DPO PTTK D
-
DST
50.00km
-
Czas
03:02
-
VAVG
16.48km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Prognoza ICM-u na dziś niezbyt pozytywna. Do 4mm na metr kwadratowy. Opady ciągłe. Jednak rano na wstawaniu wychylam się na dwór i jest ok. Mokro ale nie pada. Zbieram się jak na rower ostatecznie porzucając pomysł wykorzystania zbiorkomu. Wyprowadzam rowerek, odpalam lampki i GPS-a i idę zamknąć garaż. Wychodzę przed dom... a tu mżawka. Na szybko wciągam przeciwdeszczówkę i pokrowiec na plecak i ruszam. Trochę wodną mgłą zacina ale jak obieram właściwy kierunek wszystko mam w plecy i jedzie się nawet nieźle. Nie spieszę się z wielu powodów: morko, ciemno, mam zapas czasu. Punkty kontrolne na początku pozaliczane w czasie rewelacyjnym ale im bliżej celu tym bliżej krawędzi bezpiecznego czasu przelotu. Ostatecznie na mecie jestem równo o 7:00. Było po drodze kilka odcinków gęsto pokrytych mokrymi liśćmi i wolałem tam pojechać delikatnie by nie fiknąć. Zupełnie nie miałem ochoty na takie wydarzenia. Po drodze spotykam kilku zwykle dojeżdżających rowerzystów więc nie byłem jedyny, który nie dał się spłoszyć pogodzie. Mimo lekkiego opadu w butach nawet nieźle. Poza tym raczej sucho. Trochę chłodno było po nogach od wilgoci ale ogólnie jeszcze ciepło. Jak na tą porę roku, oczywiście.
Cały dzień w pracy kapało mocniej lub słabiej. Na wyjściu nieco się uspokoiło. Niestety niebo dalej było zaciągnięte chmurami, wiało i zauważalnie spadła temperatura. A tu jak na złość musiałem nieco pojeździć. Na początek kręcę przez Mortimer do centrum Dąbrowy Górniczej popłakać pod ścianą i pozbyć się zaraz części tego co wypłakałem. Potem ruszam przez Mydlice i Środulę w stronę centrum Sosnowca na spotkanie w klubie. Mierzymy dziś bluzy. Na schodach spotykam pierwszą grupę, która zdążyła już się określić. Ja otwieram drugą, która zbiera się w kilkanaście minut po moim przybyciu. W międzyczasie nieco suszę się z opadu, który towarzyszył mi przez połowę drogi z Dąbrowy. Wdzianka całkiem wygodne. Aż korciło mnie by zostawić kasę i zawinąć jedną rozmiarówkę. Po 17:00 zbieram się do powrotu. Niestety dalej kapie. Kręcę niezbyt spiesznie by się nie przegrzać, nie zmarznąć, nie uflejać i w ogóle "nie". Celuję by dotrzeć do ścieżki z Pogoni do będzińskiej nerki. Jest na niej nieco bardziej sucho niż na jezdni ale za to ślisko od opadłych liści. Powrót dalej też bez finezji. Przez z Zamkowe na ścieżkę do Grodźca i potem zjazd do Gródkowa. Na "913" ruch jak zwykle koszmarny i po przejechaniu kawałka zjeżdżam jednak na bok robiąc przy okazji dogięcie do 50km. Może jakoś straszliwie nie przemokłem ale nogi wychłodziło mi porządnie. Jeśli jutro rano będzie kapać zdecydowanie wybiorę zbiorkoma.
Kategoria Praca
Powrót na czas
-
DST
101.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
04:32
-
VAVG
22.28km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dziś już bez śmigania w górach tylko powrót do domu. Planowaliśmy ruszyć o 9:00 i prawie się udało. Wyciągamy rowerki do smarowania tego i owego kiedy to odkrywam, że mam miękko w przodzie :-/ Rozbieram kółko i okazuje się, że w oponie utkwiła drobna drzazga. W sumie grzebanie serwisowe obsunęło nam start o jakieś 40 min.
Janusz żegna się z nami jeszcze przy kwaterze i realizuje swój plan. My we czterech staczamy się do ścieżki wzdłuż Wisły i kręcimy nią do Skoczowa. Reszta powrotu nudna jak flaki z olejem bo jedziemy poboczem (gdzie było) "81". Początek nawet spokojny ale im bliżej 14:00 tym więcej samochodów jechało w tą samą stronę co my.
Za Żorami robimy mały postój karmieniowy by podładować nieco akumulatory. Nawet sprawnie nam jazda szła ale też i o to się staraliśmy świadomi tego, że w prognozach są jakoweś deszcz w okolicach godziny 17:00. Bez przygód docieramy do Katowic. Jedziemy na Trzy Stawy gdzie do siebie odbija Michał.
We trzech kręcimy na Roździeń i na sosnowieckie Stawiki. Tam przy stadionie żegnam się z Przemkiem i Krzyśkiem i solo kręcę czerwonym szlakiem do Milowic i dalej standardowo przez Czeladź i Wojkowice do domu. Udaje się bez gięcia przekroczyć "stówkę". Na finiszu dogoniło mnie kilka niegroźnych kropelek. Potem troszkę kropiło ale jakichś wielkich ulew nie było. Niestety prognoza zapowiada mokrą nocy i możliwe, że mokry poniedziałek. Nieco liczę się z tym, że jutro może wejść w użycie zbiorkom :-(
Z powrotu dziś tylko 2 zdjęcia bo cała droga wyglądała jak ta na pierwszym.
Drugie to podsumowanie dnia.
Kategoria Kilkudniowe
Coś skromnie
-
DST
58.00km
-
Teren
25.00km
-
Czas
05:04
-
VAVG
11.45km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Poranek ciężki po wieczornych bojach. Wstaję mocno struty ale rozruch udaje się zrobić na czas. Jedziemy do centrum Ustronia spotkać się z resztą ekipy, która miała się doturlać pociągiem na górskie kręcenie. Ostatecznie przytoczyło się czterech sprawdzonych wyrypowiczów: Paweł, Marek, Janusz i Krzysiek. Szybkie zakupy prowiantu i napojów a potem zaczynamy asfaltowy wjazd na Równicę by szybko znaleźć się wyżej.
Startowałem z poważnym bólem głowy ale wysiłek kręcenia podjazdu skutecznie wyleczył mnie z osłabienia. Wciągam trochę kalorii i ruszamy już terenowo czyli na początek szlakiem niebieskim. Trochę nam się potem po drodze pogubił i by go ponownie złapać robimy ostry wypych. Szlak jest nawet całkiem niezły do jazdy. Niewiele miejsc jest na tyle trudnych by trzeba było prowadzić czy pchać.
Czas jednak ucieka i kiedy docieramy do Telesforówki jest dość późno. Robimy przerwę na załadowanie sobie trochę ciepłych kalorii w postaci żurków, pierogów, łazanek i różnych innych dobroci. Posileni kręcimy żółtym szlakiem w stronę Salmopolu. Tu już było sporo miejsc nie do pojechania. Nie dość, że stromo to korzenie, luźne kamienie. Nawet pchać było ciężko.
Regularnie wyprzedzali nas piesi kijkarze, którzy to mieli tu jakieś zawody na całkiem kozackich dystansach. Kiedy w końcu wydostajemy się na asfalt Janusz decyduje się na zjazd do Wisły a my zataczamy się pod Biały Krzyż by chwilę dychnąć i podjąć próbę walki z czerwonym szlakiem by potem przerzucić się na żółty do Cienkowa.
Jednak kiedy tylko podjechaliśmy do początku czerwonego rezygnujemy. Nie ma szans by zrobić plan przed zachodem słońca bo na pieszo to jest 4 godziny. Licząc wypychy to by nam zajęło przynajmniej 2 a do zachodu było gdzieś około 1,5h. Zjeżdżamy też do Wisły korzystając z dobrodziejstwa nowego asfaltu przy rozpuszczonych klamkach :-)
W Wiśle Marek z Pawłem żegnają się i jadą na pociąg do Goleszowa. Krzysiek miał w planie zostać z nami i wracać rowerem dnia następnego a Janusz, który w ogóle zjawił się zupełnie spontanicznie, postanawia również zostać. Wracamy ścieżką do Ustronia, zakupy i już nieco delikatniejsza integracja.
Link do pełnej galerii
Widoczki z Równicy cudne ale czasu na kontemplację wiele nie było.
Wypychamy się w poszukiwaniu niebieskiego szlaku.
Mimo, że dnia wiele nie zostało jednak czasem przystajemy podziwiać widoki. W końcu po to góry są.
Przy Telesforówce ćma dzieciaków (zuchy) i ludzi w ogóle. Ale zjeść się udaje.
Tu niełatwo było się wygrzebać z żółtego szlaku.
Dystansowo szału nie ma ale zmęczenie materiału konkretne i całkiem zadowalające.
Kategoria Kilkudniowe
Dojazd i (dez)integracja
-
DST
102.00km
-
Teren
40.00km
-
Czas
05:21
-
VAVG
19.07km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
W piątek wziąłem urlop by spokojnie dojechać do Ustronia razem z Michałem i Przemkiem na weekend w górach. Spotykamy się pod fontanną przy PTTK-u o 12:00 i od razu ruszamy w drogę bo nikt się nie zapowiadał, że chce jechać z nami. Kręcimy trasę przez Tychy, Goczałkowice i Skoczów. Trochę nam trasę pokrzyżowały przebudowy torów, które wiązały się z przekopaniem kilku leśnych duktów głębokimi rowami w miejscach, gdzie były wcześniej wygodne przejazdy. Było całkiem sporo terenu włącznie z eksploracjami o różnym stopniu sukcesu. Pogoda dopisywała cały dzień. Było cieplutko, słonecznie. Cały dzień jazdy "na krótko". Dotaczamy się do Ustronia w całkiem niezłym czasie. Jesteśmy w centrum kilka minut po 17:00. Jedziemy się zakwaterować, potem na zakupy i potem zaczęła się (dez)integracja.
Link do pełnej galerii
Tu był fajny przejazd przez tory. Teraz jest głęboki rów :-(
W Goczałkowicach pierwszy dobry widok na góry :-)
Ścieżka wzdłuż Wisły. Trochę nudna trasa ale przynajmniej prosta i szybka do celu.
Kategoria Kilkudniowe
DPD
-
DST
37.00km
-
Teren
6.00km
-
Czas
01:44
-
VAVG
21.35km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Nie do końca dowierzałem prognozom ICM-u ale jednak się sprawdziły i rano było przyjemnie ciepło. Był też dywan wysokich chmur, które sprawiły, że ciemności i szarówka utrzymywały się dłużej. Jadę w krótkich spodenkach i lekkiej bluzie z długim rękawem i nawet trochę się podgotowałem na finiszu. Ruszam o 6:12. Kręcę równo ale bez ciśnienia. Czasy na punktach kontrolnych niezłe. Przy DorJan-ie jestem o 6:46 więc jeszcze nieco z tempa odpuszczam. Ostatecznie na mecie ląduję z zapasem 5 min. Bardzo przyjemny dojazd do pracy.
Powrót w bardzo przyjemnych warunkach termicznych "na krótko". Słoneczko ładnie podawało. Nawet w cieniu było komfortowo. Wracam niespiesznie przez Mortimer, Reden i Zieloną gdzie wbijam na czarny szlak do Łagiszy. Ciągnę nim aż do lasku obok Urzędu Gminy w Psarach i tam przerzucam się na teren do Strzyżowic. Potem już prosta do domu. Trochę korciło zagiąć ale dałem sobie ostatecznie na luz. Jutro jedziemy do Ustronia więc będzie czas się wyszaleć.
Kategoria Praca
DPDZD
-
DST
38.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
01:55
-
VAVG
19.83km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Pomimo powtórzenia kolejności procedury przedstartowej z wczoraj wyjeżdżam jednak minimalnie później - 6:09. Na dworze nie dość, że już ciemno, to jeszcze do tego mgły i to dość gęste. Robię stopa przy pobliskiej piekarni. Zajmuje mi to 3 min. a GPS dolicza po utracie sygnału około 1km, co na finiszu dostrzegam sprawdzając przejechany dystans. Na dobre ruszam w drogę o 6:12. Jedzie się nawet nieźle pomimo mgieł i konieczności ciągłego przecierania okularów. Czasy na punktach pośrednich są umiarkowanie dobre z tendencją do zbliżania się do granic bezpieczeństwa. Ostatecznie przy DorJan-ie jestem 6:49 czyli szału nie ma ale zdążę na czas. Na finiszu jestem z zapasem niecałej minuty. Po drodze trochę irytowali mnie "kierownicy", którzy przy tak kiepskiej widoczności jechali tylko na nędznych ledach z przodu i zupełnie nieoświetleni z tyłu. Tym by się rozmowa edukacyjna z policjantem przydała.
Powrót pod wysokimi chmurami, między którymi usiłowało przebić się słoneczko. Temperatura neutralna. Do tego wiatr z południowego zachodu. Dość zauważalny. Wracam przez Mec, Środulę, Stary Będzin, nerkę, Zamkowe, Grodziec i Wojkowice. W domu chwila przerwy na drzemkę i potem standardowe zagięcie do wsiowego Lewiatana po zaopatrzenie. Na powrocie z zaopatrzeniem wyprzedziła mnie króliczka. Ładnie, równo jechała ale potem ona w lewo, ja w prawo i tyle z pogoni było. W ogóle w czasie jazdy całkiem przyjemnie ale dzień ogólnie jakiś taki ciężki. Chyba organizm zaczyna reagować na jesienną zmianę natężenia światła i temperatury.
Kategoria Praca
DPD
-
DST
38.00km
-
Teren
2.00km
-
Czas
01:55
-
VAVG
19.83km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Poprzestawiałem kolejność czynności przedstartowych i zwalczyłem grawitację poduszki uzyskując dzięki temu bardo dobry czas startu. Na jezdni jestem już o 6:01. Zahaczam o pobliską piekarnię i ruszam niespiesznie w drogę. Jest chłodno ale nie jakoś tak tragicznie. Niebo z wysokimi, niegroźnymi chmurami, chyba lekko podwiewa. Kręcę bez ciśnienia bo rezerwa czasowa jest ogromna. Punkty kontrolne zaliczam w rewelacyjnym czasie. Na miejscu jestem z zapasem 10 min. Bardzo przyjemny dojazd do pracy. Pasuje mi ten brak presji czasu.
Powrót w ładnym słoneczku. Przyjemnie. W cieniu jednak już nie. Ale i tak się fajnie kręciło. Wracam przez Mec, Środulę i Stary Będzin. Na ścieżce małobądzkiej spotykam Mariusza jadącego do domu dokładnie w przeciwną stronę. Pogaduchy. Dość długie. Kończymy jak na pobliskim budynku zaczyna wyć alarm. Kręcę dalej przez nerkę na Zamkowe i stamtąd na ścieżkę do Grodźca. Po drodze robię wjazd na Dorotkę ale nie pod sam kościół na szczycie tylko ścieżką dookoła by zrobić foto budowy centrum logistycznego Lidl-a przy "86", które rośnie wręcz w oczach. Potem zjeżdżam do Grodźca aż pod Biedronkę i wbijam na ścieżkę w stronę Wojkowic. Tak się czasem zastanawiam czy kiedyś te porozrzucane odcinki połączą się w jeden ciąg rowerowy... Na razie trzeba wiedzieć jak się z jednego na drugi przemieścić. Kręcę do wojkowickiego Orlenu i odbijam w teren na prostą do domu. Powrót przyjemny i spokojny. Żeby tak jeszcze z 5 stopni na plus więcej było to pogoda byłaby idealna jak na tą porę roku.
Kategoria Praca
DP PTTK ND
-
DST
41.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
01:49
-
VAVG
22.57km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Poranne grzebanie wciąż idzie mi ciężko co skutkuje startem dość późnym - 6:17. Niebo bezchmurne. Jedynie na wschodzi widzę pióropusz dymu z Huty Katowice i drugi, pary z chłodni elektrowni w Łagiszy. Na wstawaniu tak ciemno, że widać ładnie Oriona i rąbek Księżyca. Na starcie już dość widno. Temperatura nieco wyższa niż w czwartek i piątek ale jednak chłodno. Jadę ubrany "na długo", w rękawiczkach i czapce. I wcale nie było mi jakoś gorąco. Zapas na marudzenie mam minimalny więc po drodze bez focenia. Kręcę równo ale jeszcze daleko od maksimum. Punkt kontrolny na Zielonej zaliczam w górnych granicach bezpiecznego czasu przelotu. Przy DorJan-ie jestem o 6:49 więc wbijam na "ścieżkę" rowerową. Za stadionem jest wylot drogi osiedlowej, a za nim wykopana wielka dziura prawie na całą szerokość ciągu pieszo-rowerowego. Ogrodzona siatką więc wpaść raczej trudno ale źle się to objeżdża. Na dodatek obok jeszcze rozłożona rura odprowadzająca wodę. Objeżdżam to trawnikiem i robię głupi manewr próbując na sporej prędkości przejechać po tej plastikowej rurze. Niestety pod zbyt ostrym kątem. Kończy się to tym, że przednie koło ślizga mi się po wilgotnym plastiku i rowerek kładzie się na trawie, a ja z rozpędu wyskakuję do przodu przebiegając kilka kroków by uratować się przed upadkiem. Nieco utemperowany tą wpadką jadę dalej już nieco spokojniej zwłaszcza, że mam jeszcze w zapasie kilka minut. Ostatecznie na mecie jestem o 6:58. Mimo słabej temperatury jednak przyjemny dojazd do pracy. Trochę tylko żal, że już jeżdżenie na krótko chyba przejdzie z kategorii normy do kategorii incydentów.
Z pracy wyjeżdżam nieco później i kręcę bez większego gięcia i naginania do siedziby PTTK w Sosnowcu na spotkanie Cyklozy. Na miejscu są już Prezes i Paweł. Wkrótce potem zjawiają się kolejni klubowicze i kiedy są już wszyscy, którzy się zapowiedzieli zaczynamy obrady. Na pierwszy ogień idą ustalenia co do najbliższych wyjazdów. Potem propozycje na rok przyszły. W międzyczasie cieszę oko nowym rowerkiem Krzyśka, do którego przymierzał się już przed Krasnobrodem ale nie wyrobił się z zakupem. Widać, że właściciel ma z niego radochę. Pewnie niedługo będę miał okazję zobaczyć go w akcji. Potem jeszcze sprawa nieco cieplejszych strojów klubowych i innych gadżetów z logo Cyklozy. Czas szybko leci i robi się zarówno ciemno jak i chłodno. Około 19:00 kończymy posiedzenie i stopniowo się rozchodzimy. Solo kręcę przez Milowice, Czeladź i Wojkowice do domu. Nawet przyjemnie się jedzie. Jedynie odcinki pokonywane przy czołówce niezbyt komfortowe. Na miejscu jestem ciut przed 20:00.
Kategoria Praca
Smutna Góra
-
DST
102.00km
-
Teren
35.00km
-
Czas
05:53
-
VAVG
17.34km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wykonanie tej niedzieli było pomysłem Michała. Miało być delikatnie, regeneracyjnie, rozruchowo. Cóż, raczej nie piszę się na ostry rozruch :-) Ale dzionek bardzo udany. Zaczynam startem o 9:13. Zahaczam po drodze o piekarnię i potem żwawo kręcę na miejsce zbiórki pod fontanną. Tam czekają już Michał i Przemek. Wkrótce potem zjawia się Mariusz z Oskarem, nieoczekiwany Domino i na koniec spóźniony Prezes. 10:15. Nie spodziewamy się nikogo więcej więc ruszamy. Prowadzi Michał.
Kierujemy się do Mysłowic korzystając gdzie się da z terenu i bocznych dróżek. Bez większych problemów docieramy nad zbiornik Dziećkowice. Leśną drogą jedziemy wzdłuż jeziora w stronę Smutnej Góry. Nim tam jednak docieramy do celu na dłuższą chwilę parkujemy w Pizzerii robiąc sobie postój karmieniowo-pojeniowy. Tam mija coś około godziny na wesołych pogaduchach.
Wjazd na Suchą Górę nie zajmuje nam zbyt wiele czasu bo to niecałe 300m nad poziomem morza. Robimy pamiątkowe foto i zaczynamy zjazd w stronę drugiego brzegu zbiornika. Leśną drogą między brzegiem jeziora i Przemszy kierujemy się do Jaworzna na czarny szlak rowerowy. Nimże docieramy w okolice Trójkąta Trzech Cesarzy gdzie przerzucamy się na czerwony szlak do Milowic.
Po drodze Prezes wymyśla nam małą eksplorację. Udaje się tak połowicznie. Tzn. docieramy na powrót do szlaku ale ścieżka okazuje się raczej średnio przejezdna dla rowerów.
Czerwony szlak wykorzystujemy aż do Stawików. Gdzie ostatecznie się rozjeżdżamy. Prezes stwierdza też u siebie kapcia na tyle. Robimy z Dominem zwyczajowe szydzenie i Domino też zwija się w drogę. Ja zostaję z Marcinem i czekam aż się załata. Potem kręcimy przez Środulę do Decathlonu. Ja pilnuję rowerków a Marcin idzie kupić nowy laciek i potem robi szybką wymianę. Powoli rodzi się pomysł dogięcia dystansu do setki.
Turlamy się sprawnie do Będzina. Korzystając z kilku bocznych ścieżek przerzucamy się na kierunek do Łagiszy. Tu znów trochę marudzenia. Marcin musi zneutralizować deficyt energetyczny i w tym celu zajeżdżamy pod łagiską Biedronkę. Ja pilnuję rowerków, Marcin robi zakupy a potem konsumuje. Zagięcie do setki krystalizuje się w konkretny plan, który realizujemy od razu.
Przez Sarnów jedziemy do Psar i odbijamy do Malinowic. Trzymając się asfaltów dojeżdżamy do Dąbia i tu skręcamy na Górę Siewierską. Mamy do przewalczenia dłuższy ale niezbyt stromy podjazd. Przez chwilę myślałem nad tym by podjechać na górkę paralotniarską i podziwiać zachód słońca ale czasu było mało a do tego zrobiło się już zauważalnie chłodniej. Zjeżdżamy pod mój kwadrat gdzie żegnam się z Marcinem. Jemu też uda się dogiąć do 100km. Jakąś godzinę później melduje wykonanie zadania :-)
Trochę się dziś kręcenie przeciągnęło bo miałem nadzieję wrócić około 16:00 do domu ale w sumie fajnie wyszło i niedzielę udało się wykorzystać do maksimum. Pomimo porannego chłodu dzień okazał się całkiem przyjemny i dość ciepły. Najważniejsze zaś, że spędzony z super ekipą na wesołym kręceniu.
Link do pełnej galerii
Kategoria Jednodniowe
Senioriada
-
DST
58.00km
-
Teren
15.00km
-
Czas
03:37
-
VAVG
16.04km/h
-
Sprzęt Scott Spark 750
-
Aktywność Jazda na rowerze
Plany na dziś były zupełnie inne ale się rozsypały i w związku z tym był
czas by wziąć udział w klubowym zabezpieczaniu tegorocznej
sosnowieckiej Senioriady w zakresie przejazdu rowerowego.
Zaczynam
dojazdem na miejsce zbiórki czyli do parku sieleckiego. Ruszam nieco
później niż planowałem - 9:15. Udaje mi się jednak, pomimo dnia
targowego w Będzinie, dojechać sprawnie i z zapasem na miejsce. Tu już
czekają pierwsze osoby z grupy pieszej i rowerowej. Jest też już kilku
klubowiczów. Do godziny startu obydwie grupy jeszcze się powiększają. Na
początek zagajenie ze strony organizatora dnia dzisiejszego a potem
nasz klubowy kolega, Grzesiek Onyszko, opowiada o historii "pomnika
hydraulików". Potem się rozdzielamy. Piesi idą swoją trasą a my jedziemy
swoją.
Prowadzi Maciek z Pawłem. Ja z Michałem zamykam peleton a
reszta klubowiczów robi za blokujących na przejazdach. Trasa częściowo
ulicami, częściowo szlakami zatacza koło i po około 2 godzinach
spotykamy się z grupą pieszą pod Pałacem Schoena. Tu dłuższa przerwa na
zwiedzanie i potem finisz z dojazdem do miejsca startu w parku
sieleckim.
Kilka osób deklaruje się, że odwiedzą nas na
poniedziałkowym spotkaniu klubowym. Może nawet będą z nami częściej
jeździć. Żegnamy się i z tatą Prezesa i jego bratem jadę na Zagórze.
Dalej solo przez Dąbrowę Górniczą na Zieloną i czarnym szlakiem przez
Łagiszę dokręcam do mojej wioski. Po drodze jeszcze tylko postój na małe
zakupy we wsiowym Lewiatanie i kończę jazdę na dziś.
Jutro jeżdżenia bardziej kameralne pomysłu Michała.
Link do pełnej galerii
Kategoria Inne






















