gdzie GPS mówi o
lokalu i trafiamy do restauracji. Polecany dziś zestaw to trafiony w
dziesiątkę wybór. Sosik borowikowy pyszności. Miejsce wrzucone do
pamięci jakby kiedyś przyszło ponownie stołować się w tej okolicy.
Zachód
słońca zastaje nas gdzieś między Barutem a Jamielnicą. Tu i tam
mieliśmy się potwierdzić ale sołtysa w Barucie nie zastaliśmy, a w
Jamielnicy zakonnicy pozamykani na głucho. Kierując się do Strzelec
Opolskich po drodze zauważamy rozświetlony lokal - restauracja Iskra.
Próbujemy tam się ostemplować. Ku naszemu zaskoczeniu, i radości,
właściciel zaprasza nas na mały poczęstunek i kawę. Bardzo pozytywne
wydarzenie. Opowiadamy nieco o naszej jeździe i wypytujemy też o
noclegi. Okazuje się, że również jest możliwość zakwaterowania choć w
innym miejscu i w cenach, do jakich przywykliśmy na tym wyjeździe.
Kolejne miejsce trafia do pamięci i GPS-a. Nie wiadomo kiedy wydarzy się
okazja skorzystania. Żegnamy się już przy ciemnościach i ruszamy dalej.
W
Strzelcach dni chleba. Słychać odgłosy tęgiej imprezy. My kręcimy się
jednak tylko w okolicy ratusza i tu nie udaje nam się potwierdzić.
Robimy jedynie foto z flagą klubową i ruszamy "94" w stronę domu. Na
wylocie z miasta jeszcze udaje się przyklepać pieczątkę na Orlenie.
Potem
zaczyna się jazda w ciemnościach. Początkowo prowadzi Marcin. Na kilka
kilometrów przed Toszkiem robimy krótki postój. Muszę wymienić
akumulatory w czołówce (nie jeden dziś raz) i cieplej się ubrać.
Temperatura spada choć jeszcze nie jest tragicznie. Do Toszka prowadzę
ja. Czuję jak pada mi powoli zasilanie.
Pod Market Polo (albo
Polo Market, nie pamiętam) siadam na krawężniku parkingu i zaczynam
uzupełniać braki energetyczne. Z kolei Marcin ubiera się cieplej. Tu też
się żegnamy. Marcin jedzie dalej "94" aż do Czeladzi. Ja kieruję się na
Tarnowskie Góry i Radzionków. Gdybyśmy mieli jechać razem to albo ja
bym nadłożył kilometrów kręcąc wariantem Marcina, albo Marcin kręcąc
moim. Zważywszy na dystans, temperaturę i fakt, że i tak dotrzemy do
domu o dzikiej porze, rezygnujemy z sentymentów i rzeźbimy solo.
Jazda
idzie mi opornie. Męczy mnie spanie. A wcześniej jeszcze chłód.
Doubieram się. Na przystanku gdzieś przed Tarnowskimi Górami przysiadam
na chwilę... i się zawieszam. Z odrętwienia wyrywa mnie sms od Marcina.
Jest w Bytomiu. Podaję mu swoją pozycję i info, że idzie opornie. Też
pisze, że słabnie.
Kręcę dalej przystając ile tylko razy coś mi
nie pasuje, a to jeść, a to siku, a to wymienić baterie, a to zjeść.
Każdy powód uznaję za dobry by choć na chwilę przerwać jazdę. W
Rogoźniku poważnie mnie odcina, a to już tylko kilka km od domu. Musze
jednak znów stanąć i coś zjeść. Ratuję się kawałkiem serniczka, który
był przejechał ze mną już jakieś 100km. Albo i więcej.
Na 300m od
domu dociera sms od Marcina, że wylądował. Oddzwaniam do Niego chwilę
później z info, że też jestem na mecie. Potem chowanie rowerka,
dekontaminacja sakw, prysznic, kawcia z końcówką serniczka, wpis i spać.
W końcu za 2-3 godzinki trzeba wstać do pracy :-)
Link do pełnej galerii
Znów nas noc dogoniła.
Koniec objazdu województwa. Ostatnie obowiązkowe miejsce. Stąd prosto do domu. Ponad 60km nocą.
I ślad z całego objazdu.
Kategoria Kilkudniowe
Dookoła opolskiego dzień 5
-
DST
121.00km
-
Teren
15.00km
-
Czas
07:37
-
VAVG
15.89km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Udało się wystartować wcześnie. Na kołach jesteśmy o 7:12. Jest
słonecznie ale zimno. Para bucha z ust. ICM obiecywał około +5 i chyba
tyle było. Po drodze nawet jeszce się doubieramy. W ogóle cały dzień
jadę solidnie poubierany. Przez moment tylko zakładam cieńsze
rękawiczki.
Kontynuujemy zabawę przy blachach. Niektóre ewolucje
są nawet dość wymyślne. Staramy się nie powtarzać motywów. Może
wystarczy nam pomysłów do jutra :-)
Mamy czasem problem ze
zdobyciem potwierdzenia w miejscowościach, które są oznaczone w
regulaminie jako obowiązkowe. Ale są foto przy blachach i często przy
kościołach więc nie powinno być problemu przy weryfikacji. Czasem udaje
się zdobyć potwierdzenie w miejscowości sąsiedniej. Generalnie staramy
się trzymać trasy z regulaminu, choć czasem odpuszczamy nieobowiązkowe
miejscowości. Goni nas czas i nie rozpieszcza pogoda.
Zahaczamy
przez moment o województwo dolnośląskie ale zgadza się to z wyznaczoną
trasą. Po drodze czasem trafiają się rowerzyści, niewielu jednak. Jeden
musiał się nieźle zdziwić bo akruat robiliśmy przy tablicy nasze
ewolucje, kiedy przejeżdżał obok :-)
Porę obiadową zastajemy w
Namysłowie. Trochę kręcimy się po mieście szukając lokalu zdatnego do
zakotwiczenia. Ostatecznie decydujemy się na pierogarnię. Będzie bez
browarka ale za to mamy rowerki na oku. Sam wybieram podwójną porcję
pierogów z kapustą i grzybami. Strzał w dziesiątkę. Wystarczyły aż do
samej Byczny, gdzie wylądowaliśmy na noclegu. Po drodze jedynie
uzupełniałem płyny.
Finisz przebieg pod znakiem terenowym. Za
Szymonkowem, gdzie chwilę dłuższą spędziliśmy na rozmowie z Sołtysem,
włączam w GPS-ie tryb MTB. Skutkuje to dwoma dość długimi odcinkami w
lesie między polami. Najbardziej zaskoczył mnie odcinek przed Byczyną.
Jechaliśmy wzdłuż pola chyba ponad 2km w jednym kierunku i potem drugim
jego bokiem dzieś drugie tyle. Lekko przytłaczające biorąc pod uwage
szachownice jakie spotkać można na śląsku. W opolskim pola ciągną się od
miejsca w którym stoję po horyzont. I to jest reguła. Poza tablicami
oznaczającymi teren zabudowany nie ma żadnych zabudowań.
Trochę
udało się podgonić nie tyle jednak, ile chcieliśmy. Jutro czeka nas
jazda do zarżnięcia. Około 100km trasy z regulaminu plus do tego dojazd
odomu. Szacuję, że wycisnę ze 160km. Jeśli dalej będzie tak zimno, to
będzie morderczy dzień. Ale i tak już zaliczam wyjazd do udanych. Trochę
tylko mało czasu na zwiedzanie. By pozwiedzać to 2 tygodnie na tą trasę
to absolutne minimum.
Link do pełnej galerii
Nie, to nie jest przełamanie monotonnego kręcenia. To "tablicowanie".
Serwisówka się urwała w polu, pojawiła się za to tablica więc wykorzystujemy okoliczności.
Znów nas noc dorwała :-/
Ale przynajmniej wynik za dzień poprawiony.
Kategoria Kilkudniowe
Dookoła opolskiego dzień 4
-
DST
93.00km
-
Teren
3.00km
-
Czas
06:10
-
VAVG
15.08km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Plan był taki żeby dziś wystartować wcześniej. Właściwie się udało.
Ruszamy około 7:30. Jest jakby cieplej niż wczoraj bo wdziewam lżejsze
wdzianka i nie marznę. Słabiutko podwiewa. Jest dużo słońca.
Optymistycznie zaczyna się dzień.
Toczymy się sprawnie od blachy
do blachy i od jednej miejscowości do potwierdzenia do kolejnej. Po
drodze sporo widoczków ściągających nieustanie wzrok a to na lewo, a to
naprawo. Trochę focimy. Głównie są to kościoły. Większość dość podobna
do siebie ale np. w Kałkowie jest jeden dość stary i znacząco inny od
większości. Chcieliśmy wejśc do środka ale był zamknięty a ksiądz w
szkole. Tak więc tylko foto z zewnątrz.
Po drodze trafiają się
też bardzo często ruinki z kategorii wszelakich. Pałacyki, młyny,
zabudowania gospodarskie, kapliczki. Niektóre w bardzo złym stanie i
ukryte w gąszczu drzew. Podczas kilku postoi "pieczątkowych" udaje się
czasem zagadnąć a to sołtysa, a to właściciela agroturystyki i podpytać
jakie będą losy tych miejsc. Niejedno przekształciło się w dom opieki
społecznej albo dom dla starszych ludzi. Niektóre stały się mieszkaniami
komunalnymi. Mało które awansowany do statusu muzeum. Większość
niszczeje bo nawet jak jest właściel to brak mu funduszy na kosztowne
odbudowy i renowacje. Trochę szkoda.
W wielu miejscach trafiamy
też na intensywne roboty budowlane z kategorii wszelakich. Kładzione są
nowe asfalty, kanalizacje. W kilku miastach trafiamy na rynki w
przebudowie (Paczków, Otmuchów, Grodków). Niesamowita kumulacja. Czyżby
to znak wyborów?
Pogoda nam się udała tak o tyle, o ile. Rano nie
było za ciepło ale za to słonecznie i raczej bezwietrznie. W ciągu dnia
jednak wiaterek przyspieszał i przez ostatnie 30-40km momentami trzeba
było nieźle zawalczyć by jechać z uczciwą prędkością. Pod koniec dnia
wiatr stał się bardzo silny i na dodatek przygnał chmury, co z kolei
obniżyło temperaturę. Dojeżdżając do Grodkowa jestem już poubierany
lepiej jak rankiem.
Po potwierdzeniu się w Grodkowie usiłujemy
zjeść obiad przy rynku ale tam już lokal przygotowany na jakąś imprezę
więc ruszamy w dalszą drogę. Przy dworcu kolejowym rzuca nam się w oczy
restauracja Pod Złotym Lwem. Zajeżdżamy. Smaczne jedzonko w ilościach
zdecydowanie wystarczających + browarek + herbatka. Robi się miło.
Niestety pojawia się mżawka a potem drobny deszcz. Siedzimy, jemy i
czekamy jak sytuacja się rozwinie. Robi się prawie 18:00. Nie udaje nam
się znaleźć na naszej trasie noclegu w sensownej odległości a przy
restauracji jest też możliwość skorzystania z tegoż. Niby jeszcze
godzina do zachodu ale bez pewnego noclegu decydujemy się zostać na
miejscu. Znów warunki, jak na nas, "luksusowe" :-)
Do zamknięcia
pętli wokół województwa zostało nam jeszcze około 200km i dojazd do
domu czyli łącznie w 2 dni musimy zrobić jakieś 260km (ja, bo Marcin
275). Jutro ruszamy przed 7:00. Pogoda ma nam dopisać jeśli chodzi o
brak opadów, bo z wiatrem już niespecjalnie. Wypadałoby pojechać tak ze
150km. Czy się uda? Trudno powiedzieć.
Link do pełnej galerii
Poczynamy sobie coraz śmiele przy "tablicowaniu".
Kategoria Kilkudniowe
Dookoła opolskiego dzień 3
-
DST
89.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
06:22
-
VAVG
13.98km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Plan był taki, by wyruszyć wcześnie i zrobić dziś dłuższy dystans. Wyszło jak wyszło.
Po śnbiadanku pakowanie ale jeszcze nie ruszamy. Marcin wymienia klocki w przednim hamulcu bo słabo już trzyma. Potem szukamy potwierdzenia w Głubczycach. Nim w końcu udaje się ruszyć na trasę jest już całkiem późno. Trochę ratuje sytuację króliczek, który wyskakuje nam zza pelców w lipowej alei. Kwałek za nim ciśniemy ale z sakwami nie jest to łatwe i w końcu nam się urywa. Sprawdził się jako króliczek, bo nie dał się złapać :-)
Dalej bawimy się w blachowanie. Między punktami jedziemy dynamicznie ale przy każdej możliwej okazji nieco marudzimy. A to jakaś kapliczka, a to budowla, a to widoczek. Dziś często nasz wzrok ściągały góry po czeskiej stronie. Zbliżały się wyraźnie.
Pogoda miała być bezwietrzna i na początku taka była faktycznie. Potem jednak zaczęło lekko dmuchać. Na szczęście o wiele słabiej niż przez ostatnie dwa dni. Temperatura była taka sobie. Wciąż jadę we wdzianku "na długo". W ciągu dnia przez kawałek trasy nawet stosuję czapkę. Pod wieczór nieco się ociepliło, zniknęły chmury i słoneczko ładnie dawało nam po oczach. W końcu jedziemy na zachód.
Na obiad zasiadamy w restauracji przy rynku w Prudniku. Obiadek 3-daniowy + browarek + herbatka. Wystarcza właściwie do koloacji. Po drodze jedynie uzupełniannie płynów. Sam obiadek i smaczny, i za przyzwoite pieniądze.
Dziś też wpada trochę kilometrów terenowych. Najpierw zdobywamy wzniesienie Kobylica z obeliskiem, gdzie się focimy a potem robimy terenowy skrót czerwonym szlakiem z Gierałcic do Sławniowic. Początek to ostry podjazd ale potem łagodny, długi zjazd prawie do samej miejscowości. Jestesmy tam już po 18:00. Daleko nie ujedziemy. Mapy googla zeznają, że w pobliskich Burgrabicach jest agroturystyka. Potwierdzamy się w Sławniowicach i staczamy się w stronę noclegu.
Na szczęście jest wolne miejsce więc nie musimy już walczyć dalej. Szybkie zakupy i lądujemy na kwaterze.
Nie udało się nadgonić z dystansem ale i tak fajnie dzień się toczył. Już nie robimy planów na ile jutro przejedziemy. Co się uda to przejedziemy.
Link do pełnej galerii
Jedyny większy serwis po drodze - wymiana klocków.
Jak Marcin zauważył, dobry króliczek. Nie dał się złapać.
"Tablicowanie" bo same blachy to tak łyso i bez sensu wyglądają. A poza tym przydać się to może do weryfikacji.
Czasem brak miejsca na wygłupy i trzeba robić szybko albo w locie.
No wiecie, RODO.
Śmy se na szczyt wjechali.
Tak wyglądają pola na Opolszczyźnie. To się już chyba w kilometrach kwadratowych liczy a nie w hektarach.
Klimatyczny nocleg na agro w Burgrabicach.
Dystansowo coraz słabiej.
Kategoria Kilkudniowe
Dookoła opolskiego dzień 2
-
DST
104.00km
-
Czas
07:16
-
VAVG
14.31km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Zbieramy się prawie sprawnie i startujemy o 8:30. Za oknem piękne słoneczko przywodzące na myśl miłe ciepełko. Nic z tego. Kiedy tylko wyszliśmy z budynku okazało się, że jest może +7 max. Para z ust buchała. Trzeba było się doubierać. Wracamy do województwa opolskiego i kierujemy się do Baborowa. Na razie kręci się dobrze ale to zmyłka.
Kolejna miejscowość na liście to Kietrz. I tu zaczynają się schody. Na początek doubieramy się bardziej bo jednak wiaterek nie jest za ciepły. Kiedy obieramy kierunek okazuje się na dodatek, że jest całkiem silny i całkowicie na twarz. Zapowiada się ciężka walka bo kierunek będziemy musieli utrzymać przez jakiś czas.
Umilamy sobie przejazd częstymi przerwami przy tablicach miejscowości strzelając wesołe foty w ich obecności. Daje to też trochę wytchnienia nogom. U mnie objawia się to tym, że dziś nie dało się we znaki lewe kolano mimo tego, że trzeba było momentami nieźle cisnąć by przemóc wiatr i podjazdy.
Walcząc z wiatrem przemy do Pilszcza. Średnia podła, wysiłek ogromy, kilometry nawijają się bardzo mozolnie. Gdyby nie tablice to byłaby mordęga. Osiągnąwszy ten punkt kierujemy się kolejno do Branic. Wiatr nic nie odpuszcza. Nawet na zjazdach jest tragicznie. Trzeba dokręcać by nie stanąć w miejscu.
W Branicach mieliśmy zjeść obiad ale była tylko pizzeria, która oprócz pizzy miała w repertuarze jeszcze tylko hamburgery i zapiekanki. Nie nasz klimat. Ratujemy się suchym prowiantem skonsumowanym w szczerym polu obok zagonu gotowej do zbioru kukurydzy i przy dźwiękach trąbki żałośnie zawodzącej przy okazji pogrzebu na pobliskim cmentarzu.
Jako tako naładowani paliwem jedziemy w kolejny zakątek województwa. Tym razem do Opawicy. Walka z wiatrem trwa. Zabawa przy tablicach też :-) Udaje nam się znaleźć potwierdzenie w Opawicy, czego nie udało się dokonać w Pietrowicach.
Dzień jeszcze się nie kończy ale zakładamy, że nocleg robimy w Głubczycach. O dziwo, od Opawicy jedzie się fantastycznie. Na początek zjazd, podem długi podjazd i jeszcze dłuższy zjazd. Gdyby nie dziury to by można go przecisnąć przy średniej ze 40km/h. Ale i tak jest bajka w porównaniu do poranka i popłudnia.
Udaje się nieco podbić średnią mimo kilku postojów i zabaw przy tablicach. Czasem też coś innego aparat zgarnął. Zwiedzanie jednak nie wchodzi w grę. Głubczyce osiągamy po 18:00. Nim się obkupujemy zapada zmrok. Uderzamy do pobliskiego hostelu. To akademik i we wrześniu nie ma już wolnych miejsc. Trudno. Jest hotel Domino. Kręcimy tam w ciemno ale po drodze rzucają nam się w oczy światła po lewej i zajeżdżamy. Wygląda, że tanio nie będzie. Marcin idzie zrobić zwiad. Jeszcze drożej niż poprzedni nocleg ale po telefonie do Domina okazuje się, że jednak taniej. Zostajemy. Już nam się nie chce kręcić. Poza tym "zaoszczędziliśmy" na obiedzie więc można "zainwestować" w nocleg ;-p
Ogólnie dzień optycznie przyjemny, termicznie słaby a o wietrze lepiej nie mówić. Mimo tego humory nam dopisują i jest ochota na jazdę. Jeśli wiatry się uspokoją to powinno pójść sprawniej.
Link do pełnej galerii
Po noclegu w śląski wracamy do opolskiego.
Rozkręcamy "tablicowanie".
Przy ruinach zamku w Kietrzu też odrobina fantazji uruchomiona.
Niestety nie było czasu na partyjkę szachów.
"Tablicowanie" po niezłym podjeździe.
Wieże na horyzoncie to już chyba Czechy.
Ze względu na RODO ochrona wizerunku ;-p
Dystansowo słabiej ale to dlatego, że sporo czasu zabiera potwierdzanie się.
Kategoria Kilkudniowe






















