DPOD
-
DST
40.00km
-
Czas
01:52
-
VAVG
21.43km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
W nocy przeszedł w mojej okolicy front wschodni. Tak przynajmniej ta burza wyglądała. Lało do 5:00. Psychicznie przygotowany byłem na ciężką walką dojazdową w strugach deszczu. Jednak znów prognoza ICM-u się sprawdziła i na starcie o 6:08 było całkiem nieźle. Bez deszczu, powoli schnące jezdnie z odrobiną wody w koleinach. Przyjemny wiaterek mniej więcej z zachodu. Kręcę niezbyt intensywnie by się nie uflejać tym co spod kół się wydostaje a mimo to trzymam się nawet czasu przelotu. Mniej więcej 1 km od domu wyprzedza mnie jakiś furiat na gazetę. Nie wiem czy 10cm od mojego łokcia przeleciał. Powinien był zwolnić i poczekać aż z przeciwka przejadą 3 samochody ale najwyraźniej te 10-15 sekund potrzebne mu były do zbawienia. Nieco mi podniósł ciśnienie na chwilę. Reszta drogi spokojna. Po drodze w sumie trzy rozlewiska. Dwa na Zielonej i jedno na ścieżce na Zagórzu. Niezbyt głębokie, na szczęście. Udało się nie nabrać wody do butów. Na miejscu z zapasem kilku minut praktycznie suchy.
Po pracy dzionek zrobił się całkiem przyjemny. Ładne słoneczko, barankowe chmurki, lekki wiaterek, przyjemna temperatura. Kręcę powrót przez Reden (ściana płaczu), Pogorię 3 (bieżnia do przystani jachtowej), Piekło, Preczów, Sarnów. Bez ciśnienia, swoją kadencją i w zgodzie z ukształtowaniem terenu. Spokojnie i przyjemnie. Powrót bez sensacji.
Kategoria Praca
DPDZD
-
DST
37.00km
-
Czas
01:53
-
VAVG
19.65km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś udało mi się odrobinę start przyspieszyć i zacząć o 6:07. Warunki są... dwuznaczne. Ciepło, lekki wiaterek, wysokie chmury, szczątkowe słońce ale też dużo wilgoci w powietrzu wieszczącej opad, który wg ICM-u ma się pojawić po 8:00. Na razie jednak jest ok. Kręcę spokojnie bo mam zapas czasu. Na drogach pustawo. Punkty pośrednie zaliczam w dobrym czasie. Światła na Alei Róż i Mortimerze udaje się przejechać bez stania. Bardzo przyjemny i spokojny dojazd do pracy. Na miejscu z zapasem 7 min.
Po pracy niespiesznie i bez zaginania przez Mec, Środulę, Stary Będzin, stadion, Zamkowe, Grodziec i Gródków do domu. W ciągu dnia popadało trochę ale wilgoć w powietrzu dalej wisi. Nieco spadła temperatura. Jakieś 2-3 stopnie. Dziś kręcenie na powrocie jakoś mniej dynamiczne ale przyjemne. W domu zostawiam plecak, zawieszam sakwy i kręcę standardowe kółeczko do wsiowego Lewiatana. Potem prosto zjazd do domu.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
38.00km
-
Teren
2.00km
-
Czas
01:57
-
VAVG
19.49km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Bardzo przyjemna temperatura od samego rana. Ładne słoneczko. Lekki wiaterek. Zbieram się do startu o 6:12. Kręcę bez ciśnienia. W radiu sprzedali newsa, że na S1 w Mierzęcicach jakiś wypadek i objazdy wytyczyli przez "78" i "913" w związku z czym spodziewam się większego ruchu na odcinku do świateł na "86". Faktycznie jakby więcej pojazdów. Za skrzyżowaniem jest już jednak spokojniej. Punkty kontrolne zaliczone w takim sobie czasie. Na "dworcu kolejowym" dopada mnie telefon. Patrzę kto. Prezes. Zastanawiam się co go podkusiło dzwonić tak wcześnie. Mówi: "odwróć się" i macha z peronu. Jadą z Prezesową na wojaże po Kaszubach. Nie mam niestety czasu na pogaduchy i kręcę dalej. Standardowo stane światła na Alei Róż i Mortimerze. Potem już spokojnie ścieżką do celu. Na miejscu z zapasem 2 min.
Po pracy przyjemne ciepełko. Wiatr się zmieniał od południowo-zachodniego o temperaturze podmuchu z pieca hutniczego, do północno-zachodniego noszącego lekkie znamiona rześkości. Ruszam bez większego gięcia przez Mec i Środulę w stronę Starego Będzina. Podjazd na Lenartowicza jedzie mi się zadziwiająco dobrze. Potem, mimo że pod wiatr, dalej też kręci się całkiem nieźle. Wyraźnie pomaga wysoka temperatura. Moje ulubione warunki. Wbijam na ścieżkę przy Małobądzkiej i jadę nią aż do nerki. Stamtąd przez Zamkowe kręcę do ścieżki pod grodziecki browar i dalej na wjazd na Dorotkę. Jadę ją dookoła zatrzymując się na obwodzie w celu zrobienia fot terenów, gdzie teraz trwają prace budowlane. Ten niedaleko restauracji "Pod Lwem" w dużym powiększeniu nawet nieźle widać. Ten w Sarnowie ledwo, ledwo i to łącznie z zoomem cyfrowym. Jak już coś tam się wybuduje to pokręcę znowu i zrobię kolejne foto do porównania. Potem jeszcze strzelam kilka fotek cementowni i wjeżdżam na czubek wzniesienia. Foto kościółka i zjeżdżam aż na sam dół, pod Biedronkę i na ścieżkę w stronę Wojkowic, którą porzucam nieco przed Orlenem i za wiaduktem wbijam w teren i ciągnę prosto do domu. W ostatniej chwili decyduję się jeszcze na zjazd do przydomowego Odido za jakimiś lodami. Potem ostatnie 300m i można się chłodzić.
Kategoria Praca
Częstochowa
-
DST
174.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
08:23
-
VAVG
20.76km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Budząc się o 4:00 tak sobie myślałem, że po cholerę mi to. Mógłbym się na drugi bok przewracać właśnie i spać dalej aż nie zgłodnieję. Zamiast tego zwlekam zwłoki z wyrka i zaczynam mozolnie rozruch. Śniadanie, prysznic, pakowanie, czyszczenie rowerka i ostatecznie ruszam 6:01. Dziś klubowy wyjazd do Częstochowy na pielgrzymkę rowerową. Dla mnie to tylko okazja pojeździć ale kilka osób zamierza też we mszy uczestniczyć. Startujemy podzieleni. Ja jadę na spotkanie na Zagórzu. Pod DorJan-em ma czekać Prezes i ci, którzy chcą całą drogę na rowerach zrobić. Dojeżdżam jako czwarty. Prezes kilka minut po mnie. Bez większej zwłoki ruszamy. Prowadzi Marcin więc pozostaje tylko cieszyć się jazdą. Kręcimy przez Dąbrowę Górniczą w stronę Pogorii 3 i dalej na Antoniów. Stamtąd kierunek na Siewierz. Pogoda taka sobie. Dość dużo chmur, wiaterek, raczej chłodnawo w krótkim rękawku. Czasem usiłuje przebić się słońce ale z marnym skutkiem. Z Siewierza, po foto przy zamku, jedziemy dalej do Myszkowa. Kiedyś podjazd, który jest po drodze, wyrywał płuca. Teraz, po zaprawie w górach w Kotlinie i potem z Michałem w Wyspowym, łyka się go nawet nie wiadomo kiedy nie zrzucając nawet z blatu. Z Myszkowa kręcimy dalej asfaltami do Poraja, gdzie mamy się spotkać z większą częścią naszej grupy. Podjeżdżają pociągiem, który wyprzedza nas kilka km przed Porajem. Witamy się, robimy fotograficzne liczenie ciał i ruszamy mniej więcej na Olsztyn. Prowadzi dalej Prezes ale czasem mu się grupa wyrywa do przodu, co w kilku miejscach skutkuje tym, że nadgorliwi muszą się wracać. Sam też czasem rwę do przodu by zrobić foto nadciągającej grupy. W ogóle dziś miałem dobry, pomimo niechęci do wstawania, dzień na kręcenie. Nogi podawały rewelacyjnie i młynkowanie na podjazdach szło mi całkiem nieźle. Po drodze do samej Częstochowy mijamy dwie grupy pielgrzymów, których potem widzimy jak podchodzą pod Klasztor na Jasnej Górze. Bierzemy, wraz z innymi grupami rowerowymi, udział w przejeździe przez miasto i potem rozchodzimy się. Niektórzy na obiad, inni na mszę. Zjeżdżamy się dopiero po 14:00 i wspólnie zwiedzamy muzeum górnicze. Stamtąd rozpoczynamy powrót w nieco już szczuplejszym gronie. Jedziemy do Nierady odwiedzić sprawdzoną pizzerię. Oczywiście nie pooglądać tylko w celach kulinarnych. Wciągam pyszny makaronik. Reszta drogi powrotnej też już ograna. Jedziemy do Woźnik pokonując kolejne pagórki. Trochę się też rozciągamy i na rynku spotykamy się zjeżdżając z różnych kierunków. Potem mega zjazd spod wieży przeciwpożarowej do Cynkowa. Przez las przebijamy się do Strąkowa. Odcinek fajny o tyle, że można sobie bezkarnie samochody powyprzedzać. Na tych dziurach co tam są nie mają szans ganiać się z rowerem :-) W Strąkowie zjeżdżamy się z grupą Andrzeja. Nie zajechali do Nierady tylko spokojnie kręcili dalej. Tu dokonujemy uzupełnienia płynów i już w grupie toczymy się przez las na Zendek i dalej asfaltami do Przeczyc. Wyremontowanym mostkiem obok Pana Ryby przeskakujemy rzekę w drodze do Wojkowic Kościelnych i Pogorii 4. Tu mi Michał mówi, że mi bardzo bije tylne koło. Już na podjeździe do Woźnik słyszałem niepokojące brzęknięcie ale nie widziałem urwanej szprychy. Dopiero na światłach w Wojkowicach przyjrzałem się dokładnie i znalazłem defekt. Szprycha pękła na gwincie w nyplu i tylko nie wyskoczyła z niego ale już nie naciągała koła, co dawało widoczne bicie. Ale w jeździe to nie przeszkadzało. Wzdłuż Pogorii 4 kręcimy grupą kierując się na Ratanice gdzie zasiadamy w knajpce na produkty czeskiego browarnictwa. Pozwalam sobie na wspominki z Kotliny Kłodzkiej w postaci ciemnego Litovela. Schodzi nam jakieś pół godzinki nim ruszamy dalej. Żegnam się z ekipą przy "Pod Dębami". Oni dalej w stronę Będzina a ja już solo przez Preczów i Sarnów do domu. Po drodze przy domu wstępuję jedynie po czteropak na jutro i kończę jazdę na dziś smarowaniem amorków. Jutro w planach nierowerowe byczenie.
Link do pełnej galerii
Siewierz.
W Poraju już komplet.
Nieco terenu w drodze do Olsztyna.
Nasi pod katedrą.
Zwiedzamy.
Walka na podjeździe do Woźnik.
W lesie między Strąkowem a Zendkiem.
Pogoria 4 to jakby już być w domu.
Chcę oddać Rzeźnika do przeglądu więc i to już chyba zostawię im do zrobienia.
Rozliczenie z dniem.
Kategoria Szprycha, Jednodniowe
DPOD
-
DST
54.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
02:37
-
VAVG
20.64km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś start 6:09. Jest zdecydowanie chłodno mimo ładnie świecącego słoneczka. Wiaterek zauważalnie lżejszy. Kręcę bez ciśnienia bo jest zapas czasu. Punkty kontrolne pozaliczane w dobrym czasie. Po drodze żadnych sensacji. Bardzo spokojny i przyjemny dojazd do pracy.
Po pracy jest o wiele przyjemniej niż rano. Niemal takie ciepełko jak lubię. Ale też chyba trochę mocniejszy wiaterek. Na szczęście nie z tych przeszkadzających. Dziś mam ekstra zagięcie w planie. Jadę przez centrum Sosnowca do Katowic. Mam wizytę u protetyka na 16:00. Jedzie mi się, mam wrażenie, opornie. Co trochę światła, stanie, czekanie ale kilometry jakoś uciekają. Jednak ciągle nie mogę się oprzeć wrażeniu, że się spóźnię. Ostatecznie jednak jestem na miejscu na 2 min. przed czasem. Załatwiwszy co było do załatwienia, ruszam już spokojniej, co nie znaczy, że wolniej, do domu. Przez Pętlę Słoneczną, Szyb Alfreda do Siemianowic Śląskich. Chciałem jechać dalej przez Przełajkę ale na tej drodze ruch był jakiś taki intensywny i ostatecznie pojechałem przez Czeladź i Wojkowice zaliczając przy okazji trochę terenu. Z Wojkowic spod Orlenu już standardowa prosta. W sumie przyjemne, popołudniowe kręcenie.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
34.00km
-
Teren
9.00km
-
Czas
01:47
-
VAVG
19.07km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Chyba w końcu dochodzę do siebie po weekendzie bo dziś rozruch poszedł o wiele lepiej. Startuję 6:09. Czyste niebo, ładne słoneczko ale chłodno. Wiatr mniej więcej z zachodu. Wcześniejsza pora to automatycznie mniejszych ruch na drogach. Można by wręcz powiedzieć, że na drogach pustki. Jedzie mi się bardzo dobrze tym bardziej, że nie muszę cisnąć. Punkty kontrolne pozaliczane w bardzo dobrym czasie. Na miejscu z zapasem 4 min.
Po pracy przyjemniej niż rano ale do upałów daleko. Słoneczko ładnie świeci, wiatr z zachodu ale na szczęście nie jakiś koszmarny. Od samego początku kręcę ile się da terenem czyli spod pracy przez lasek zagórski, potem na Zieloną i dalej szlakiem do Łagiszy skąd przedłużeniem w pola by przejechać pod "86" i ostatecznie teren porzucam niedaleko źródełka w Psarach. Reszta asfaltem z małym wjazdem do wsiowego Lewiatana. Kręcenie powrotne niespieszne by się niepotrzebnie z wiatrem nie szarpać. Dzięki temu było całkiem przyjemnie.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
35.00km
-
Czas
01:50
-
VAVG
19.09km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Ciągle nie mogę odespać weekendu i dziś znów z tego powodu obsuwa w starcie. Dość poważna. Ruszam 6:25. Jezdnie schnące. Trochę wiaterku sprzyjającego czyli zachodni, północno zachodni. ICM mówił, że ma być około +15 ale nawet jeśli tyle jest to i tak odczuwalnie przyjemnie. Kręcę od samego początku dość intensywnie, choć jeszcze nie tyle ile fabryka dała. Mam nadzieję nieco zmniejszyć spóźnienie. Ruch zauważalnie o tej porze większy ale udaje się jechać płynnie i bez ekscesów. Punkty kontrolne pozaliczane w tragicznym czasie. Na Mortimerze tym razem nie wbijam na ścieżkę by nie tracić na niej czasu. Lecę jezdnią przez rondo. Ostatecznie na finiszu strata 8 minut.
Powrót z pracy to w sporej części jazda na wiatr. Żeby się za bardzo nie zmachać to nie cisnę. Również nie zaginam. Kręcę przez Mec i Środulę na ścieżkę małobądzką i dalej przez Zamkowe, Grodziec i Gródków do domu. Po drodze zahaczam o Dino i lekko wyginam przy wsiowym Lewiatanie. Na ostatnich metrach dopada mnie parę kropelek. Chwilę po tym, jak melduję się w domu za oknem zaczyna się króciutka ulewa. Wychodzi na to, że dobrze, że nie zaginałem. Ale też i chęci ku temu nie było. Wciąż wyłazi weekend. Jestem nieustannie głodny i śpiący.
Kategoria Praca
DPZD
-
DST
39.00km
-
Teren
3.00km
-
Czas
01:54
-
VAVG
20.53km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Udało mi się trochę zregenerować (głównie przez sen) i dziś rozruch poszedł nieco lepiej co dało starto o 6:16. Na dworze ładne słoneczko, nieznaczny podmuch i raczej rześko. Zdecydowałem się na bluzę z długim rękawem. Kręcę bez ciśnienia zakładając 2-3 minuty spóźnienia. Założenie okazało się faktem choć były szanse dociągnąć punktualnie. Zatrzymały mnie jednak kolejne światła i szlaban na "dworcu kolejowym" w Dąbrowie Górniczej. Plus przejazdu przynajmniej taki, że był spokojny.
Po pracy całkiem przyjemnie. Kręcę przez Mortimer i Reden na Zieloną i dalej czarnym szlakiem do Łagiszy. Stąd asfaltem przez Sarnów do domu. Już mnie na powrocie nie odcinało więc nieco lepiej. Jednak po dotarciu do domu "na chwilę rozciągnąłem kości" i jakoś prawie 1,5h uciekło na drzemce. Za to samopoczucie o wiele lepsze. Bez większego obijania się pakuję sakwy na Błękitnego i robię jeszcze standardowe zagięcie do wsiowego Lewiatana po zaopatrzenie. Potem prosto zjazd do domu.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
34.00km
-
Teren
7.00km
-
Czas
02:02
-
VAVG
16.72km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dzień od rana bardzo ładny. Słonecznie, rześko, lekki wiaterek. Przyjemnie. Start dziś bardzo późno - 6:28. Pokonał mnie całkowicie weekend. Wczoraj wróciłem trochę po 23:00 i nim się rozpakowałem, oprałem i umyłem to była prawie 1:00 dzisiaj. Mało snu i jeszcze dużo do zrobienia przed wyjściem zaskutkowały tym, że start w czasowej czarnej ... Kręcę tak umiarkowanie intensywnie bo spóźnienia i tak nie uniknę. Mam po drodze spory ruch. Pewnie o tej godzinie jest to norma ale dla mnie nowość bo zwykle jadę jakieś 20 min. wcześniej. Na szczęście tylko do świateł. Potem już spokojniej. Na finiszu ląduję z około 14 minutowym spóźnieniem.
Wyłazi weekendowe zmęczenie. Powrót z pracy na ostatnich nogach. Nie miałem najmniejszej ochoty przepychać się z samochodami więc od razu wbijam w teren i przemycam się nim pod przejazd pod "94". Kawałek przez miasto w stronę Zielonej i dalej czarnym szlakiem do Łagiszy. Tam kontynuuję wzdłuż torów i dalej do źródełka w Psarach. Wyjeżdżam jednak wcześniej bo już mi nogi zupełnie nie chciały podawać. Funduję sobie "Lion"-a i Fantę i jakieś ostatnie 2,5km przeciągam do domu asfaltem. Tempo iście spacerowe ale na więcej nie miałem ani ochoty, ani sił. Potrzebna mi solidna regeneracja.
Lubomierz - Psary
-
DST
161.00km
-
Teren
2.00km
-
Czas
07:45
-
VAVG
20.77km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sobota była nierowerowa choć nie do końca leniwa. Do rana zostały zużyte w większości zapasy napojów integracyjnych a zaopatrzenie miało już w planach wesele więc musieliśmy sami zadbać o swoje potrzeby. Z Michałem schodzimy 2km (i 400m w dół) do sklepu. Pakujemy po 4 czteropaki do plecaków, do tego trochę innych napojów i każdy po 2 5-cio litrowe baniaki wody i wdrapujemy się z powrotem do bacówki. Do zachodu słońca dzień przepędzamy na leniwym utrzymywaniu się w stanie błogim. Nieco przed zachodem krótki spacerek na Jasień podziwiać zachód słońca i panoramę. Jest co podziwiać. Na horyzoncie burza w okolicach Babiej Góry. Szeroka panorama Beskidu Wyspowego. Zachód słońca. Chyba z godzinę napawamy się widokami.
W niedzielę mieliśmy wracać. My z Michałem wcześniej rowerkami, reszta ekipy zejść do samochodów. Plany rozwaliła nam pogoda. W nocy przeszła pierwsza fala burzy. Nad ranem druga, po której wstaliśmy z Michałem śledzić ruch chmur. Nie było czego śledzić bo nad nami wisiał równy, szary dywan, który czasem nawet zakrywał całą polanę. Falami deszcz utrzymywał się tak, jak ICM zapowiadał czyli do 13:00. Dla nas to była potężna strata czasu ale nie było sensu się wcześniej ruszać. Poczekaliśmy chwilę by nieco wody spłynęło z drogi i po pożegnaniu rozpoczynamy zejście. Gdyby było sucho to może nawet całe byłoby do zjechania a tak to pozostało nam tylko nóżka za nóżką schodzić. Na szczęście udało się bez poślizgu ale w butach znów było... drastycznie. Na dole zostawiamy znów część bagażu do zapakowania do samochodu i na pusto ruszamy w drogę powrotną zahaczywszy na moment o sklep. Tym razem kręcimy asfaltami i to głównymi drogami. Najpierw kierujemy się na Mszanę Dolną. Idzie mi ciężko właściwie ponad 30 pierwszych km to marudziłem Michałowi, że mnie spanie bierze. Droga była stosunkowo płaska i prosta. Po prostu nudna. Plus taki, że się rozpogodziło a drogi wyschły. Za Jordanowem zjeżdżamy do karczmy na obiad. Mniej więcej od tego momentu zaczyna mi się jechać lepiej. Może też dlatego, że "28" ma po drodze kilka fajnych podjazdów i zjazdów a sama jezdnia jest równa i ładnie wyprofilowana. Średnia szybko nam rośnie a kilometrów na liczniku przybywa. Trzymamy się "28" aż do Zatoru. Tu jakiś zator. Zmiana organizacji ruchu i musimy mały objazd robić. Usłyszeliśmy jakieś głośne zapowiedzi więc podejrzewam, że była chyba w centrum jakaś impreza masowa i stąd objazd. Przerzucamy się na "44" do Oświęcimia i ciągniemy równo ku zachodzącemu słońcu. Temperatura w sam raz, nogi podają rewelacyjnie. Niestety w domu już na 100% będziemy późno. Z Oświęcimia jedziemy już oklepaną drogą przez Imielin do Mysłowic. U Michała czekają już moje graty więc podjeżdżam razem z nim. Zapinam karimatę, śpiwór i mini plecaczek z ciuchami, żegnam się i już wolniej kręcę do domu. Im bliżej tym oporniej. Jeszcze Sosnowiec i Będzin przejeżdżam w miarę sprawnie ale przed Łagiszą staję na przystanku by wciągnąć nieco kalorii. Potem ostatni skok w stronę świateł na "86" i "913" prosto do domu. Jest już zdrowo po 23:00 ale od razu wrzucam wszystko do prania a sam włażę pod prysznic. Kładę się spać już w poniedziałek. Oj! Ciężki to będzie dzień. Na pewno nie raz mnie połamie spanie. Ale warto było! Niby tylko 3 dni ale wyrypa pierwszorzędna. Zaś sam pobyt na bacówce to bardzo klimatyczne wydarzenie. Dostałem otwarte zaproszenie i nie omieszkam skorzystać. Cisza i spokój jakie tam panują warte są partyzanckich warunków. Tam inaczej płynie czas i rzeczywistość ma zupełnie inne barwy. Ale teraz czas na regenerację. Na pociechę zostaje kilka zdjęć.
Link do pełnej galerii
Połowa dnia to patrzenie jak pada deszcz. Zadziwiające. W dobrym towarzystwie to całkiem fascynujące zajęcie :-)
Nie fikaj do Czerwonego Kapturka.
Jak to było w grece? Panta rhei?
W końcu się jednak wypogadza.
Tu szamamy obiadek.
Po drodze foto raczej mało bo skupialiśmy się na tym, by równo i jak najszybciej jechać do domu.
Przed Oświęcimiem zachodzi nam słońce.
Jechało się fajnie choć szkoda, że finisz tak późno.
Kategoria Kilkudniowe






















