limit prowadzi tutaj blog rowerowy

Niejeżdżenie boli. Dosłownie.

Nad Morze - Dzień 11

Wtorek, 7 sierpnia 2012 | dodano: 07.08.2012

Dziś w planach dotrzeć do Malborka i co dalej to się zobaczy.
Rano padało co nieco wydało się niepokojące ale zanim się wygrzebaliśmy z pakowaniem to już był ładny, słoneczny dzień. Wietrzny niestety. Ruszamy po 10:00 najpierw na Tczew. Bocznymi drogami. Do miasta docieramy jakoś koło 11:00 bo to raptem kilkanaście kilometrów. Tam Marcin wynajduje muzeum, które na dodatek zwiedzać można za darmo. Tak też czynimy i godzina ucieka. Muzeum ciekawe: multimedia, ekspozycje, autentyczne zabytki. Warto zajrzeć. Zanim weszliśmy do muzeum nieco pokapało.
Wychodząc mamy znów ładną pogodę. Ruszamy w stronę najstarszego mostu Tczewa (nazwy nie pamiętam) i okazuje się, że jest on zamknięty dla ruchu w ogóle. Jednak piechota i każdy kto tylko zdoła się przecisnąć przez betonowe zapory używa tego mostu. Pytamy jeszcze dla pewności jednego z przechodniów o co chodzi z tym zakazem i czy bezpieczne jest przejście i dowiadujemy się, że most ma być remontowany ale wszystko idzie jak krew z nosa a ludzie nie będą wiecznie na około biegać i spokojnie można przejechać. Tak też czynimy bo inaczej byśmy musieli sporo nadkładać drogi.
W międzyczasie na zachodzie formuje się chmura i zaczynamy naszą ucieczkę przed nią w stronę Malborka. Wpadamy na krajową 22 i ile sił w nogach ciśniemy przed siebie. Wiatr w plecy więc jechało się szybko i lekko. Po drodze z przeciwka machamy sobie nawzajem z innym podróżnikiem na rowerku. Ciekawe, czy go deszcz dorwał. My na 2 km przed Malborkiem zostaliśmy dogonieni przez chmurę ale udało się schować na przystanku nim skończył się deszcz.
Jedziemy w stronę zamku z zamiarem znalezienia noclegu. Trafia się od razu nawet bez odpalania GPS-a. Zostawiamy bagaże, rowerki i robimy zakupy a potem marsz przez most na zwiedzanie. Obchód trwa ponad 3 godziny i jest to sporo deptania ale warto. Zamek jest ogromny, skomplikowany technicznie, bogaty w ekspozycje i ma bardzo barwną historię. Nie udaje nam się zwiedzić podziemi i wejść na wieżę ale refleksja jest taka, że coś na następny raz trzeba sobie zostawić.
Jeżdżenia tego dnia niewiele. Tak pół na pół ze zwiedzaniem i trochę ucieczek przed deszczami. Znacznie chłodniej. Na dodatek tak się czuję, jakby mnie jakieś przeziębienie chciało położyć. Mam nadzieję, że jutro będzie lepiej.






Most w Tczewie. Kiedyś najdłuższy w Europie.


Prawie pierwszy rzut oka na zamek w Malborku.


Średni zamek.


Wnętrze komina kuchennego.




Bursztyn. Krzyżacy mieli kiedyś monopol na handel tym dobrem.











Link do pełnej galerii



Nad Morze - Dzień 10

  • DST 112.00km
  • Teren 10.00km
  • Czas 07:10
  • VAVG 15.63km/h
  • Sprzęt Merida Matts TFS 100D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 6 sierpnia 2012 | dodano: 06.08.2012

Dziś wstępnie plan dotrzeć do Malborka aczkolwiek jest podejrzenie, że to za ambitne założenie.
Okazuje się w drodze, że zdecydowanie za ambitne.
Wyruszamy prawie tak jak zakładaliśmy ale odcinek do pokonania dłuższy bo zamiast z Władysławowa do Malborka trzeba jechać z Jastrzębiej Góry. Niby tylko 9 km więcej ale kto był nad polskim morzem ostatnio to wie, że tam ćma narodu zjechała.
Przebijanie się w ruchu drogowym przez Rozewie i Władysławowo zabiera trochę czasu. Potem wpadamy na ścieżkę rowerową do Pucka i tu nieco tempo wzrasta choć jakoś opornie się jedzie. Parno.
Potem po cichutku wkradamy się do Gdyni zachodząc od opuszczonego obozu indiańskiego.
Dalej przez Sopot częściowo główną gdzie od metra zakazów jazdy po drodze dla rowerów. Odbijamy w kierunku Mola. Tam nas pogania deszczyk. Ścieżką rowerową jedziemy w stronę Gdańska. Po drodze wpadamy pod parasole i zamawiamy obiadek. I tak godzinka schodzi.
Do Gdańska wpadamy znowu nie wiem kiedy. W centrum narodu jakby coś darmo dawali. Ledwo udaje nam się przebić na Rynek i sfocić obok Posejdona. Zaraz potem wyrywamy dalej.
Garmin wpuszcza nas w błoto. Na mapie, którą ma wgraną, droga jest ok. W realu zdążyli od 2011 roku postawić autostradę :-/ Udało nam się to objechać w końcu ale nie obeszło się bez taplania w błocie.
Potem całkiem sporo super ścieżki rowerowej, ciągnący się w okolicach Wiśliny i Lędowa. Przed Suchym Dębem udaje nam się znaleźć nocleg. Szybkie zakupy i potem sprint do celu będący jednocześnie ucieczką przed podejrzanie wyglądającą chmurą. Nocleg w Pszczółkach. Udaje się dojechać na sucho.



















Link do pełnej galerii


Kategoria Kilkudniowe

Nad Morze - Dzień 09

  • DST 57.00km
  • Teren 5.00km
  • Czas 03:10
  • VAVG 18.00km/h
  • Sprzęt Merida Matts TFS 100D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 5 sierpnia 2012 | dodano: 05.08.2012

Dziś dzień jakiś taki do kitu wyszedł.
Rano śniadanie, pranie, próba upchania zdjęć do sieci (nieudana bo Blueconnect przełączył się z HSPA w EDGE) i tak czas poleciał, że pojechaliśmy dopiero po 13:00.
Chcieliśmy dotrzeć na Hel. Od Jastrzębiej Góry do Władysławowa poboczem drogi i drogą na zmianę. Ruch niemożebny.
Potem od Władysławowa miała być ścieżka rowerowa. I była. Tylko ruch na niej taki sam jak na drodze. I do tego sporo piechoty. Pierwsze 10 km to istny slalom i wyprzedzanie bo wszystko turla się w spacerowym tempie. Potem zrobiło się luźniej ale jazda dalej szła opornie. Wiatr właściwie nie wiem z jakiego kierunku ale generalnie przeszkadzający. Nogi nierozgrzane średnio podawały. Dopiero ostatnie 15 km polecieliśmy asfaltem z normalną przelotową prędkością powyżej 30 km/h.
Półwysep helski to niby taki wąski pasek na mapie ale w rzeczywistości to tam całkiem sporo ludzie nastawiali.
Poza miejscowościami typowo turystycznymi pochowane są w lesie np. bunkry. I to sporo. A niektóre odrestaurowane, z ekspozycjami. Do jednego weszliśmy z Marcinem obydwaj. Do drugiego wszedłem sam a Marcin studiował przewodnik pod kątem tego, czego nie zobaczymy bo czasu mikro.
Po bunkrach pojechaliśmy do samego Helu. I zrobiła się 17:30. Cały półwysep to 35 km + jakieś 8 km z Władysławowa do naszej kwatery. Gdyby to wracać rowerkiem to byśmy znowu po ciemku wrócili. A na dodatek jeszcze zaczęła się pogoda nieco rozsypywać. Na szybko wchodzimy do Fokarium, kilka zdjęć i sprint na dworzec. Wpadamy w ostatniej chwili na peron i pakujemy się w pociąg. I tak przejazd zajął prawie godzinę ale dzięki temu udało się przed większym deszczem przebyć odcinek z Władysławowa do Jastrzębiej Góry. Docieramy około 19:30 kiedy zaczyna coraz bardziej pokapywać.
Dzięki naszemu Gospodarzowi wywieszone rano pranie ocalało przed zamoknięciem.













Link do pełnej galerii


Kategoria Kilkudniowe

Nad Morze - Dzień 08

  • DST 117.00km
  • Teren 14.00km
  • Czas 06:00
  • VAVG 19.50km/h
  • Sprzęt Merida Matts TFS 100D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 4 sierpnia 2012 | dodano: 04.08.2012

Dziś dzień ostatni podróży na północ. Dystans około 100 km więc bez ciśnień z czego zrobił się wyjazd o 10:00. Opuściliśmy agroturystykę w Hucie Kościerskiej i ruszyliśmy w swoją stronę. Po drodze, przez przypadek wynikły z tego, że mi się teren nie podobał przejeżdżamy obok dworku Wybickich. Wstępujemy na zwiedzanie. Szybkie ale sympatyczne :-) Potem dalej w drogę.
Teraz wiem, dlaczego Szwajcaria Kaszubska. Widoki piękne. Jak w Szwajcarii. Teren takoż. Ciągle w górę i w dół i tak na okrętkę. Niektóre zjazdy to tak powyżej 50 km/h co przy naszym tonażu czasem robi się mocno ryzykowne. Jak jednak sobie odmówić tej przyjemności po tym, jak się wyrzeźbiło podjazd?
Dziś miałem taki sobie dzień. W pewnym momencie żądam przerwy i wywalam się do góry kołami na ściernisku. Kilkanaście minut z przymkniętymi oczami i jakoś siły wracają nieco. Ostatnie 30 km do morza. Po drodze z kolei Marcin stwierdza, że jednak chwila odpoczynku jest mu potrzebna. Chyba wychodzi zmęczenie materiału.
Jak później policzyliśmy tak na oko ile km przejechaliśmy to wyszło nam ponad 850 km. A miało być jakieś 670.
Nad morzem pojawiamy się w okolicach Karwii. Tam też zjadamy obiado-kolację i ruszamy w poszukiwaniu bankomatu (najbliższy w Jastrzębiej Górze) i noclegu.
Znajdujemy i jedno, i drugie w J. Górze.
Na plaży spotykamy wędrowca, który depta wzdłuż całego polskiego wybrzeża. Robi nam foto.

Dziś zaczynam pakować fotki. Wkrótce linki do galerii.



















Link do pełnej galerii



Nad Morze - Dzień 07

Piątek, 3 sierpnia 2012 | dodano: 04.08.2012

Dziś dzień bogaty.
Start miał być o 8:00 ale tradycyjnie wyszła obsuwa i start uruchomił się po 9:00. Na początek kierunek Tuchola.
Dziś tylko asfaltami bo i tak mamy tyły czasowe. Mieliśmy być we Władysławowie dziś a będziemy jutro.
W Tucholi spotykamy dwóch rowerzystów z Orzesza (Roberta i Maćka o ile nie przekręciłem imion - jeśli tak, to przepraszam). Jadą do trójmiasta. Robią konkretne dystanse po 150 km a nocują głównie pod namiotem. Po drodze do Czerska mieliśmy okazję się razem potoczyć, posiedzieć na przystanku w trakcie burzy i dalej dojechać do Czerska.
Chłopaki pojechali dalej a my z Marcinem uderzyliśmy na rynek (o ile to był rynek) skonsumować obiad. Kiedy składaliśmy zamówienie zaczęło padać. Przesiedzieliśmy łącznie w Czersku jakieś półtorej godziny zanim dało się jechać. Plan jest taki, że nie ma planu. Jedziemy ile się da i robimy postój jak się zrobi znowu wrednie.
Raz nawet jesteśmy o krok od zadołowania się na noc w kwatery ale długo nie mogłem w okolicy znaleźć noclegu a deszcze przez ten czas wziął i przestał padać. Ruszyliśmy. I tak nam się koła toczyły, że wylądowaliśmy w końcu w Kościerzynie. Rundka po rynku, zakupy i na nocleg. Padam jak ścięty. Niższa temperatura, dystans i tempo dają o sobie znać.
Teren tu mają jak w górach. Zjazdy, podjazdy i tak na okrętkę. Gdyby nie to, że nam się spieszyło a ja byłem dodatkowo mocno hm... zirytowany obsuwą i zachowaniem pogody, to byśmy wolniej jechali a tak to bywało, że pod górkę cisnęliśmy ponad 30 km/h. Jutro dystans skromniejszy do pokonania a zarazem cel do osiągnięcia.

Zdjęcia na razie muszą poczekać, bo internet z gwizdka dalej podły.



I uzupełnienie o zdjęcia.





Link do pełnej galerii


Kategoria Kilkudniowe

Nad Morze - Dzień 06

  • DST 102.00km
  • Teren 15.00km
  • Czas 06:20
  • VAVG 16.11km/h
  • Sprzęt Merida Matts TFS 100D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 2 sierpnia 2012 | dodano: 04.08.2012

Plany sobie a wykon sobie.
Mieliśmy ruszyć o 8:00. Grzebanie się sprawiło, że wyruszyliśmy dopiero po 10:00. Jako, że byliśmy zakwaterowani w Biskupinie, zbrodnią byłoby nie odwiedzić muzeum i rekonstrukcji grodu w tej miejscowości. Dojazd zajął chwilkę ale samo zwiedzanie, i to dość ekspresowe, zajęło nam ponad godzinę. Opowiedzieć się nie da. To trzeba zobaczyć. Robi naprawdę wrażenie: chaty, wały, przedmioty z wykopalisk. Opuszczamy muzeum po 11:00 i jedziemy do Żnina. Po drodze ścigamy się kawałek z wąskotorówką. Potem jednak wertepkami docieramy do miasta. Tam wchodzimy na wieżę ratuszową na rynku. Pomieszczenie na drugim piętrze zostało zrekonstruowane w sposób, który sprawia, że ma ono niesamowity klimat. Z muzeum jedziemy jeszcze pod serwis rowerowy gdzie kupuję rozkuwacz. Po konsultacjach z Tomkiem dochodzę do wniosku, że muszę jeszcze wywalić jedno ogniwo z łańcucha aby przestał mi skakać przy deptaniu.
Marcin dopytuje się gdzie jest PTTK w Żninie i tamże się udajemy. Ośrodek nazywa się Przystań Pałucka (o ile nie pokręciłem nazwy). Zjadamy tam pyszny, dwudaniowy obiadek i jeszcze konsultuję się z Tomkiem w sprawie łańcucha.
Potem zabieram się za serwis, wywalam ogniwko i robię test. Jest ok. W końcu ze spokojem ducha mogę się bujać dalej. Wszystko w rowerku działa jak należy.
Ze Żnina uderzamy na Bydgoszcz. Po drodze Marcin stwierdza, że z Sosnowca do Władysławowa wcale nie jest tak daleko. Raptem 3 km. Niby fakt. Od Wielkiego Sosnowca do Władysławowa nie jest daleko. Niestety Sosnowiec nie ten i Władysławowo też nie to. Jedziemy dalej do śluzy na Noteci w Dąbinku. Tu chwila na szamanie, drapanie przymilnego kota i dalej w drogę. Wyjeżdżamy w końcu na Zielonce, gdzie nieco zadziwiamy lokalnych cyklistów lecąc asfaltem tak pod 40 km/h z naszymi betami na bagażnikach. Fajnie się leciało. Niestety potem ruchliwa droga i kluczenie po nieznanym mieście w żółwim tempie. Zakotwiczamy się na dłuższą chwilę pod pomnikiem Kazimierza III Wielkiego.
Focimy się. Potem szukam noclegu, który byłby w naszym zasięgu. Wypada na ośrodek Exploris w Pieczyskach niedaleko Koronowa. Rezerwujemy nocleg i jeszcze chwilę kręcimy się po mieście. Focę co się da ale czasu mało, miasta nie znamy i tak wychodzi z tego foto-misz-masz.
Jedziemy głównie asfaltami bez postojów żeby o jakiejś ludzkiej porze dotrzeć ale czas ucieka i robi się ciemno.
Miejscami da się polecieć wyżej 35 km/h. Niestety cały czas tak się nie da, zwłaszcza po zachodzie słońca i kiedy droga robi się nierówna. Pomny historii z kołem na takich miejscach sporo zwalniałem.
Do Koronowa około 21:30. Szukamy sklepu żeby coś do jedzenia kupić i potem już prosto do Exploris-a. Ku naszemu zaskoczeniu po drodze super ścieżki rowerowe. Szerokie, równiutkie, wzorowo oznaczone i całe kilometry tych ścieżek. Dojeżdżamy nimi niemal pod same drzwi naszego noclegu.
Jutro będziemy chcieli dotrzeć do Kościerzyny. Jeśli zarezerwujemy rano nocleg, to nie będzie odwołania i będzie trzeba rzeźbić aż do bólu.
























Link do pełnej galerii


Kategoria Kilkudniowe

Nad Morze - Dzień 05

  • DST 50.00km
  • Teren 10.00km
  • Czas 02:34
  • VAVG 19.48km/h
  • Sprzęt Merida Matts TFS 100D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 1 sierpnia 2012 | dodano: 01.08.2012

Dziś dzień rowerowy raczej dystansowo skromny. Wystartowany późno ze względu na konieczność odespania i dokonania prania.
Na początek pojechaliśmy do Gąsawa odwiedzić tamtejszy kościół z freskami malowanymi na drewnie. Kościelny opowiedział nam trochę o historii tej świątyni. Zrobiłem trochę zdjęć. Z kościółka jedziemy na stację kolejki wąskotorowej i rzutem na taśmę wsiadamy do pociągu, który przez Biskupin i Wenecję jedzie do Żnina. Po drodze mnóstwo focenia różności: grodu w Biskupinie, pociągu, okolic. Po godzinie docieramy do Żnina.
Na rynku pod muzeum Marcin robi serwis roweru jakiemuś brzdącowi a ja kupuję nową kasetę i łańcuch i robię to samo, co Marcin tylko swojemu rowerkowi. Po poskładaniu oczywiście okazuje się, że coś zmaściłem bo mi łańcuch przeskakuje. Ale najpierw siadamy na obiad w restauracji przy rynku i w międzyczasie zasięgam telefonicznie porady Tomka na temat mojego problemu. Dowiaduję się gdzie nie zasiałem. Po obiedzie jedziemy do parku i tam zabieram się za zabawę rozkuwaczem. Skracam łańcuch ale jeszcze trochę za mało bo w drodze przy 2:1 i 2:2 przeskakuje jak depnę. Poza tym jedzie się zupełnie inaczej niż na starym komplecie kaseta-łańcuch, który miał tak koło 5000 km. Przy okazji wykańczam rozkuwacz i jutro będę musiał nabyć nowy.
Robi się godzina prawie 19:00 i mamy dylematy czy robić trasę Żnin-Biskupin z objazdem czy prosto do Biskupina.
W końcu zaczynamy jednak objazd ale nie wg zaplanowanej trasy tylko od punktu do punktu z opcją, że skończymy jazdę jak będzie już za ciemno.
Po drodze odwiedzamy kolejny kościółek w Świątkowie, gdzie sympatyczny kościelny wpuszcza nas do środka i mamy okazję zrobić kolejne zdjęcia na pamiątkę.
Potem już właściwie tylko gonitwa po polach w stronę Marcinkowa Górnego, gdzie robimy sobie zdjęcie przy pomniku Leszka Białego oraz strzelam foto pałacyku. Potem już zjazd do Gąsawa, zakupy i powrót na kwaterę gdzie Marcin wykonuje potrawy kuchni egzotycznej (konserwa turystyczna z dżemem na kanapce) a ja dłubię wpis.


Ślad z GPS-a uwzględnia też kawałek, który jechaliśmy kolejką wąskotorową.


Freski w drewnianym kościele w Gąsawie.


Pierwszy rzut oka na Biskupin. Z kolejki wąskotorowej.


Wąskotorówką do Żnina.


Żnin. Rynek.







Link do pełnej galerii


Kategoria Kilkudniowe, Serwis

Nad Morze - Dzień 04

  • DST 115.00km
  • Teren 20.00km
  • Czas 06:15
  • VAVG 18.40km/h
  • Sprzęt Merida Matts TFS 100D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 31 lipca 2012 | dodano: 01.08.2012

Dziś start po 10:00. Po kilkunastu kilometrach asfaltami wśród lasów i pól zaczęło się kopanie w piasku, liczenie bocianów i wymijanki ze sprzętem rolniczym.
Początkowo chcieliśmy do Żnina dociągnąć ale po drodze plany się zmodyfikowały. W Gnieźnie spędziliśmy dość sporo czasu. Po drodze też nam tenże uciekał. Głównymi sprawcami były zabytkowe kościółki. Niektóre z nich nawet udało się odwiedzić a wszystkie napotkane ofocić. Jeden od wewnątrz. Pozostałe były już zamknięte.
W Gnieźnie dzwonię o nocleg i się okazuje, że jest i to całkiem niedrogi. Decydujemy się na pozostanie w Biskupinie na dwa noclegi. Zrobimy sobie krótką trasę bez sakw. Ja dodatkowo muszę kupić nową kasetę i łańcuch. Poprzednie mają tak na oko około 5000 km. 5 i 6 spiłowane w szpileczki i teraz muszę się szarpać albo na młynkach 3-4 albo ciężkim deptaniu na 3-7.
W Pyzdrach spotykamy grupę fotograficzną z PTTK Oddział Sosnowiec. Wręcz nie do uwierzenia. Chwilę rozmawiamy. Focimy się wzajemnie. Potem pożegnanie i jedziemy dalej.
Większość drogi asfaltami i to takimi, gdzie można się nieźle rozbujać. Było sporo odcinków, gdzie lecieliśmy sporo ponad 30 km/h i to nawet pod górki. Marcin pilnował zmian. Co 5 km zmienialiśmy się w roli prowadzącego i jazda szła dość sprawnie. Jedynie odcinki leśne i polne delikatniej żeby znowu na wertepach czegoś nie rozwalić.
Jutro małe kółeczko po okolicy. Próba zakupu łańcucha i kasety. Jak się uda, to przejażdżka kolejką wąskotorową i może coś jeszcze.
Po drodze utrzymywaliśmy kontakt telefoniczny z Moniką i Tomkiem nawzajem informując się o naszych postępach. Mają dużo bardziej ostre tempo. Dziś np., kiedy my już pakowaliśmy się do pokoju oni jeszcze jechali i mieli w planach zwalczenie 20 km.



Zdjęcia są i to całkiem sporo ale na razie łącze marne i nie ma jak upload-u zrobić.

Uzupełnienie wpisu o zdjęcia.


Przekraczamy Wartę.




Sosnowiczan spotykamy pół Polski dalej :-)




Gniezno.







Link do pełnej galerii


Kategoria Kilkudniowe

Nad Morze - Dzień 03

  • DST 97.00km
  • Teren 35.00km
  • Czas 06:22
  • VAVG 15.24km/h
  • Sprzęt Merida Matts TFS 100D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 30 lipca 2012 | dodano: 01.08.2012

Start opóźniony przez przymusowe serwisowanie mojego nieszczęsnego koła. Zakładam szprychę. Zakładam nową oponę bo poprzednia się wytarła od obręczy ale sytuacja się nie zmienia. Kółko dalej bije. Decyduję się na wymianę koła i w tym celu trzeba nam dociągnąć do Ostrowa Wielkopolskiego. Jakieś 20 km. Przy recepcji ośrodka Lido spotykamy Witka (którego tradycyjnie przechrzciłem na Waldemara - ta moja pamięć do imion). Okazuje się, że wraca do Ostrowa i zaoferował się na przewodnika. Droga szybko leci na rozmowach okołorowerowych i nie tylko. Witek podprowadza nas prosto przed drzwi serwisu i tam się żegnamy na jakiś czas wymieniając się numerami telefonów i z zapowiedzią, że zjemy później obiad. Sympatyczny serwisant ogląda mój rower i stwierdza, że niestety nie mają gotowych kółek 26 cali z tarczami i wskazuje drogę do konkurencji o jakieś pół kilometra. Jedziemy. Opona, która tarła od jakiegoś czasu, daje się coraz bardziej we znaki. W drugim serwisie historia się powtarza. Jedziemy do centrum na Kaliską. Tam się okazuje, że to punkt obsługi rowerków z górnej półki. Kółko jest, owszem, ale za 3 tysie czyli pewnie karbon. Nie dla mnie. Zaplecenie trochę by trwało więc jedziemy w jeszcze jedno miejsce na skrzyżowaniu ul. Królowej Jadwigi i al. Słowackiego. I sukces. Kółko nie tanie bo łącznie z bagażnikiem wydałem ponad 400 pln ale najważniejsze, że rowerek w końcu jedzie i nie muszę się bać, że mi cały bagaż rymsnie w czasie jazdy.
Zanim jednak wystartowaliśmy z serwisu ponad blisko 3 godziny wędrowaliśmy po Ostrowie Wielkopolski z Witoldem jako przewodnikiem. Poznaliśmy przemiłą Panią w PTTK, która zasypała nas zarówno wiadomościami o mieście jak i okolicach, w które się udajemy. Część z nich, niewielką niestety, udało nam się odwiedzić. Potem jednak presja czasu i ciemności zmusiły nas do pośpiechu. Samo miasto robi bardzo dobre wrażenie. Te 3 godziny to zdecydowanie za mało ale dzieki temu, że mieliśmy przewodnika, bez błądzenia udało nam się zobaczyć co ciekawsze miejsca w centrum oraz zjeść smaczny obiadek.
Pod serwisem żegnamy się z Witkiem i serwisantem, który uleczył Nowego Rumaka, i za wskazówkami jedziemy dalej w drogę. Większość asfaltami i to niezłymi, więc jest okazja się rozbujać. Lecimy gdzie się da po 30-35 km/h. Ciężko się rozpędzić z takim bagażem ale potem się leci już całkiem ładnie.
Czasem udaje się coś sfocić - szybowce, pałacyk.
Docieramy do Pleszewa już o zmierzchu. Tam udaje nam się znaleźć nocleg dzięki Garminowi ale mamy jeszcze 24 km do przejechania. Foto na rynku i gnamy dalej już bez zatrzymywania. O ciemnej nocy jedziemy polami i lasami. Po drodze kopiąc w piasku. Docieramy na miejsce o północy totalnie zmordowani. Niestety zasię słaby i nie ma jak wrzucić od razu wpisu więc pozostaje go tylko skomponować i poczekać na okazję do wgrania.
Po drodze kilka sesji komunikacyjnych z Moniką i Tomkiem. Też narzekają, że im planu się nie udaje wyrobić i nocleg odprawiają gdzieś na ściernisku.
Plan na dzień następny to dociągnąć do Żnina. Trochę ponad 110 km ale po drodze sporo atrakcji (m. in. Gniezno, Biskupin) i może trochę czasu brakować.




Pałac w Antoninie. Nasz przewodnik Witek i my.


Spotkanie na szlaku z cyklistami z PTTK-u z Ostrowa Wielkopolskiego wytyczającymi trasę na zlot w Antoninie.


Serwis rowerowy w Ostrowie Wielkopolskim, który uratował wyprawę poprzez dostarczenie nowego kółka i bagażnika do rowerka.


Przed muzeum w Ostrowie Wielkopolskim.


Spotkanie w PTTK. Przemiła pani tam urzędująca zasypała nas propozycjami miejsc wartych zobaczenia. Niektóre z nich udało się odwiedzić po drodze.


Konkatedra.





Link do pełnej galerii


Kategoria Kilkudniowe, Serwis

Nad Morze - Dzień 02

  • DST 117.00km
  • Teren 26.00km
  • Czas 06:40
  • VAVG 17.55km/h
  • Sprzęt Merida Matts TFS 100D
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 29 lipca 2012 | dodano: 29.07.2012

Rano plan wstać tak, żeby wyjechać o 8:00. Okazuje się, to nierealne bo mój bagażnik wymaga interwencji. Giąłem, giąłem i przegiąłem. Pękła jedna z rurek. Decyduję się wybyć do centrum Kluczborka i zapolować na kogoś chętnego do odsprzedania choćby używki. Niestety jedyny potencjalny dawca nie miał właściciela a inni nie mieli odpowiedniej konstrukcji. W międzyczasie zjawił się właściciel miejsca, gdzie stacjonowaliśmy i z Marcinem uskutecznili prowizorkę za pomocą gwoździa.
Wróciwszy z bezowocnych łowów zamontowałem zdezelowany podzespół. W drodze powrotnej odkryłem, że pękła jedna ze szprych. Tak więc i ją trzeba było wymienić. Obsuwa czasowa zrobiła się spora. Wyruszyliśmy na 1 z dzisiejszych etapów około 11:30. Jazda początkowo delikatna w obawie, że bagażnik się rozleci i nas kompletnie uziemi.
Potem jednak tempo się nakręcało i nawet po wertepkach pozwalaliśmy sobie czasem zaszaleć. Na gładkich asfaltach były odcinki, gdzie z tobołami lecieliśmy całkiem sporo. Nawet po 40km/h.
Focenie tu, focenie tam. Sweet focie w celu uwiecznienia pobytu do KOT-u.
Po drodze dwie burze. Jedna przeczekana pod sklepem. Akurat stanęliśmy zrobić zakupy i się posilić jak lunęło. Było to w Komorznie. Druga burza dorwała nas za Kobylą Górą. Fartownie stała w pobliżu wiata przystankowa. Ona toż nam uratowała zadki od zmoczenia.
Po drodze było trochę mykania w terenie. Zwłaszcza końcówka była super. Przepiękny las po deszczu. Pachnący. W kolorach zachodzącego słońca. Nic tylko tam zostać. Niestety nas gonił czas. Chcieliśmy dotrzeć dziś do Ostrowa Wielkopolskiego. Niestety awarie, burze itp. skutecznie nas spowolniły. Dotarliśmy do 3 z dzisiejszych etapów do Dębnicy. Tam pytamy Garmina, gdzie śpimy a on odpowiada, że jest coś takiego w Antoninowie o 6 km. Potwierdzamy u jednej z mieszkanek to info i kierujemy się za radami GPS-a do celu. Pod koniec, w ciemnościach trochę nam się w lesie ścieżka zamotała, ale w końcu trafiamy. 3-osobowy domek mamy do swojej dyspozycji.
W drodze do Dębnicy odkrywam, że znowu rozleciała się jedna szprycha. Czyli jutro wymiana. Jak dotrzemy do Ostrowa, to mam nadzieję kupić nowy bagażnik i może uda się "na już" wycentrować tył.
W Kobylej Górze dostaliśmy "szacuna" za dotarcie z Sosnowca do tego miejsca. W ogóle jak się ludziom mówi, że nad morze kręcimy to robią oczy. Nie wiem, czy nasze słowa są ich w stanie przekonać, że to jednak da się zrobić jeśli tylko sprzęt nie padnie i człowiek się nie rozsypie.



Zdjęcia, jak uda się coś wcisnąć. Dziś internet z gwizdka wyjątkowo podły.

Edit 2012.08.05: Link do pełnej galerii


Muzeum w Kluczborku.


Żniwa w toku a my w drodze.


Przekraczamy kolejne granice.


Wizytujemy budowę autostrady.


Udaje się przeczekać kolejną burzę.


Leśne klimaty po burzy.






Kategoria Kilkudniowe