DPD
-
DST
36.00km
-
Czas
01:49
-
VAVG
19.82km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś postawiłem na wygodę i do pracy Rzeźnikiem. W związku z tym, że
rowerek ciut szybszy od Mamuta nie bardzo przykładałem się do rozruchu. W
efekcie na kołach jestem o 6:14.
Jezdnie raczej suche. Raczej, bo jednak trafił się jakiś jełop, który
specjalnie wjechał w koleinę z wodą i mnie ochlapał. Niegroźnie na
szczęście ale jego-macią go poczęstowałem.
Trasa przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą przebiegła w miarę spokojnie. Na mecie jestem z zapasem 2 min. Przyjemny dojazd do pracy.
Długie spodnie na dojazd były dobrym pomysłem.
Powrót w
prawie letnich warunkach ale bez zaginania. Lekko podwiewa z
południowego zachodu, jest sporo słońca i trochę chmur na niebie.
Cieplej niż rano ale nie na tyle, żeby długie spodnie jakoś
przeszkadzały.
Trasa bez większego gięcia przez Mec, Środulę, Stary
Będzin, ścieżkę przy Małobądzkiej aż do Nerki i dalej przez Zamkowe do
Grodźca. Stamtąd do Gródkowa, gdzie minimalnie zaginam by nie jechać
"913", na której o tej porze jest spory ruch. Wracam na nią dopiero przy
"DINO".
Spokojnie, niezbyt spiesznie udało mi się dotoczyć do domu.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
38.00km
-
Czas
02:02
-
VAVG
18.69km/h
-
Sprzęt Bottecchia Senales Fat Bike
-
Aktywność Jazda na rowerze
Niepewność. Od samego przebudzenia, które nastąpiło zdecydowanie przedwcześnie, nie wiedziałem jak się uzbroić do jazdy. ICM wieszczył uczciwy deszcz na całej trasie a tymczasem za oknem nic. Jednak w końcu się doczekałem. Radar nie kłamał z tymi opadami ciągnącymi z południa. Około 5:00 dmuchnęło i zaczęło kapać. Stało się jasne, że dziś w użycie idzie zestaw gumowy.
Ruszam o 6:05. Początkowo chciałem jechać przez Będzin ale ostatecznie potoczyłem się przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą. Przejazd obył się bez sensacji. Deszcz momentami słabł, a nawet chyba ustawał, ale pewności nie mam bo na twarz cały czas mi coś leciało spod koła.
Do pracy docieram z kilkoma minutami zapasu z zewnątrz mokry, od wewnątrz też, ale inaczej. Generalnie jednak przejazd przyjemny i spokojny. Ciekaw jestem powrotu, bo wody ma lecieć ze 2x tyle, co rano.
Powrót pod chmurami ale początkowo niemal bez kropelek z góry. Jedynie spod kół czasem coś poleciał. Niestety w końcu zaczęło padać, choć znacznie słabiej niż o poranku.
Trasa powrotna przez centrum Zagórza, Mortimer, Reden, Łęknice, przejazd z P3 na P4, Preczów i Sarnów. Spokojnie, niespiesznie. Na moment nawet gdzieś słoneczko na chwilę przejrzało ale potem padało dalej. Trochę mnie ta jazda w kropli zmęczyła bo ścięło mnie spanie jak tylko przebrałem się w suche ciuchy.
Kategoria Praca
Powrót z integracji
-
DST
51.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
02:50
-
VAVG
18.00km/h
-
Sprzęt Bottecchia Senales Fat Bike
-
Aktywność Jazda na rowerze
Powrót z integracji w deszczu. Początkowo mieliśmy czekać do 12:00, kiedy to miało się zrobić suchsze okno startowe. Kto jednak pojechał wcześniej. Potem ktoś jeszcze i jakoś tak wyszło, że ruszamy nieco po 10:00.
Prowadzi Prezes więc znów się trasą nie przejmuję. Pilnuję tylko żeby mieć jakieś koło przed sobą. Na początku mały skrót terenowy ale reszta drogi asfaltami. Znów przez Chechło i Błędów. Tym razem jednak kręcimy do Łośnia.
Przy okazji najeżdżamy Kosmiczną Bazę. Chwila chaotycznej rozmowy. My o naszej integracji, Monika i Tomek o ich rajdzie. W sumie za mało czasu by sobie poopowiadać więcej ale przy okazji załatwiam sprawę rezerwowych klocków hamulcowych. Na resztę będę sobie spokojnie już czekał. W trakcie rozmowy część grupy śmiga obok i tym sposobem się rozjeżdżamy. Na rondzie Marcin (panp) odbija w swoją stronę. Ja z Marcinem (Prezesem) kręcę dalej w stronę Ząbkowic.
Testujemy tamtejszy przejazd dla rowerów. No Wersal. Kiedyś chciałem z niego skorzystać ale jakoś nie wpadłem na to, że aż tak jest zakamuflowany :-) Potem dalej ciągniemy w stronę terenowego odcinka wzdłuż torów na Piekło. Po drodze doganiamy Witka, który był zrobił sobie przerwę posiłkową. We trzech dociągamy do Piekła. Tu się żegnam z chłopakami i jadę na bieżnię P4. Oni w stronę przeciwną.
Solo bieżnią, przy ewidentnie poprawiającej się pogodzie, kręcę do Preczowa i dalej przez Sarnów do domu. Finisz przy słoneczku. Na miejscu mycie rowerka, rozminowanie sakw, pranie itp.
Wyszedł bardzo przyjemnie spędzony weekend. Szkoda, że tylko weekend.
Link do pełnej galerii
Na moment przed startem przy naszej weekendowej bazie.
Przystanek przy punkcie upamiętniającym trudne czasy II Wojny Światowej.
Z drogi foto niewiele. Dużo padało. Sporo wiało. Niezbyt sprzyjające warunki do focenia.
Z solowego lotu po bieżni P4 w stronę Preczowa.
Odczyt stanu licznika po uprzednim myciu Mamuta.
Kategoria Kilkudniowe
Integracja
-
DST
37.00km
-
Teren
17.00km
-
Czas
02:40
-
VAVG
13.88km/h
-
Sprzęt Bottecchia Senales Fat Bike
-
Aktywność Jazda na rowerze
Palny były ambitne. Miało być między 90 a 140 km. Zaczęło się fajnie. Szybko zaczyna się teren i jedzie się przyjemnie i spokojnie. Niestety stopniowo zmienia się umaszczenie nieba. Zmierza w kierunku niepokojących szarości. Jeszcze w Wolbromiu jest w miarę ok choć już wieje. Im dalej w teren tym wieje mocniej i w końcu pojawiają się kropelki. Nie są może jakieś super duże i nie padają gęsto ale nie wygląda to na opad przelotny.
Trochę jeszcze jedziemy w kupie ale potem część osób, która sprawdziła pogodę, decyduje się zawrócić. Reszta, siódemka z nas, jedziemy planowaną trasę. Jednak im dalej tym gorzej. Pada cały czas. Po odcinku polnym, gdzie rowerki zostają ładnie utytłane, decydujemy i my, że jednak to nie ma sensu. Wracamy bez gięcia do bazy.
Jak się okazuje udało nam się bardziej wyprostować drogę niż tym, co odbili wcześniej.
Po południu, jak wszyscy doprowadzili się do porządku, Waldek Malina zrobił nam ponad dwugodzinną prezentację ze swojego wyjazdu do Kazachstanu. Czas przeleciał błyskawicznie. Potem mecz siatkówki i dalsza integracja. Z konieczności ciut krótsza, bo dnia następnego powrót.
Link do pełnej galerii
Przedstartowe próby Marka na Mamucie.
Chwila przerwy na szlaku do Wolbromia.
Z trasy.
Losowo wybrane miejsce do grupowego foto.
Pogoda zaczyna się sypać.
Powrót do bazy w deszczu.
Dużo brakło nawet do minimalnego planu.
Kategoria Kilkudniowe
DP Dojazd na integrację
-
DST
65.00km
-
Czas
03:16
-
VAVG
19.90km/h
-
Sprzęt Bottecchia Senales Fat Bike
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rozruch dobry ale rozjechał się przez pakowanie na weekend. Z domu wytaczam się o 6:14 ale ostatecznie kręcę dopiero od 6:19, bo jeszcze zrobiłem wjazd do piekarni. Przez to mam mało czasu i decyduję się na dojazd przez Będzin.
Pogoda jest inna niż wczoraj. Na niebie chmury z niewielkimi prześwitami błękitnego. Słońca nie widać. Raczej nie wieje. Jest cieplej. Powiedziałbym, że gdzieś w okolicach tych prognozowanych +15.
Droga przebiega bez sensacji. Na miejscu jestem 2 min. po czasie. Może bym zdążył równo na 7:00 gdybym trafił na zielone na Mec-u.
Dziś nie ma powrotu. Dziś dojazd na integrację. Umówiłem się z Marcinem na 15:30 w parku im. Jacka Kuronia na Kazimierzu. Staczam się tam dość sprawnie i chwilę czekam na kompana. Nikt więcej z nami nie jedzie więc od razu ruszamy w dalszą drogę. Prowadzi Marcin więc za bardzo nie wnikam w treść trasy. Była po drodze Koksownia, Chechło. Znane mi okolice tylko poskładane w inny ciąg przyczynowo-skutkowy zakończony ostatecznie lądowaniem na mecie w Domaniewicach.
Na miejscu jest już większość uczestników zarówno z Cyklozy jak i z Rowerowych Mysłowic oraz kilka osób niezrzeszonych ale z nami jeżdżących. Ognisko i integracja ciągną się długo w noc. Właściwe to do rana.
Link do pełnej galerii
Kategoria Praca, Kilkudniowe
DPD
-
DST
37.00km
-
Czas
01:50
-
VAVG
20.18km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Nic nie udaje mi się poprawić startu. Znów ruszam o 6:14. W związku z tym, i z faktem, że jest chłodno, decyduję się na trasę przez Będzin. Nie będę musiał cisnąć żeby zmieścić się w czasie.
Jedzie się dobrze. Spokojnie. Na metę zataczam się z dwoma minutami rezerwy.
Słoneczko ładnie dawało na finiszu po oczach. Całą Zuzanny, Dworską i Lenartowicza jazda z przekrzywioną głową żeby daszek kasku dawał trochę cienia.
Po pracy przyjemne lato. Dużo słońca, lekki wiaterek. Kręcę powrót na kierunku do Dąbrowy Górniczej. W centrum Zagórza zaskakuje mnie zator. Ciągnie się prawie od Mortimeru do ronda i gdzieś dalej w stronę Mecu. Wypadek? Mnie droga dalej biegnie przez Reden w stronę Łęknic i dalej bieżnią do przejazdu z P3 na P4. Potem odbicie do Preczowa i finisz przez Sarnów do domu.
Przejazd spokojny, niezbyt spieszny i bez wyginania. Jedyny niemiły akcent, to osa, która raczyła wpakować mi się na nogę i mnie upierniczyć. Strąciłem ją od razu ale coś tam zdążyła wstrzyknąć i dziabnięte miejsce daje lekkie poczucie dyskomfortu.
W trakcie przygotowywania rowerka do jutrzejszego wyjazdu odkryłem urwaną szprychę w tylnym kole. Rowerek na bok i w użycie na jutro wejdzie Mamut. Błękitnego zrobię, jak mnie coś najdzie. Ale pewnie niedługo po powrocie z integracji.
Kategoria Praca, Serwis, Szprycha
DPDZD
-
DST
39.00km
-
Czas
01:55
-
VAVG
20.35km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Ktoś wyłączył ogrzewanie. Nogi od razu to poczuły. Ruszam o 6:14. Niby słoneczko, niby nie wieje ale w trakcie jazdy czuję ruch zimnego powietrza
Trasa przez Łagiszę i Dąbrowę górniczą bez większych sensacji.
Na miejscu jestem równo o 7:00.
Powrót w całkiem przyjemnych warunkach. Upałów nie ma ale jest na tyle ciepło, że w krótkim rękawku czuję się komfortowo. Sporo słońca. Powietrze raczej mało ruchome. Trochę chmurek. Milusio.
Trasa przez Mortimer i Reden w stronę Mostu Ucieczki i dalej przez Zieloną do Preczowa, skąd dalej do Sarnowa i do domu.
W domu zostawiam plecak, zakładam sakwy i robię jeszcze zwykłe zagięcie do wsiowego Lewiatana. Z balastem prosto do domu.
Spokojnie, bez sensacji, przyjemne kręcenie popracowe.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
33.00km
-
Czas
01:44
-
VAVG
19.04km/h
-
Sprzęt Bottecchia Senales Fat Bike
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dałem się nabrać. Kiedy wyjeżdżałem z domu jezdnie były mokre, na niebie dywan chmur a wokół wszędzie mnóstwo wilgoci w powietrzu. Ale nie padało.
Początkowo miałem zamiar jechać przez Będzin ale ostatecznie potoczyłem się przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą. Było spokojnie i bez sensacji.
Niestety na sucho nie udało się dojechać. Jeszcze gdzieś w Łagiszy pojawiły się pierwsze krople, a w Dąbrowie Górniczej już wiedziałem, że przyjdzie zmoknąć. Pytanie było tyko takie, jak bardzo.
Ostatecznie na mecie jestem 5 min. po czasie trochę nasiąknięty wodą ale nie jakoś tragicznie. W sumie przejazd nawet przyjemny.
Powrót w całkiem fajnych warunkach. Sucho, umiarkowanie ciepło, słoneczko za chmurami ale niegroźnymi. Troszkę podwiewało.
Trasa przez Mec, Środulę, Stary Będzin do Kauflandu. Potem z zaopatrzeniem najkrótszą drogą obok fabryki domów do świateł na "86" i przez Gródków do mety.
Tempo niespieszne. Jakieś zmęczenie i znużenie mi się ujawniło.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
36.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
02:07
-
VAVG
17.01km/h
-
Sprzęt Bottecchia Senales Fat Bike
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rozruch całkiem sprawny. Start o 6:13. Już po niecałym kilometrze wiem, że z początkiem roku szkolnego na drogach zawitały sieroty w konserwach. Na pustej drodze kobieta wjeżdża mi maską prawie pod łokieć, a potem skręca na stację benzynową po mojej lewej. Nie rozumiem po kiego grzyba dojeżdżała do mnie na centymetry. Trzeba będzie uważać.
Trasa przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą. Przy Shellu na Mortimerze ponownie sierota za kierownicą znów wjeżdża mi pod łokieć. Udaje mi się jednak przeżyć dojazd do pracy. Na miejscu z minutą zapasu.
Pogoda słabnie. Jezdnie mokre po nocnych burzach. Jakąś godzinę po dojeździe zaczyna znów grzmieć i padać. Chyba sprawdzą się prognozy i po południu będzie faktycznie chłodniej.
Powrót zaczynam od założenia kurtki tuż po wyjściu. Kapał deszczyk. Krople niezbyt grube ale za to gęsto lecące. I do tego jeszcze zacinało prosto w gębę. Miałem plan, żeby po drodze zrobić zakupy w będzińskim Kauflandzie ale jak mi się w butach zrobiło mokro i zimno to odpuściłem sobie. Powrót, gdzie się dało, chodnikami. Na nich mniej wody stało. Do Będzina kapało. Potem tylko wiało ale przyjemnie specjalnie to nie było. Potem zaczęło znów kropić jak dotarłem do Gródkowa ale mocniejszy opad zaczął się jak już byłem w domu. Ogólnie przejazd spokojny, powolny ale też i zabierający sporo sił. Nogi dość odczuły pogorszenie warunków.
Kategoria Praca
Pławniowice
-
DST
142.00km
-
Teren
30.00km
-
Czas
08:56
-
VAVG
15.90km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sprawcą dzisiejszego jeżdżenia był Michał. Rzucił pomysł by jechać do Pławniowic. Skład miał być liczniejszy ale ostatecznie pojechaliśmy we trójkę: Agata, Michał i ja. Prowadził Michał, no bo skoro to jego pomysł, to... :-) W efekcie wyszło fajnie.
Zbieram się umiarkowanie sprawnie i ruszam spod domu około 7:40. Jeszcze po drodze zahaczam o piekarnię by mieć trochę paszy na czarną godzinę. Potem kręcę bez kombinacji na spotkanie na BP w Mysłowicach. Bez kombinowania jednak się nie obeszło bo się okazało, że Ostrogórska w Sosnowcu rozkopana i dość dobrze ogrodzona na tym odcinku. Rowerkiem jednak da się to sprawnie objechać. Samochody mają dużo gorzej. Udaje mi się dotrzeć na miejsce spotkania z minutą rezerwy. Przed startem jednak trochę marudzimy. Ja kicham, Michał wtrzącha co na kształt śniadania, obaj czkamy na Agatę, a potem we trójkę czekamy aż Garminy policzą trasę. Ruszamy po 9:00.
Trasa na mapce więc nie będę w detalach opisywał. Generalnie nieźle nas Garmin Michała przegonił. Trochę drogami, które w normalny dzień roboczy byłyby mocno niewskazane do jazdy rowerem. Jednak przy niedzieli, o poranku jakoś się udało.
Szybko zaczęło nam dopiekać. Picie ciągle się kończyło i postoje przy sklepach były dość częste. Może dzięki temu udało się nie odwodnić i nie przegrzać.
Tempo mieliśmy raczej wycieczkowe niż wyścigowe i bardzo dobrze, bo dzięki temu nie wystąpił dziś u mnie ból kolana, który na takich dystansach, i przy intensywniejszym kręceniu, zwykle się pojawiał. Chociaż ból i tak był. Kilka razy, na odcinkach leśnych i terenowych, trafiło mi się zahaczyć nogami lub rękami o jakieś parzące zielska. I chyba nie wszystko to było pokrzywy. Na prawej ręce wręcz wyskoczyły solidne bąble, które rozeszły się dopiero po kilku godzinach.
Do Pławniowic, nad jezioro, trafiamy około 14:00. Zasiadamy tam na obiad i chwilę nam schodzi. Ale trzeba było, a rybka była warta zachodu. Potem podjeżdżamy pod pałac zrobić foto przy bramie i zaczynamy odwrót. Objeżdżamy jezioro Pławniowickie od północy i dalej za przewodnictwem Michałowego Garmina kierujemy się w stronę Bytomia. Ustawienia nawigacji to kolarstwo górskie więc jest ciekawie. Sporo terenu momentami ocierającego się o bezdroża.
Czas jednak ucieka i kiedy jesteśmy już w Bytomiu odpuszczamy zawijasy. W Bytomiu też Agata postanawia resztę drogi odbyć pociągiem. Widać po Niej, że jest zmęczona. My z Michałem wierzymy, że dałaby radę ale ona nie jest do tego przekonana. Nie namawiamy i nie zmuszamy. Grzecznie odprowadzamy ją na dworzec. Okazuje się jednak, że Agata ma przeciwko sobie całe PKP (czy też KŚ). W niedzielę pociąg o 19:08 nie kursuje. Następny jest o 20:52. A my mamy na chronometrach gdzieś około 19:20. Wybór taki, że albo czekać w pip czasu na pociąg, albo jechać w jakimkolwiek tempie dalej. Agata jedzie z nami.
Wbijamy na "94" i ciągniemy przez Piekary Śląskie do Siemianowic. Tempo jakby ciut żwawsze. Przy odbiciu na Przełajkę żegnam się z moimi towarzyszami z Mysłowic. Oni lecą dalej na Czeladź a ja w stronę Wojkowic. Swoim tempem dość szybko docieram do domu. Tu sesja foto pająka na bramie, smarowanie amorków Rzeźnika, potem zimny browarek, wpis, prysznic i spać.
Bardzo przyjemnie spędzona niedziela.
Link do pełnej galerii
Cośmy się dziś na światłach nastali, to nasze.
Nawet nie wiem czyśmy tam na legalu jechali. Nie spodobał mi się ten odcinek ale udało się go przeżyć.
Nastrzelałem dziś trochę foto kościołów po drodze bo to jakieś charakterystyczne punkty.
Trafiały się też murale.
Niektóre foto krzywe, bo strzelane w locie, z ręki.
Na niektórych widać, że jakiś tam speed był w trakcie jazdy :-)
Po drodze było całkiem sporo rowerzystów.
Kontrolne przy pałacu w Pławniowicach.
A potem to już różne przypadkowo kontrolne foto na powrocie.
Tu Garmin twierdził, że jest dobrze przejezdna droga. Dobrze, że zebrali kukurydzę. Inaczej jazda byłaby... interesująca...
Chwilę po niezłym chaszczowaniu.
Losowe przed Bytomiem.
Potem już nie było weny i nastały ciemności więc darowałem sobie foto. Aż nie dotarłem do domu, gdzie taką oto piękność przyuważyłem w świetle czołówki na bramie. Nie mogłem się oprzeć pokusie i strzeliłem kilka foto. Mam nadzieję, że pajączek nie oślepł, bo kilka było z lampą ;-p
Wynik za dzień. Nie jest może jakiś super hiper wielki, ale uczciwy jak na temperaturę i weretepowanie.
Kategoria Jednodniowe






















