DPD
-
DST
33.00km
-
Czas
01:48
-
VAVG
18.33km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
16 km. +13 na termometrze. Wrażenie takie, że jechało się opornie choć czas niby w normie.
Powrót koszmarny. Pod wiatr. Spacerowym tempem. Struty jakimś żarciem nie mam w ogóle sił. Ruszyłem jak na Dąbrowę Górniczą ale obok stacji w centrum Zagórza wróciłem na Mec i dalej przez Będzin do domu.
Kategoria Praca
Jakem to wodził wycieczkę klubową do Lublińca
-
DST
195.00km
-
Teren
65.00km
-
Czas
10:18
-
VAVG
18.93km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dzisiejszy dzień w całości poświęcony rowerowaniu pod znakiem PTTK i Cyklozy - planowana wycieczka do Lublińca.
Start z domu 6:10. Na miejscu startu, czyli pod fontanną przy siedzibie PTTK w Sosnwocu, na 10 min przed 7 rano. Marcina nie ma za to całkiem liczna grupa ze znajomymi (Amiga, gizmo201, djk71, avacs) z bikestats, z PTTK, z wcześniejszych wyjazdów a także kilka nowych twarzy. Bardzo pozytywne zaskoczenie zważywszy na wstępnie średnią pogodę i nie za wysoką temperaturę (+13 st. C).
Tradycyjne foto grupy startowej i ruszamy. Trasy nie będę opisywał. Jutro dodam mapkę i zdjęcia do opisu.
Generalnie jazda szła dość sprawnie. Na nikogo nie trzeba było jakoś specjalnie czekać. Tradycyjnie formowała się grupa wyrywna (tym razem bardzo często pod wodzą Amigi - widać, że chłop ma dynamit w nogach i tempo grupy czasem mocno trącało spacerowym - choć też nie raz udzielił się w ten sposób Filip a i innym też czasem wypadło nieco rozpuścić konie) jaki i stateczna.
Mnie z racji roli dzisiejszego Psa Przewodnika przypadło miejsce w przodku peletonu i czasem dawałem się nieco ponieść dzikiemu gonowi.
Po drodze doliczyliśmy się 3 kapci (w tym dwa u Amigi) i jednego uszkodzonego bagażnika.
Do Lublińca dojechaliśmy w komplecie. Foto na rynku i przenosiny do Chaty Wuja Toma na dłuższy przerywnik (m. in. ze względu na izobroniki). Zrobiliśmy małe zamieszanie w lokalu bo oprócz zwykłych gości zjawiliśmy się my czyli prawie 20 osób. I każdy chciał jeść i pić. Trzeba przyznać, że jednak obsada weekendowa lokalu poradziła sobie całkiem nieźle. Po odpoczynku powrót inną trasą niż droga do Lublińca i inną też od Wymysłowa niż zaplanowana. Zmian było kilka. Niektóre wyszły same z siebie, przez przypadek albo były popełnione z premedytacją.
W Lublińcu opuszcza nas kolega Darek. Kolejne pożegnanie następuje w Tarnowskich Górach z czterema osobami (w tym djk71 i amigą). Dwie osoby żegnamy w Łagiszy. Jadą w tym samym kierunku co my ale mocniejszym tempem.
Pozostała grupa wodzona przeze mnie wolniej przebijała się do Sosnowca, gdzie również kilka pożegnań po drodze. Pod Fontannę docieramy w mocno uszczuplonym składzie. Pożegnania i ruszamy w powrotną drogę.
Pogoda rano była taka niewyraźna. Potem nawet słoneczko się rozpędziło na trochę. Ostatecznie jednak przyszło nam trochę w deszczu poszaleć. Upałów nie było.
Kilka razy zdążyło mi się trochę nieco w trasie zamotać ale humory dopisywały i chyba nikt specjalnie nie miał nic przeciw extra objazdom.
Dzięki Amidze i djk71 mieliśmy okazję nieominąć papierni w Boruszowicach, do czego zapewne by doszło, ponieważ nie miałem o niej zielonego pojęcia. A chłopaki mają w pamięci całkiem sporo takich obiektów i wspominali o nich po drodze. Niestety ze względu na czas i dystans nie bardzo była możliwość zbaczania do nich wszystkich. Papiernia akurat znajdowała się o rzut beretem od naszego postoju więc podjechaliśmy tam całą grupą.
W samym Lublińcu nie robiliśmy wielkiego zwiedzania z różnych względów. Nie mieliśmy tam nagranego przewodnika. Miasta też nie znamy i odnalezieni obiektów, które są warte zobaczenia mogłoby zająć nam zbyt dużo czasu. Poza tym po przejechanym dystansie tam trzeba było odpocząć. Poza tym tak na prawdę to głównym założeniem wyjazdu do Lublińca było pośmiganie po tamtejszych lasach a samo miasto było tylko miejscem, w którym miał nastąpić zwrot akcji na powrotną. Choć gdyby było więcej czasu, to niewykluczone, że byśmy i po mieście nieco się pokręcili. Może powtórzymy kiedyś tą trasę i postaramy się znaleźć kogoś z Lublińca, kto by nam posłużył za przewodnika. Może ktoś z BS?
Skład wyprawy do Lublińca.
Marcinowi i Ryśkowi wyszedł "taniec" na bunkrze przy drodze z Wymysłowa do Ossów (tak to się chyba odmienia).
Sprawca jednego z kapci.
Chwila na wyrównanie oddechu po pokonaniu serii piaszczystych pagórków.
Po rzucie okiem opuszczamy rezerwat Jeleniak-Makuliny.
Zdjęcie "zdobywców" Lublińca :-)
I zacięty atak na pełne talerze w Chacie Wuja Toma.
Budynki papierni w Boruszowicach namierzone dzięki djk71 i Amidze.
Starcie amigi z drugim kapciem w Tarnowskich Górach.
W Rogoźniku załapaliśmy się na zachód słońca...
... i tęczę. Niestety na zdjęciu nie wygląda to tak pięknie jak w naturze. Ale żeby to podziwiać, trzeba się najeździć, zmoknąć i zmęczyć.
Link do pełnej galerii. Niestety zdjęć nie za wiele ale to ze względu na fakt, że mam tylko 2 ręce a teren był dziś wymagający i były mi potrzebne do obsługi rowerka. Choć muszę też stwierdzić, że w porównaniu do objazdu, który robiłem z Edytą, było łatwiej, sucho.
I jeszcze ślad. Zawiera poza wspólnym przejazdem również mój dojazd do miejsca startu i powrót.
Kategoria Inne
DPD
-
DST
36.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
01:45
-
VAVG
20.57km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Poranny standard: 16km. +10. Zauważalnie chłodniej. Po Będzinie już porozstawiane częściowo zakazy wjazdu przed TdP. Inne w gotowości do ustawienia.
Po 15:00 na ulicach stada (chyba) wściekłych kierowców. Wystani w korkach z okazji TdP wszyscy na raz starają się zdążyć na rozpoczęcie weekendu. Na Lenartowicza od samej góry nieprzerwany sznur samochodów. Jadę na centrum Dąbrowy Górniczej, Zieloną i dalej wertepkami przez Preczów, do Gródkowa i Psar. Na chwilę do Lewiatana i do domu.
Jakoś tak nie za super ciepło ale jechało się fajnie. Tylko dziwnie wyglądałem chyba bo ja w krótkich spodenkach i koszulce a tu ludzie na rowerach wszyscy poubierani jakby zima była.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
35.00km
-
Teren
2.00km
-
Czas
01:35
-
VAVG
22.11km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Standardzik do pracy: 16km. W końcu otwarte skrzyżowanie koło stadionu w Będzinie.
Powrót przez Dąbrowę Górnicza, Zieloną, Preczów (terenowo), Sarnów.
Wiaterek. Jakiś taki nie za ciepły. I prosto w gębę.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
36.00km
-
Teren
6.00km
-
Czas
01:55
-
VAVG
18.78km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Poranne 16km. Bez sensacji. Ale dzień jeszcze młody.
Powrót bez kombinowania wielkiego. Do Marcina podać mu pena ze zdjęciami. Potem do kolegi podać mu kartę sieciową i potem nieco wertepkami do domu.
Kategoria Praca
DPOD - w poszukiwaniu surowca na koszulkę klubową
-
DST
56.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
02:55
-
VAVG
19.20km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Standardzik do pracy. 16km. Ciepło. Nawet na termometr nie patrzę. Koło Środuli atmosfera zmienia się na klimat lasu tropikalnego. Dobrze, że w pracy klima jest.
Start o 6:03. Jazda na luzie, bez pośpiechu. Aż szkoda, że do pracy :-)
Po pracy na początek do Marcina. Razem do Będzina (obok Makro) gdzie się trochę kręciliśmy (Urząd Miejski, Optyk, Serwis, Urząd Miejski, DOM ZŁY GHOSTÓW).
Potem pojechaliśmy do M1 w Czeladzi w poszukiwaniu sklepu z ciuchoma rowerowymy wyszukać materiał zdatny do przekształcenia w koszulki klubowe. Efekt poszukiwań: NULL. Potem pod kościół na Syberce, gdzie dojechali do nas Paweł i Michał. Razem na zjazd na 12%, obok Starego Będzina do Decathlonu w kontynuacji poszukiwań surowca na koszulki klubowe. Niestety i tu porażka. Spod Decathlonu gnamy na Mydlice, przeskakujemy na Ksawerę i jedziemy w stronę Czarnej Przemszy. Na drugą stronę, w krzory i wertepoma wypadamy obok wiaduktu na drodze z Będzina do Łagiszy. Ciągniemy razem do Sarnowa. Tu wciągamy różności (BigMilk-i, Powerade-y i inksze takie) a po tym się żegnamy. Chłopaki uderzają w stronę Preczowa ja wracam przez Sarnów, z drobnym postojem w sklepie, do domu.
Pogoda jakby dziś generalnie zdatniejsza dla ludzi. Mykało się całkiem, całkiem.
Kategoria Praca
Ładunek wrażliwy
-
DST
39.00km
-
Teren
9.00km
-
Czas
02:00
-
VAVG
19.50km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
U mnie w okolicy cały dzień pewnie był taki sam jak w reszcie kraju czyli lampa okrutna. Tak też i cały dzień z domu się nie ruszałem. Wieczorkiem dmuchnęło, jakoweś chmury się pojawiły ale tak na moje oko to deszczu raczej nie zapowiadały.
Około 19:00 tel do Marcina, że jak coś to o 20:00 na tamie na P4. Zbieram się i ruszam. Na miejscu o czasie ale Marcina nie będzie - zatrzymały go sprawy różne.
Tak więc robię solo objazd P4. Miał być asfaltowy ale jakoś mnie tak ściągnęło w teren i tak już poleciało. Objazd zajął mi jakieś 40 min. Zadziwiająco pusto jak na taką pogodę. Pewnie postraszyła wszystkich ta "burzowa chmura". Tak sobie pomyślałem, że może jeszcze zdążę do Lidla w Będzinie więc ruszam na Zieloną i wbijam na ścieżkę wzdłuż wałów Czarnej Przemszy. Na singielku wsiada mi ktoś na koło więc nieco podkręcam tempo i w miarę sprawnie dobijam do Będzina. Niestety Lidl tylko do 21:00 a trafiłem równo o tej godzinie więc jadę do Kauflanda.
Tam zakupy różne, w tym zaopatrzenie na jutrzejszy ochlej.
Powrót niemal najkrótszą drogą w tempie mocno asekuracyjnym. Sami rozumiecie, litr Żytniej to ładunek wart poświęcenia odrobiny uwagi. Wolę się powolutku zatoczyć niż ryzykować, że po ciemku na jakiejś dziurze %%% mi się rozleją.
Przed startem nieco podłubałem przy przerzutkach i wreszcie wczorajsze dzwonienie ustało. Jeszcze nie ideał ale ujdzie.
Kategoria Inne
Uderzenie BS na Starganiec
-
DST
80.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
03:47
-
VAVG
21.15km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś impreza wywołana przez Amigę a z czyjego ewentualnego innego podburzenia, to już On sam zezna :-)
Jakoś tak w ciągu dnia dzwonię jeszcze do Edyty z info o tym wydarzeniu oraz wysyłam esa do Joanny.
A potem szorowanie rowerka (zupełnie jak nie ja), pakowanie i start na spotkanie. Miałem lecieć prosto do Katowic ale w końcu zawinąłem do Sosnowca pod PTTK ale już spóźniony i grupę ścigałem aż do samych Katowic. Dogoniłem skład tuż przed teatrem.
Tam czekał na nas Rysiek, który był naszym przewodnikiem na Starganiec. Tempem zmiennym, zahaczając tu i tam o punkty o charakterze działalności handlowej, docieramy do celu, gdzie zastajemy Amigę. Podprowadza nas na miejsce zbiórki i sam jedzie szukać Tomka i Moniki, którzy gdzieś tam po drodze się zamotali. A tu zaczyna przybywać powoli BS-owych i nie tylko znajomych aż robi się całkiem spora gromadka.
Zostaje odpalone ognisko. Focenie. Opowieści i żarty. Czas szybko i miło leci.
W międzyczasie Kysu, Krzychu22, gozdi89 i avacs wyruszają po ciąg dalszy zaopatrzenia. Przy powrocie Rysiek zalicza wypadek. Z opowieści wynika, że efektowny. Ale z kondycji i wyglądu wychodzi na to, że może brać udział w kolejnych takich zdarzeniach. Straty ponosi tylko w pewnym napoju gazowanym i skórze zdartej tu i tam na nodze.
Kiedy robi się ciemno a komary zaczynają ucztować na nas ze zdwojoną energią, ruszamy w drogę powrotną. Do ławeczek na Ochojcu prowadzi nas Amiga. Nie mam pojęcia którędy jechaliśmy bo chyba tam nigdy nie byłem, a jeśli nawet tak, to za dnia, raz i też bym nic nie kojarzył z tych miejsc.
Na Ochojcu żegnamy się z Dariuszem i jedziemy już znaną drogą w stronę Janiny. Potem dalej do Mysłowic, gdzie robimy wjazd do Żabki a potem żegnamy się z Kysu, który jest już prawie w domu.
Dalej w składzie: Edyta, Monika, Tomek, Krzysiek, Marcin i ja gnamy razem aż do Niwki. Tu znów się dzielimy. Monika z Tomkiem, Krzyskiem i Marcinem jadą w swoją stronę a Edyta i ja skręcamy w stronę Pogoni. Szybko i sprawnie docieramy do celu. Żegnam się z Edytą i gnam do siebie w nadziei, że zdążę jeszcze dzisiaj. Niestety nie udaje się. W domu jestem 0:05 a wracałem i tak najkrótszą drogą przez Będzin i Gródków.
W domu wszystko woła jeść: kot, telefon, GPS, ja...
Najazd uzależnionych od BS na Starganiec udał się rewelacyjnie. Ja lekko w główkę trzaśnięty po wypadku ale coś mi się tak majaczy, że padła propozycja o uczynienia tego zjazdu cyklicznym. Zobaczymy jak to się w praniu ułoży.
W każdym bądź razie fajnie było się zjechać i spotkać. Atrakcje niby we własnym zakresie ale to chyba najlepsza forma, bo każdy dostaje co chce.
Zdjęcie "zlecianych" na Starganiec autorstwa Amigi.
Kategoria Inne
Z Edytą do Lublińca - wytyczanie trasy
-
DST
174.00km
-
Teren
50.00km
-
Czas
10:09
-
VAVG
17.14km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Plan na dziś: przejechać z Czeladzi do Lublińca i powrócić trasą na wycieczkę PTTK 14 lipca. Trasa tam inna iż powrotna. Jak najbardziej bocznymi drogami albo wręcz terenowo.
Umówiłem się z Edytą na wczorajszej ustawce, że jedziemy razem.
Start z kwadransem akademickim z rynku w Czeladzi. Nieco się grzebałem ze startem z domu i tak jakoś wyszło.
Pogoda rewelacyjna. Trochę tylko popadało jak byliśmy w Miasteczku Śląskim ale niegroźnie. Tam też zaliczyłem glebę na śliskim błocie. Na szczęście bezstratną i bezobrażeniową. W onym Miateczku też trochę pokręciliśmy się koło huty (zapoznaliśmy 3 bramy wjazdowe do tejże) próbując znaleźć jakiś maksymalnie terenowy objazd tej działalności gospodarczej. Przy okazji dziebko poszorowaliśmy po błocie i wertepkach.
Droga do Lublińca w większej części lasami. Kilometrami tylko leśne dukty, szum drzew i inne odgłosy różne lasu. Żywego ducha. Teren różny: sporo kałuż, trochę błota, miejscami piasek ale generalnie wszystko do przejechania.
Po drodze kilka króciutkich postojów na pojenie i karmienie. Docieramy do Lublińca trochę po 15:00. W Chacie Wuja Toma wprowadzamy sobie obiadek + herbatki/kawki/napoje. Na miłej rozmowie czas płynie i robi się prawie 17:00, kiedy wyruszamy w drogę powrotną. Inny wariant. Początek przez las dłuuuuuugą prostą. Potem na zmianę asfalty i las. Dłuższa chwila postoju w Świerklańcu i potem już bez marudzenia prosto do celu. Odprowadzam Edytę pod dom (jest po 22:00). Chwila rozmowy, poznaję męża Edyty, Wojtka. W końcu się żegnam i ruszam prosto do siebie przez Będzin i Gródków.
Naprawdę udany rowerowo dzień. Jechało mi się z Edytą bardzo dobrze. Podobne, równe tempo. Wesołe rozmowy. I sporadyczne foto. Cieszę się, że razem odbyliśmy tę drogę.
A trasa wyglądała tak:
Chwila oddechu gdzieś w lublinieckich lasach.
Rezerwat Jeleniak Mikuliny.
Edyta forsuje n-tą kałużę w drodze do Lublińca.
Lubliniec osiągnięty.
Chrzest nowych sakw MSX-a i to, co się przylepiło do rowerka po drodze do Lublińca a nie odpadło na wertepach :-)
W oczekiwaniu na obiadek - obraz ufajdania w mojej wersji.
Najazd w drodze powrotnej.
Pojedynek na aparaty niemal w domu - Świerklaniec.
Link do pełnej galerii
Kategoria Inne
Szpital->Praca->DG->Serwis(Będzin)->Dom->Ustawka w Będzinie itd.
-
DST
91.00km
-
Teren
10.00km
-
Czas
04:30
-
VAVG
20.22km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rano do przychodni w szpitalu w Czeladzi na kontrolę. Wolne do końca tygodnia. Jeszcze. Potem z ZLA do pracy. Z Czeladzi wyjeżdżałem tuż po burzy. Mokro jeszcze było w Będzinie ale w Sosnowcu już sucho. Dziś pewnie cały dzień taki będzie.
Powrót z pracy na Dąbrowę Górniczą. Coś po drodze zaczęło dziwnie w kole jęczeć więc zrobiłem zwrot na serwis w Będzinie. Po drodze przestało w kole jęczeć ale byłem już pod serwisem więc wszedłem i zapytałem o sytuację Nowego Rumaka. A sytuacja jest taka, że obręcz koła zadniego do wymiany. Czy coś jeszcze to się okaże.
Dotarł też niedawno wyszukany w sieci i zamówiony zaczep do Garmina (wziąłem 1 na zapas). Będę go mógł teraz znowu mocować na kierownicy. Bardzo to ułatwia obsługę.
Na 17:00 pognałem do Będzina na ustawkę. Spotkanie pod Zamkiem. Grupa zmyślnie schowana w murach przed słońcem. Tym razem 10 osób łącznie ze mną. Na początek lot wzdłuż Czarnej Przemszy na Zieloną i dalej na P3. Tam robimy kółeczko i się zakotwiczamy na moment w jednej z knajp. Jak się okazuje, moment nieco się przeciąga przez burzę. Jest mokro, jest wesoło. Po burzy lecimy na Zieloną pod parasole przy fontannie i tam znów chwila na zacieśnianie znajomości. Czas leci i w końcu zapada decyzja, że wracamy. Różniastymi wertepkami i asfaltami lądujemy w Będzinie. Tam część osób uderza do siebie. Z Prezesem Ghostbikersów lecimy w pobliże ich DOMU ZŁEGO, gdzie się żegnamy. Marcin i ja odprowadzamy Edytę pod drzwi. Pożegnanie i lecimy dalej bo tak cośik ciągle mryga.
Marcin jedzie do siebie, ja do siebie.
Moja droga wiedzie przez Czeladź, Grodziec i Gródków. Przez całą Czeladź deszczyk tak sobie pokapuje ale w sumie niegroźnie. Gdyby się taki całą drogę utrzymał, to by było całkiem ok. Ale nie. W Grodźcu, na drodze do Gródkowa, dopada mnie ulewa więc jak dojeżdżam do Gródkowa to już mi się nie spieszy bo i tak względnie suchy nie dojadę.
Po drodze ciągłe flesze. Nie wiem, czy przekroczona prędkość ale jeśli tak, to jestem już bankrutem, czy żem taki piękny ;-) Chociaż po zdjęciach Nekora z Ustronia to raczej w to wątpię.
Dzisiejszy skład - foto autorstwa Nekora.
Kategoria Inne






















