DPOD
-
DST
50.00km
-
Teren
8.00km
-
Czas
02:34
-
VAVG
19.48km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Po sobocie byłem tak zwalcowany, że niedziela spędzona z dala od rowerka. Właściwie to tylko spanie, jedzenie i czytanie. A jeszcze ciągle czuję, że jestem niezregenerowany. Jednak do pracy inaczej jak rowerkiem to nie do pomyślenia przy takiej pogodzie.
Zbieram się w miarę sprawnie i wytaczam o 6:08. Przyjemnie rześko. Dużo słońca. Raczej nie wieje.
Kręcę niespecjalnie intensywnie. Tylko tyle, by się trzymać w czasie. Trasa przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą. Spokojnie i przyjemnie. Na miejscu stwierdzam, że czas dojazdu wyszedł całkiem niezły. Czyli jednak trochę udało się odpocząć. Jednak tydzień będzie tylko dojazd-powrót bo, być może, jak pogoda dopisze, to w sobotę znów będzie akcja górska.
Miało być tylko dom-praca-dom ale nieoczekiwanie wyszło, że dziś powrót z małym objazdem. Początek dość standardowy, przez las zagórski na Reden. Potem Most Ucieczki i bieżnie przy P3 i P4. Ta druga do Kamienia Ornitologa gdzie odbijam na Kuźnicę Piaskową i dalej przez Toporowice do Twardowic. Po drodze kilka skrótów terenowych. Oddawszy, co miałem dowieźć, wracam. Przez Górę Siewierską przetaczam się do Strzyżowic i ul. Kasztanową zaginam do wsiowego Lewiatana na małe zakupy uzupełniające. Potem już zjazd prosto do domu.
Warunki było całkiem niezłe choć wieszczone +30 raczej nie dawało się odczuć. Może to z powodu wiatru, który dmuchał mniej więcej z północy lub północnego wschodu. Nie był zbyt ciepły i trochę miałem go prosto w twarz. Za to było dużo słońca i jak nie wiało na gębę, to było bardzo przyjemnie. Powrót bez sensacji.
Kategoria Praca
Mamutem na Pilsko
-
DST
118.00km
-
Teren
20.00km
-
Czas
09:10
-
VAVG
12.87km/h
-
Sprzęt Bottecchia Senales Fat Bike
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pierwsza propozycja na weekend to był rajd rowerowy w Mysłowicach, w niedzielę. Ale później Marcin przysłał mi esa z zapytaniem czy bym w górki nie pojechał w sobotę. Dzwonię i gadamy dłuższą chwilę. Pomysł był jechać na Pilsko. :-) Okazja sprawdzić jak Mamutem się po górach śmiga. No trudno odmówić takiej pokusie. Umawiamy się wstępnie. W piątek, jak prognozy były już znane ustalamy, że wsiadamy w pociąg w Katowicach.
Zaczynam dzień wcześnie żeby zdążyć coś wszamać, spakować się i wyjechać z rezerwą czasową. Nie wychodzi. Toczę się dopiero o 5:10. Ale drogi puste, temperatura niezła, nie wieje. Jedzie się dobrze. Pod dworcem jestem równo o 6:00. Chwilę później jest Marcin. Bilety kupujemy do Żywca.
Mieliśmy jeszcze mieć kompana w Tychach ale przy kasie było zamieszanie i się na nasz pociąg nie załapał. Pojedzie następnym. Nasz jest "szybki" i mamy w Żywcu sporo czasu więc idziemy do ciastkarni na kawkę i ciasto. Potem wracamy na dworzec i czekamy na Fabiana. On też będzie jechał na grubym kole. Nawet grubszym niż moje, bo na oponkach 4,8.
Początek to asfaltowy dojazd przez Jeleśnię do Spotoni Wielkiej. Przy ostatnim sklepie robimy zakupy i wbijamy na szlak. Niestety, niemal od razu okazuje się, że jazdy nie będzie. Środkiem szlaku przez sporą część drogi płynie sobie strumyczek. Do tego była zwózka drewna więc ciężki sprzęt rozciapał podłoże. Mozolnie pniemy się z buta zielonym szlakiem. Ale ponieważ dobry wypych nie jest zły, a uczciwa wyrypa musi mieć i takie elementy, więc zupełnie nam to nie przeszkadza.
Kilka odcinków dało się pokręcić ale nie były one zbyt długie. Za to wniosek taki, że jest moc. Grube opony ładnie idą po kamieniach i korzeniach. Jak dla mnie rowerek jest bardziej stabilny. I nie spuszczałem powietrza z ustawień na asfalt. Gdybym jechał na miękkich oponkach to byłoby pewnie jeszcze lepiej. Kiedyś i taką konfigurację przetestuję.
Generalnie plan czasowo nam się rozjechał i jesteśmy dość późno na schronisku. Izotonik dla uzupełnienia płynów i ciepła zupa na rozgrzanie. Trafiamy przy tym postoju na rowerzystów z Sosnowca. Wypytujemy o szlaki, którymi jeździli. Wychodzi na to, że jeszcze są nieprzetarte miejsca po zimowych wiatrołomach.
Zbieramy się do ataku na sam szczyt. Znów prawie nic jazdy. Ścianka taka, że może quadem by dało radę ale rowerem zero szans. Na zjazd chyba też nie. Przynajmniej ja bym się nie odważył.
Szczyt osiągamy dużo później niż zakładaliśmy. Chwilkę dychnięcia, trochę foto i wrzucenie czegoś na ruszt. Kilka razy też służymy pomocą przy uwiecznieniu zdobycia szczytu za pomocą aparatów w komórkach. Ruch jest na szlaku do Pilska całkiem spory. Zgania nas z tej miejscówki szybko rosnąca, ciemna chmura. Na szczęście idzie z tej strony, gdzie nie będziemy zjeżdżać. My lecimy na stronę słowacką. Trochę kropelek nas pogoniło i profilaktycznie pozakładaliśmy "przeciwdeszcze", ale okazało się, że bardziej był strach jak potrzeba.
Zjazd kombinowany. Sporo dało się pojechać ale były też odcinki, gdzie trzeba było obchodzić albo skakać przez drzewa. Niektóre tak blisko siebie, że nie było nawet sensu na siodełko wsiadać więc trochę początkowego zjazdu, to zejście. Do źródełka Dudova już ładnie zjeżdżamy. Tu chwilka przerwy na pojenie i uzupełnienie bidonów i dalej ogień zjazdowy.
Trochę napompowane balony przeszkadzały przy dużej prędkości i musiałem mocno pracować rękoma i nogami, żeby mi obraz nie skakał. Zdecydowanie trzeba luftu upuścić na takie warunki. Ale i tak było zajedwabiście. W jednym miejscu trochę nam się trasa pomerdała i trzeba było wrócić ale to akurat nie był problem, bo było z górki.
Kiedy docieramy do asfaltów słowackich mamy już dość sporo opóźnienie w stosunku do planu. Mieliśmy jeszcze szlakami wbijać się na Krawców Wierch i stamtąd zjechać żółtym do Glinki ale obawialiśmy się, że możemy nie wyrobić się na ostatni pociąg. Tak więc ciśniemy wszystko asfaltami.
Są kozacki zjazdy. Udaje mi się znacznie podbić rekord prędkości na Fatbike-u. Teraz mam go na poziomie 73km/h :-) Przepięknie się leciało. Był też dość ostry, i wcale nie tak krótki, podjazd, z którego znów ładnie się leciało. Od przejścia granicznego cały czas w dół.
W Rajczy jesteśmy minimalnie po czasie pociągu ale podjeżdżamy sprawdzić czy może jednak się nie spóźnił trochę. Nie spóźnił się. Do następnego ponad 1,5h. Trudno. Wracamy do centrum i zasiadamy w pizzerii na ciepły posiłek i jeszcze jeden napój izotoniczny. Potem spokojnie na pociąg.
Tym razem będziemy jechać dłuuuuuugo. Z Fabianem żegnamy się Tychach. Z Marcinem jedziemy do Katowic i potem jeszcze razem do Sosnowca, gdzie żegnamy się po kilku minutach rozmowy. Solo kręcę przez Pogoń do Będzina i dalej najkrótszą drogą do domu. W Gródkowie na chwile przystaję na przystanku i nie zsiadając z rowerka przymykam na minutę czy dwie, oczy. Mózg się lekko resetuje i jakoś dociągam do domu ostatnie 2,5km.
W domu tylko foto stanu licznika z Garmina (bzdurnego bo wliczyło też podróż pociągiem, ale za to czas jazdy i Vmax prawdziwe), rowerek do garażu a ja pod prysznic. Nawet już nie miałem ochoty na izobronka. Nie wiem ile sekund zajęło mi zaśnięcie ale obstawiam, że poniżej 15.
To był piękny dzień. Oczyszczenie przez uczciwe upodlenie. Fajna trasa, super towarzystwo, pogoda dopisała, obyło się bez awarii i kontuzji. Mogę ze spokojem ducha przebimbać niedzielę :-)
Link do pełnej galerii
Niestety, koleje nie są przystosowane do wożenia "grubasów".
Ciśniemy do Sopotni Wielkiej. Nie tylko ja na facie.
Wypych zaczyna się dość szybko. Dobrze, że byłem w trekkingach, bo bardzo to ułatwiło akcję.
Takie przeszkody pojawiły się bardzo szybko.
Dało się jednak czasem też i pokręcić.
Pierwsze widoczki. Niestety było sporo wilgoci w powietrzu i wszystko było zamglone. Ale i tak cudnie.
Niestety były miejsca, gdzie nawet "grubasem" nie dało się podjechać. I to sporo ich było.
Kontrolne przy schronisku przed atakiem na szczyt.
Tu widać, że jest stromo a i tak nie wygląda to tak, jak było rzeczywistości. Zresztą na bardziej stromych odcinkach to bardziej martwiłem się, żeby się nie zsuwać niż żeby zrobić foto.
Zdobyczne, że szczytu.
Potem przylazła chmura i zaczęliśmy ucieczkę na słowacką stronę.
A tam śnieg.
Powywracane drzewa.
Wiatrołomy.
Potem do źródełka nie było czasu na foto bo ręce były potrzebne by się nie zabić na zjeździe.
Słowacka strona.
Wracamy do Polski.
Powrót do Katowic. Znów będzie trzeba oporządzić Mamuta.
W domu jestem już w niedzielę. Dystans błędny bo wliczyło pociąg ale czas jazdy i Vmax prawdziwe. Kaemów był 118.
Kategoria Jednodniowe
DPD
-
DST
34.00km
-
Czas
01:36
-
VAVG
21.25km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Przy piątku lekkie zamulanie na rozruchu i na kołach jestem o 6:10. Jezdnie miejscami wilgotne. Są chmurki ale jest też i sporo słoneczka. Minimalnie wieje. Ogólnie przyjemnie. Wystartowałem w długich ciuchach, bo jeszcze parował oddech rano, ale na finiszu jestem lekko podgotowany. Mam nadzieję, że prognozy się sprawdzą i powrót będzie w zestawie "na krótko".
Trasa dojazdowa, z racji tych kilku minut mniej, krótsza przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą. Spokojnie, przyjemnie i niespecjalnie intensywnie. Na miejscu kilka minut zapasu.
Zrobiło się ładne lato na powrocie, który rozpoczynam dwie godziny później niż zwykle. Trochę mi to plany rozjechało choć i tak nie było w nich ekstra objazdów. Trasa maksymalnie krótka kolejno przez centrum Zagórza, las mydlicki, Warpie, Nerkę, Zamkowe, Grodziec i Gródków. Niezbyt spiesznie, spokojnie.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
36.00km
-
Teren
2.00km
-
Czas
01:42
-
VAVG
21.18km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Zaraz po przebudzeniu sprawdzam jak jest na dworze. Zaskoczenie. Jak na maj, to zimno. Oddech paruje. Nie ma rady, wdzianko na długo.
Rozruch sprawny i na kołach jestem o 6:05. Z tej okazji nieco dłuższy przelot dojazdowy. Trasa przez Sarnów, Preczów, pojezierze, Most Ucieczki, Reden, Mortimer i centrum Zagórza.
Przyjemnie, spokojnie, niespecjalnie spiesznie. Na miejscu z zapasem kilku minut. Trochę zmarzły mi uszy i stopy. Wydawało się, patrząc po drzewach, że nie wieje ale w trakcie jazdy jednak dawał się odczuwać pewien opór powietrza większy, niż bym się spodziewał po osiąganej prędkości. Słoneczko schowane za chmurami.
Na wyjściu pojawiły się jakoweś kropelki w ilościach raczej niegroźnych ale też i mało zachęcających do objazdów. Kręcę powrót przez Mec, Środulę, Stary Będzin, ścieżką małobądzką do Nerki, Zamkowe, las grodziecki i finisz przez Gródków "913". Nie za ciepło było więc w użyciu dalej długie wdzianko.
Kategoria Praca
DPDZD
-
DST
44.00km
-
Teren
6.00km
-
Czas
02:38
-
VAVG
16.71km/h
-
Sprzęt Bottecchia Senales Fat Bike
-
Aktywność Jazda na rowerze
Prognozy na dojazd nie są zbyt optymistyczne ale kiedy startuję o 6:07 jest nieźle. Jezdnie mokre ale chodniki suche. Minimalnie wieje. Niebo zaciągnięte chmurami. Temperatura znacznie mniej przyjemna niż wczoraj. Kurtka jest jak najbardziej wskazana.
Dojazd kręcę przez Będzin korzystając w wielu miejscach z chodników i ścieżek. Dzięki temu udaje się mniej uflejać i nie nabierać wody w buty. Przejazd spokojny i, w sumie, przyjemny.
Na finiszowych 2km pojawiła się gęstsza mżawka. Nie udało się jej jednak mnie przemoczyć. Na miejscu z zapasem kilku minut.
Nim rozpocząłem powrót z pracy jezdnie zdążyły wyschnąć. Wiało raczej zauważalnie ale jeszcze nie uciążliwie. Temperatura, niestety, niespecjalnie się podniosła. Nogi od razu powiedziały, że nie będzie podawania więc powrót w tempie spacerowym.
Trasa przez centrum Zagórza, Aleję Róż, Reden, na bieżnię przy P3. Ktoś staranował Świątynię Grillowania i nieco ją uszkodził. Quad? Sprzęt budowlany?
Przy przejeździe między P3 i P4 trwają prace. Na razie jeszcze nie da się przejechać. Od Piekła kręcę sobie kawałek piaskiem wzdłuż ścieżki przy P4. Potem przez Preczów i Sarnów asfaltem do świateł na "86". Tam uciekam w teren i przetaczam się nim aż do Strzyżowic. Lekko jeszcze wyginam by zahaczyć o stomatologów i umówić się na wizytę. Potem zjazd do domu.
Odkładam plecak, biorę sakwę i robię jeszcze zwykłe zagięcie do wsiowego Lewiatana na uzupełniające zakupy. Z zapasami zjazd prosto do domu i na dziś koniec kręcenia. Spokojnie, przyjemnie.
Niestety w domu sieknęło mnie znów lewe kolano i trzymało przez dłuższą chwilę. Ech... Jak tak dalej będzie, to w końcu przyjdzie odwiedzić jakiegoś konowała.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
39.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
01:45
-
VAVG
22.29km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Sprawny rozruch skutkuje startem o 6:02. Skoro mam trochę czasu w zapasie to wybieram dłuższy wariant dojazdowy. Kręcę przez Sarnów, Preczów, pojezierze, Reden i Mortimer. Spokojnie, przyjemnie. Warunki bardzo przyjazne. Sporo słoneczka, jezdnie miejscami jeszcze mokre po wczorajszych opadach, lekki podmuch na twarz. Część trasy to slalom między ślimakami. Głowy nie dam, że wszystkie mi się udało ominąć bo czasem było dość gęsto.
W ciągu dnia, zgodnie z prognozami ICM-u, popadało. Na wyjściu z pracy mam jednak ładną pogodę. Słoneczko, lekki wiaterek i mokre jezdnie. Gdzie się da to jadę chodnikami i ścieżkami bo na nich prawie nie ma wody. Powrót bez większego gięcia przez Będzin, Łagiszę i Sarnów. Na więcej się nawet nie zamierzałem bo w prognozach stało, że jeszcze popada. Powrót spokojny i przyjemny.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
36.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
01:39
-
VAVG
21.82km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Powrót do rutyny. Sprawny rozruch i start o 6:06. Przyjemnie. W krótkim wdzianku jest ok. Słoneczko. Niegroźne chmurki. Lekki wiaterek. Trasa przez Łagiszę i Dąbrowę Górniczą spokojna. Na miejscu ze sporym zapasem czasu.
Na wyjściu z pracy widzę takie trochę niepokojące chmury. Dodając do tego możliwość burz wg prognozy ICM-u nie zaryzykowałem objazdów większych niż konieczne by wrócić do domu.
Trasa przez Będzin, Grodziec i Wojkowice. Gdzie się dało, to ścieżkami. Dzięki temu spokojny i przyjemny powrót. Miałem wrażenie, że w Będzinie dopadły mnie jakieś zabłąkane kropelki. Żaden opad jednak mnie nie dopadł, choć niebo do końca jazdy było takie raczej dwuznaczne.
Kategoria Praca
Wybiórczo i Pogapić Się
-
DST
57.00km
-
Teren
25.00km
-
Czas
04:11
-
VAVG
13.63km/h
-
Sprzęt Bottecchia Senales Fat Bike
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś do załatwienia wybory więc zbieram się raczej wcześnie, jak na niedzielę. Sprawę głosowania mam załatwioną przed 9:00. Teraz czas na przyjemności.
Kręcę w stronę stadionu "Iskra" Psary, gdzie znajduje się punkt zapisów do Bike Atelier Road Race. Sam nie zamierzam startować, to nie moja bajka, ale jest okazja pokręcić się po okolicy pod pretekstem strzelania foto zawodnikom. Zjawiam się jednak na tyle wcześnie, że jeszcze niewiele się dzieje. Starty dopiero o 11:00. Trzeba czas zabić.
Chwilę kręcę się po Parku Żurawiniec po trasie KIDO. Czasu jednak wciąż dużo więc decyduję się na wyskok na Dorotkę i strzelenie kilku foto okolicy (elektrowni w Łagiszy, magazynów w Psarach i innych). Wracam akurat przed startem jednej z grup. Focę. Mają przed sobą jedno kółeczko liczące 19km. Nie powinno im to długo zająć. Stoję przy mecie i czekam aż zjadą. Foto. Starty PRO zaczynają się o 12:00 więc znów jest czas na marudzenie.
Jadę do pobliskiej piekarni, zakupuję nieco kalorii i udaję się w ustronne miejsce na konsumpcję. Przy okazji cieszę uszy śpiewem skowronków.
Przed 12:00 podjeżdżam pod metę i strzelam kilka foto startujących grup. Potem kręcę w stronę Malinowic i dalej do Dąbia złapać kolarzy na granicy Dąbia i Toporowic. Pierwszej grupy mi się nie udaje dorwać ale drugą już tak. Kilka foto i kręcę w inne miejsce.
Wertepkami przenoszę się na drogę ze Strzyżowic do Góry Siewierskiej. Kilka foto i kręcę do Góry Siewierskiej, na zjazd do Twardowic. Znów kilka foto i transfer do kolejnego miejsca. Wybieram skrzyżowanie z Dąbia na Dąbie-Chrobakowe. Kilka foto i jeszcze jedna zmiana lokalizacji. Ustawiam się kawałek przed metą. Robię kilka zdjęć grupce kolarzy i przez park wtaczam się na stadion. Zwycięzcy chyba już są znani. Nie czekam jednak na dekorację. Głód i pragnienie namawiają mnie na powrót.
Wertepkami kręcę w stronę Strzyżowic w ostatniej chwili odbijając na ul. Kasztanową. Na jej wylocie przy ul. Szkolnej zatrzymuję się na chwilę pogadać ze strażakami zabezpieczającymi wyścig. Kiedy ostatni zawodnicy nas mijają oni mogą już zejść z posterunku a ja kręcę do domu na zimne piwo.
Przyjemnie spędzone pół niedzieli. Ostatni dzień wolny. Jutro do pracy.
Link do pełnej galerii
Stadion "Iskra" Psary. Początek zapisów na miejscu.
Widok z Dorotki. Browar w Grodźcu.
Start pierwszej grupy.
I ostra walka na finiszu.
Start jednej z grup PRO.
Jedna z grup złapana na granicy Dąbia i Toporowic.
Widok na Dąbie i Łagiszę.
Na drodze ze Strzyżowic do Góry Siewierskiej.
Na zjeździe z Góry Siewierskiej w stronę Twardowic.
Na zjeździe do Dąbia-Chrobakowego.
Przed metą na granicy Psar i Malinowic.
Trochę się tych kaemów nazbierało.
Kategoria Inne
Z
-
DST
3.00km
-
Czas
00:09
-
VAVG
20.00km/h
-
Sprzęt Bottecchia Senales Fat Bike
-
Aktywność Jazda na rowerze
Miało być dziś więcej ale skończyło się tylko na standardowym zagięciu do wsiowego Lewiatana. Na powrocie dorwał mnie deszcz. Zmoknąć mocno nie zmokłem, ale zmarzłem i przeszła mi ochota na kręcenie choć po deszczu znów wyszło słońce.
Kategoria Inne
Znowu w życiu mi nie wyszło ;-)
-
DST
139.00km
-
Teren
35.00km
-
Czas
07:34
-
VAVG
18.37km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Na szczęście nic specjalnie istotnego, ale jednak...
Mieliśmy z Michałem plan pojechać nad jezioro Turawskie, okrążyć je, wszamać obiadek w Opolu i wracać. Plan rozwaliła nam pogoda. ICM wieszczył, że wtorek to ostatni sensowny dzień na długą jazdę. Potem ma lać, wiać i być zimno. Tak więc umówiliśmy się na ten dzień wciąż pilnie śledząc prognozy. Jeszcze w poniedziałek było optymistycznie do końca dnia bez opadów. Rano już pojawiły się pierwsze pogróżki. Im dalej w trasę, tym mroczniejsze wróżby.
Michał dojeżdża do mnie i razem jedziemy dalej. Tym razem to nie ja będę miał +40 do wszystkich :-) Trasa na mapce. Generalnie kręcimy w stronę Zawadzkiego, choć inaczej jak na dwusetce Mamutem. Po drodze trochę terenu bardzo błotnistego. Rowerki robią się wzorcowo uflejane. Ale zabawa jest przednia.
Kiedy docieramy do Zawadzkiego robimy postój kawowy przy Orlenie i badamy sprawę prognoz pogody. Nie są optymistyczne. Prognozy wieszczą opady jeszcze wcześniej niż było to o poranku. Nie uśmiecha nam się wracać w burzy więc decydujemy się na odpuszczenie jeziora Turawskiego. Będzie innym razem, kiedy pogoda będzie bardziej sprzyjająca.
Żeby nie wracać znów nudnymi asfaltami, których użyliśmy by lecieć szybko do celu, wybieramy wariant terenowy mniej więcej równoległy do naszej dotychczasowej trasy. Strzał w dziesiątkę. Cicho, spokojnie. Nie cała trasa, oczywiście, ale spore odcinki. Jest trochę błota, trochę ładnych szutrów, trochę innych różności. Trafił się też kawałek wypychu w Reptach Śląskich, w parku.
Drobne opady męczyły nas na odcinku od Rept do Piekar Śląskich. Założyłem pokrowiec na plecak ale okazało się to grubą przesadą. Po prostu sobie kapało i tyle. Zupełnie niegroźnie. Choć irytująco. Pomni jednak prognoz nie lekceważymy ostrzeżeń i kręcimy do domu raczej z zaangażowaniem. Odprowadzam Michała do Czeladzi, gdzie chwilę poświęcamy jeszcze na gadki i ładowanie kalorii. Potem się rozjeżdżamy.
Solo kręcę do Grodźca. W mojej wiosce jeszcze lekko wyginam by nieco podbić wynik za dziś ale 140km nie udaje mi się przebić. Mógłbym ale zniechęciły mnie kolejne kropelki. Do domu docieram na sucho ale wciąż pod ostrzegawczym opadem. Ostatecznie nie lunęło.
Przyjemnie spędzony dzionek. Mimo niezrealizowania planu było przyjemne śmiganie. Noga lekko napiernicza ale po skończeniu wpisu znieczulę się kolejnym bronkiem i powinno być ok.
Link do pełnej galerii
Pierwsze postartowe.
W drodze do Miedar.
Wjazd do opolskiego.
Źródełko przy żółtym szlaku w Zawadzkiem.
Leśna autostrada gdzieś na powrocie.
"Ruła", którą kładą od Toszka.
W tym miejscu na chwilę zwątpiliśmy w GPS-a. Ale dobrzy ludzie zrobili obejście bokiem.
Park w Reptach Śląskich.
Rezerwat Segiet. Foto ani trochę nie oddają klimatu miejsca. Tam trzeba pojechać.
Kopiec w Piekarach Śląskich.
Wynik za dzień
Kategoria Jednodniowe






















