limit prowadzi tutaj blog rowerowy

Niejeżdżenie boli. Dosłownie.

DPD ale tak jakby luźna piędziestka.

  • DST 50.00km
  • Teren 3.00km
  • Czas 02:49
  • VAVG 17.75km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 4 października 2011 | dodano: 04.10.2011

Rano do pracy standardowe 16 km. Tym razem udało mi się wyjechać wcześniej. Zadziwiająco ciepło choć niestety już ciemno.
Po południu postanowiłem się powłóczyć i wracałem okrężną drogą. Pojechałem najpierw w stronę Kazimierza ale nie dojeżdżając tam odbiłem na Klimontów, potem Wawel, do Czeladzi (obok rynku), z Czeladzi do Wojkowic (w lewo przed szpitalem). Za cmentarzem zainteresowała mnie pewna droga gruntowa. Nawet były na niej oznaczenia szlaku rowerowego ale oczywiście odbiłem w nie tą odnogę co trzeba i skończyło się na kilku zdjęciach i rundce po ściernisku. Wróciłem na asfalt i poturlałem się do Wojkowic. Koło kościoła (tego od strony Grodźca) skręciłem na Strzyżowice. Wdrapałem się na startowisko paralotniarzy w Górze Siewierskiej. Podziwiając widoki i niezdecydowanych paralotniarzy wszamałem bułkę z makiem. Ponieważ nikt nie kwapił się do startu (chyba za silny wiatr), zjechałem ze startowiska i ruszyłem do domu. Pojechałem przez Strzyżowice, żeby dobić do 50 km. Tempo średnie słabe bo część drogi w ogóle się nie spieszyłem.
Odkryłem w Czeladzi, że jeden z nitów mocujących sakwę to listwy z hakami był się wziął i urwał. Przygotowany jednak na taką ewentualność już od dość dawna, dobyłem śrubkę z nakrętką i podkładkami i skręciłem jedno z drugim. Jutro poprawię dodając gumowe uszczelki.


Kategoria Praca

D(expresowe)PD(spacerowe)

  • DST 38.00km
  • Czas 01:59
  • VAVG 19.16km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 3 października 2011 | dodano: 03.10.2011

Rano tradycyjnie start z opóźnieniem czyli gonitwa na trasie. Opóźnienie jeszcze wzrosło bo po jakichś 3 km GPS zawołał jeść i nie było rady, trzeba było się zatrzymać i nakarmić. 6 st. na plusie i miejscami mgły. Ale generalnie nienajgorzej.
Po południu miałem plan pojeździć ale zupełnie zapomniałem, że ma dotrzeć dostawa zamówionych gadżetów i plany się zmieniły. Z jedną obładowaną torbą wracałem spacerowym tempem przez Dąbrowę Górniczą, wzdłuż Pogorii III i trochę wzdłuż IV, potem Preczów i Sarnów. Ciepło choć trochę zawiewało. Generalnie ładny dzień na rower.
Wyrypa jeszcze trochę wychodzi.


Kategoria Praca

Luźna piędziestka

  • DST 50.00km
  • Czas 02:20
  • VAVG 21.43km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 2 października 2011 | dodano: 02.10.2011

Po wczorajszym noszeniu roweru po górach wypadało trochę pojeździć dla rozruszania mięśni. Poskakałem po okolicznych pagórkach. Strzyżowice-Góra Siewierska-Twardowice-Nowa Wieś-Zawada-Sadowie-Przeczyce-Wojkowice Kościelne-Pogoria IV-Dąbrowa Górnicza-Będzin-Łagisza-Sarnów. W Przeczycach jakieś zawody piłkarskie. Policji jak psów. A może mrówków? No dużo w kazdym razie. Na Pogorii udało się polecieć 30+. Wizyta w Kaufie w Będzinie i powrót 12km z wyładowanymi sakwami (dużo bardziej wyładowanymi niż wczoraj).
Pogoda jeszcze całkiem, całkiem ale wracałem już po zachodzie słońca i temperatura zauważalnie spadła. Niestety.


Kategoria Inne

Wyrypa

  • DST 125.00km
  • Teren 10.00km
  • Czas 08:30
  • VAVG 14.71km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 1 października 2011 | dodano: 02.10.2011

Wyrypa - to jedyne, jak można tą akcję określić.
Dla mnie zaczęło się o 3:00 nad ranem pobudką i przygotowaniami do startu. Wyjechałem z domu o 4:30 na spotkanie z Tomkiem na Zagórzu. Na umówione miejsce dotarłem kilka minut przed czasem. Zadzwoniłem do Tomka i okazało się, że mu nie odpalił budzik w komórce i będzie miał obsuwę w czasie. Powiedział, że nas dogoni i żebym na spotkanie z Jackiem i Krzyśkiem jechał sam. Pojechałem więc dalej na Klimontów i tam czekając na spotkanie wszamałem małe conieco. Przyjechał najpierw Jacek, chwilę potem Krzysiek. Razem ruszyliśmy w stronę Mysłowic. Po drodze dogonił nas Tomek.
W drodze do dworca w Katowicach Piotrowicach ekipa powoli się rozrastała i na miejsce dojechaliśmy już w siedmiu. Na żartach i opowieściach przeleciał czas oczekiwania na pociąg. Zapakowaliśmy się z rowerami do pojazdu, co proste nie było, bo inni amatorzy górskich rajdów już zdążyli zapełnić przedział bagażowy dość konkretnie. W wesołej atmosferze dojechaliśmy do Węgierskiej Górki.
Początek awantury w górach był, jak się później okazało, "lajtowy". Trochę stromizny po asfalcie ale spokojnie do wjechania. W miejscu, gdzie wbijaliśmy na szlak odbył się pierwszy postój. Przebieranki, karmienie, pojenie i inne czynności przedstartowe. A potem się zaczęło. Podjazdy. Po "kamcorach". I tak już było do końca. Tzn. z małymi przerwami gdzie na zjazdach albo płaskich kawałkach były bajorka z błotem albo przepływające strumienie. A czasem wszystko na raz: pod górę, "kamcory", strumienie.
I tu chwila na refleksję. Nie mając pojęcia jak to będzie wyglądało, okazało się, że jestem zupełnie nieprzygotowany do takiej akcji. Zabrałem na bagażnik obie torby. Nie zapakowane zbyt pełno ale jednak na taką trasę dużo za ciężkie. Łatwiejszymi kawałkami dało się z tym bociążeniem wjechać, ale miejsca gdzie trzeba było prowadzić dały mi popalić. Nie wyrabiałem rękami prowadzić pojazdu i wlokłem się w ogonku. Chłopaki litościwie co jakiś czas na mnie czekali.
Co prawda Jacek pocieszał mnie, że tego dnia wybrana trasa była dużo trudniejsza, niż tydzień wcześniej ale jednak nie zmieniało to faktu, że i tak za ostra jak na to co ze sobą wlokłem.
Poza tym, jednak rower jest do jazdy i prowadzenie go kilometrami jakoś nie dostarczało mi przyjemności ;-) Wolę trasę mniej dla harpaganów ale za to taką, gdzie podprowadzanie ogranicza się do niezbędnego minimum (po kilkaset metrów max).
Chłopaki jednak sporą część tego co ja prowadziłem, wjeżdżali. Zwłaszcza Krzysiek darł po takich miejscach gdzie reszta już wymiękała. Skąd tą parę w nogach miał, to nie wiem, ale miał jej sporo. Potem, jak się spotkaliśmy w Żywcu, właściwie nie wyglądał na jakoś specjalnie zmachanego. Czego nie dało się powiedzieć o niektórych z pozostałej szóstki :-p
Pod schroniskiem na Rysiance zrobiliśmy sobie dłuższy postój regeneracyjny. Tam obwieściłem ekipie, że z moim zestawem bagażu to ja nie wyrobię na dalszej trasie po takich szlakach (zwłaszcza, że to były szlaki piesze a nie rowerowe) i będę zjeżdżał do asfaltu i drogami bardziej dla rowerów pojadę do Żywca. Jacek podjął taką samą decyzję. Też miał na rowerze sakwy i choć szło mu dużo lepiej niż mnie, to jednak też lekko mu nie było.
Pożegnaliśmy się i razem z Jackiem, czarnym szlakiem, zjechaliśmy do Złatnej a potem już asfaltami, przez Ujsoły, Rajczę, Milówkę i Węgierską Górkę pojechaliśmy do Żywca. Do miasta dotarliśmy około 17:30. Kupiliśmy bilety na pociąg do Katowic po 19:30. Jacek nawiązał łącznosć z ekipą udrzającą na Pilsko. Chłopaki byli już w drodze do Żywca po zdobyciu szczytu. Planowali zdążyć na ten sam pociąg co my.
Mając sporo czasu pojechaliśmy na rynek rozprawić się z wielką pizzą i browarkiem (Jacek w wersji legalnej - 0,3l, ja w wersji nielegalnej - 0,5l, jakoś nie chciało mi się sobie odmawiać :-D ).
Potem niespieszny powrót na dworzec i oczekiwanie na pojazd do domu. Około 19:00 kas dopadła reszta grupy. Z tryumfem obwieścili zdobycie kolejnego szczytu na rowerach (choć nie cała szóstka tam się wdrapała). Potem 2 godziny w pociągu do Katowic i pierwsze pożegnania na Dworcu.
W pięciu ruszyliśmy do Sosnowca. Po drodze do siebie odbił Krzysiek. Potem Jacek znalazł się blisko domu więc się z nim pożegnaliśmy. Potem drugi Krzysiek odbił do siebie i już tylko z Tomkiem pojechałem na Zagórze. Tam nam zeszło coś z pół godziny na gadce na tematy rowerowe i w końcu się pożegnaliśmy.
Ruszyłem do centrum Dąbrowy za jakimś nieznanym bajkerem (a może bajkerką - w ciemnościach nie bardzo rozróżniałem i po prawdzie, to byłem już na granicy snu), który pociągnął mnie w niezłym tempie od Mecu do górki koło Expo Silesia. Bajker odbił w stronę Gołonoga a ja koło dworca PKP w centrum, przez Zieloną, Preczów i Sarnów dojechałem do siebie trochę przed północą.
Miałem plana jeszcze wbić relację z wypadu i nawet kompa odpaliłem, ale przy nim zasnąłem.

Całą drogę, jaką mi zmierzył GPS to było 138 kilometrów ale odjąłem sporo na to co było prowadzone bo nie uznaję teog jako jazdę. Jako teren policzyłem tylko to, co nie było na asfalcie jechane.


Na mapce to co jest w profilu wysokości linią prostą, to czas jazdy pociągiem, kiedy GPS miałem wyłączony.


Po drodze było tak...


...tak...


...i tak.


Widoki? O czymś takim się nie pisze. Się jedzie i ogląda.


Rzut beretem od Rysianki. Co nie znaczy, że dalej było łatwo.


Schronisko Rysianka.


Dla informacji: przejście na ścieżce rowerowej.


Po walce z pizzą w Żywcu.


Harpagany.


To też harpagany.

Pełna galeria



Masa Krytyczna w Katowicach

  • DST 86.00km
  • Czas 04:32
  • VAVG 18.97km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 30 września 2011 | dodano: 30.09.2011

Do pracy standardowo 16 km.
Po pracy umawiam się z Marcinem na Zagórzu i razem jedziemy pod Dworzec PKP w Sosnowcu. Niestety nikt się nie zjawia i do Katowic jedziemy we dwóch.
Przez Nikiszowiec i Trzy Stawy trafiamy w końcu na rynek. Tam wita nas zorganizowana forma rozrywki w postaci rozłożonej sceny. Na miejscu jest już Jacek.
Na pięć minut przed startem Masy dojeżdża jeszcze Tomek. Wraz z innymi masowiczami ruszamy na objazd. Dziś trasa nieco inna niż zwykle (nie wiem czy tak zaplanowana, czy tak wyszło) ale jakie to ma znaczenie. Jest okazja pojechać w większej grupie, spacerkiem, pogadać. Robię od czasu, do czasu kilka fotek.
Po masie część ludzi jedzie na "after". My w czterech wracamy do Sosnowca nie do końca najkrótszą drogą ale nie pożar więc gdzie się tu spieszyć... Poza tym jest zadziwiająco ciepło. Dobijamy do centrum Sosnowca (Demblińska). Stamtąd jedziemy na Mec gdzie żegnamy się z Tomkiem i we trzech dalej w stronę centrum Zagórza. Chwilę później Jacek odbija od nas w bok i już we dwóch, Marcin i ja, jedziemy najpierw do centrum Dąbrowy Górniczej, potem na Zieloną (na wylocie drogę przebiega nam sarenka) i do Preczowa. Tam się żegnamy i Marcin wraca do Sosnowca a ja dalej przez Sarnów wracam do siebie.


Rozrywka na rynku w Katowicach.


Masa rusza.


Od lewej Jacek, Tomek i Marcin. Zdjęcie "krzywe" bo robione z ręki, w czasie jazdy.


Trochę kampanii wyborczej i jednocześnie mobilny "didżej".


Gdzieś w trasie.


Gdzieś w trasie c. d.


Tomek i Jacek.


Wciąż w drodze.


I już po masie.


Po masie c. d.


Po masie.


Kategoria Praca

DP+włóczęga+D

  • DST 71.00km
  • Teren 3.00km
  • Czas 03:36
  • VAVG 19.72km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 29 września 2011 | dodano: 29.09.2011

Dnia ubywa trzeba korzystać póki się da.
Po pracy postanowiłem sobie pojeździć. Tym razem skierowałem się z Zagórza na Kazimierz. Po drodze spotkałem kolegę powożącego tramwajem i chwilę pogadaliśmy na pętli o starych czasach.
Potem już bez przerw ruszyłem dalej. Tak sobie jechałem, i jechałem aż po którymś tam z kolei zakręcie włączyłem się na Szlak Metalurgów (o ile nazwy nie przekręciłem). Tzn. na moim Garminie ten szlak był. Czy oficjalnie jeszcze on istnieje to nie wiem ale nie bardzo na to wygląda. Spory kawałek przyszło mi przedzierać się przez krzaki, pokrzywy i inne różności (przydałoby się tym szlakiem puścić pluton macheteros). Potem ścieżka aczkolwiek wąska, była dość wyraźna i niezbyt kręta. Tak sobie powoli rzeźbiłem aż tu nagle wyjeżdżam na jakowąś kamienną budowlę. Obszedłem toto, zrobiłem kilka fotek. Tak kombinowałem, że skoro to Szlak Metalurgów to pewnikiem to coś służyło do wytopu czegoś. Ale to tylko takie moje zgadywanki.
Potem dalej znakomicie ukrytą ścieżką, pełną różnych niespodzianek w postaci pni a to leżących na ścieżce, a to pochylających się nad ścieżką, dojechałem do Katowickiej w Dąbrowie Górniczej. Przejechałem kawałek do świateł koło stacji benzynowej i odbiłem w stronę ul. Jana Majewskiego. Chwilę się tam zatrzymałem bo akurat następował zrzut sporej kupki piasku. Potem przez Dąbrowę Górniczą i Pogorię III pojechałem na Pogorię IV (gdzie odrobinkę sobie podkręciłem tempo). Na skarpie wszamałem małe conieco i ruszyłem dalej w drogę. Przez Podwarpie, Tuliszów, Przeczyce, Zawadę, Twardowice, Górę Siewierską i Strzyżowice do domu. Strzyżowice to już tak żeby tylko do 70 km dokręcić. W Górze Siewierskiej wdrapałem się na startowisko paralotniarzy i pstryknąłem foto zaszłego Słońca oraz widok na Będzin. Na Przeczycach również zrobiłem zdjęcie zachodzącego Słońca (a to była ledwo 18:10). Niestety dni coraz krótsze. Z górki siewierskiej zjechaem już po ciemku.


Owa budowla, która mię była zaskoczyła.


Nieco inksze zdjęcie tejże budowli.


I jeszcze jedno zdjęcie budowli. Tym razem od końca czubkowego.


Słońce nisko nad horyzontem nad Przeczycami.


Słońce nisko nad horyzontem nad Przeczycami. Na zbliżeniu.


Słońce już poniżej horyzontu. Widok z Zawady na Nową Wieś.


Widok z górki siewierskiej (startowiska paralotniarzy) w kierunku zachodnim (jak załączony obrazek zresztą wskazuje :-D )


Widok z górki siewierskiej w stronę Łagiszy i Będzina.


Kategoria Praca

Dom-Praca(nietypowo)-Czeladź-Nikiszowiec-Czeladź-Dom

  • DST 67.00km
  • Teren 2.00km
  • Czas 03:17
  • VAVG 20.41km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 28 września 2011 | dodano: 28.09.2011

Dzień bardzo udany.
Do pracy trochę nietypowo tzn. dobrze bo o 2 km więcej :-) Przed 15:00 szybki telefon do Dariusza (Dariusz79) i umawiamy się w Czeladzi na rynku na wspólną rundkę. To nasza pierwsza wspólna jazda i mam nadzieję, że nie ostatnia.
Jedziemy do Nikiszowca. Trasa przez Czeladź, Dąbrówkę. Ładne, równe tempo. Przyjemna pogoda. Tylko mało okazji pogadać bo w ruchu miejskim jednak trzeba ciągle uważać i z reguły jazda jeden za drugim. Na miejscu Darek robi kilka zdjęć, chwila odpoczynku i wracamy do Czeladzi. Tym razem nieco inną trasą, miejscami mi nieznanymi do tej pory (dobrze jest jeździć z innymi bo można sobie nawzajem pokazać ciekawe skróty i miejsca w ogóle). W parku na stawikach przyszło wdziać extra wdzianka bo chłodek zaczął już dawać o sobie znać.
Na rynek dojeżdżamy nieco przed zachodem słońca. Tam jeszcze chwila rozmowy, wspólna fota i każdy z nas wraca do siebie. Darek, dzięki za wspólną jazdę.
Dojeżdżam do domu i jeszcze widzę nad Górą Siewierską paralotniarzy. Jeden przelatywał nade mną w Grodźcu (pomarańczowo-żółte skrzydło).


Na koniec zdjęcie na rynku w Czeladzi. (Foto by Dariusz79)


Kategoria Praca

Zobaczyłem, uwierzyłem, zdębiałem

  • DST 35.00km
  • Czas 01:50
  • VAVG 19.09km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 27 września 2011 | dodano: 27.09.2011

Postać dnia: Dżygit.
Rano do pracy autobusem i potem z pracy do serwisu takoż. Zaordynowane zabiegi na Srebrnej Strzale kosztowały mnie Zygmunta Starego. Przez chwilę się zastanawiałem czemuż tyle ale zupełnie mi te myśli z głowy wywiały jak tylko wsiadłem na rowerek i zakręciłem kilka razy pod górkę. Jak zwykle po wizycie w serwisie rowerek toczy się jak nóweczka. Trochę tylko dzwoni o przerzutkę nowy łańcuch ale poprzednio z nowym napędem było tak samo. Lekka regulacja i po kilku dniach ucichło. Poza tym rowerek sam jeździ.
Rano, w pracy, Robert uracza mnie wiadomością, że dziś Dżygit będzie śmigał na rowerku z napędem paralotniarza na plecach. Zrozumiałem, że będzie bicie rekordu prędkości w takim zestawie.
Początkowo miało wszystko ruszyć o 17:30 ale ostatecznie zbiórka do startu nastąpiła o 18:00 a sam start jakieś 20 min. później. Przyczyną był niesprawny napęd Dżygita (coś zgaźnikiem, paliwo wylewało się wlotem powietrza). Szybka akcja Roberta, który przywiózł swój napęd z domu i następuje start.
Do momentu aż nie zobaczyłem człowieka, jak z tym myka, to nie sądziłem, że to wypali. A jednak. Dżygit jak wyrwał spod garażu to ledwo zdążyłem zrobić jedno zamazane zdjęcie. Następne dopiero na zoomie jak już gnał ku horyzontowi eskortowany przez Roberta, filmowany przez Piotrka i osłaniany od pleców przez kolegę na motorze (niestety moja kiepska pamięć znowu mnie zawiodła i wyleciało mi imię z głowy). I tyle ich widziałem. Chłopaki mykali trochę po Dąbrowie Górniczej strasząc e"L"ki i całą resztę, obecnego na ich drodze, społeczeństwa.
Przeniosłem się pod stację benzynową obok Kauflanda na Gołonogu i czekałem aż Dżygit tam dotrze po rundce po Dąbrowie. Wtedy też okazało się, że to nie miało być żadne bicie rekordu tylko po prostu Dżygit chciał sobie pojeździć na rowerku z napędem na plecach :-p
Trochę już po zachodzie w końcu Dżygit, z rykiem napędu, wpadł na stację. Wyłączył napęd, odstawił rower i poszedł kupić browara. Jednakże zakup się nie udał ponieważ kolejka była niemała a napęd swoje waży i stanie w całym rynsztunku kosztuje trochę sił. Wsiadł więc ponownie na rower, odpalił śmigło i pognał w towarzystwie motocykla i samochodu dalej.
Ja się z chłopakami pożegnałem telefonicznie i ruszyłem w swoją stronę. Była już w końcu 19:00. Przez Pogorię III (ludzie, noście coś odblaskowego, o tej porze to już Was w ogóle nie widać chyba, że się Wam w dupę wjedzie; nawet nie schodzicie ze ścieżki jak widzicie jaskrawe światło pędzące w waszym kierunku; życie Wam niemiłe?), potem wzdłuż Pogorii IV (z przystankiem na fotę Pogorii o zmierzchu), przez Preczów i Sarnów do domu.
Jak dostanę link do filmu i do galerii zdjęć robionych przez Roberta lustrzanką to dołączę później. Na razie kilka zdjęć zrobionych przez mnie.


Przygotowania przedstartowe.


Kolega na motorze zajmuje pozycję wyjściową, Dżygit odpala koguta na kasku a ja udaję się na pozycję do zdjęcia.


Dżygit rozpoczyna przejażdżkę.


I szybko znika mi z oczu w towarzystwie swojej eskorty.


Ponownie widzimy się dopiero na stacji benzynowej.


Zakupy jednak się nie udają.


Dżygit ponownie rusza w drogę.


Znika razem ze swoją świtą :-)


Wracam przez Pogorię III i IV do domu robiąc zdjęcie o zmierzchu na Pogorii IV.



Kategoria Praca

Do serwisu

  • DST 10.00km
  • Czas 00:32
  • VAVG 18.75km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 26 września 2011 | dodano: 26.09.2011

Po zeszłotygodniowym rajdzie po województwie świętokrzyskim rowerkowi należy się to i owo czyli serwis.
7k km przekroczone więc pora napęd wymienić. Obecny jeszcze nie jest w podłym stanie ale na wolnobiegu piąteczka i trójeczka wypiłowane dość konkretnie. Korba nie jest zdarta zbyt mocno ale za to pęknięta jest plastikowa osłona zabezpieczająca łańcuch przed spadaniem na zewnątrz.
Do tego w tylnym kole poszła szprycha.
Tak więc spokojnie, spacerowym tempem do serwisu w Będzinie poturlałem się koło południa i zaordynowałem na miejscu wyżej wymienione czynności serwisowe. Jutro Srebrna Strzała ma być gotowa :-) Mam nadzieję, że więcej nic nie wyjdzie w praniu.


Kategoria Inne, Serwis

Podzamcze Chęcińskie - cz. 4 - ostatnia

  • DST 153.00km
  • Teren 2.00km
  • Czas 08:02
  • VAVG 19.05km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 23 września 2011 | dodano: 23.09.2011

Powrót.
Falstart na początku (przyspałem) i rozpocząłem jazdę dopiero o 8:20. Ubrałem się w ciepłą kurtkę polarową i długie spodnie i to była trafiona decyzja. Gdzieś ze 120 km walczyłem z chłodnym wiatrem mniej więcej z kierunku zachodniego czyli prosto w twarz. To plus pełne sakwy roboty nie ułatwiało. W Pilicy poddałem się na dłużej. Wszamałem 30 cm pizzę i zapodałem sobie 2 gorące herbaty. Tego było mi trzeba.
Jazda generalnie przebiegała bez problemów. Na początku (koło Morawicy) trochę sobie skróciłem w stosunku do tego, co miałem zaplanowane. Kawałek koło Żarnowca też zrobiłem odrobinę inaczej niż było w planie. Zmiany spowodowane brakiem jakiejkolwiek chęci na MTB w drodze powrotnej. Wiatr dostarczał dostatecznie dużo atrakcji jeśli chodzi o wysiłek.
Od Chruszczobrodu to właściwie byłem już w domu. Na Pogorii IV w końcu była okazja pojechać 25+, w porywach do 30+. Potem jeszcze raz tak samo od "jedynki" w Sarnowie.
Po drodze spotkałem tylko jednego "rasowego" bajkera na szosie. Poza tym "lokalsi" na dojazdach do sklepu albo na pole. Szkoda, że słoneczka było tak mało. Za każdym razem jak się wychyliło zza chmur ładnie przygrzewało. Moje czarne wdzianko znakomicie absorbowało te odrobiny serwowanego ciepła.
Kiedyś jeszcze będę musiał się wybrać w świętokrzyskie. Świetne tereny do jazdy. Zwłaszcza dla szosy. Ale i MTB też może sobie tam znaleźć ładne miejsca. No i przede wszystkim trzeba się wybrać na dłużej. 4 dni to tylko tak żeby polizać ciastko i spawdzić jaki ma smak. A jeszcze dogadać się z kimś z tych okolic na wspólne trasy to już będzie rewelacja.
Może życia starczy, żeby kiedyś wrócić w miejsca raz już odwiedzone choć jest jeszcze tyle takich, które na odwiedziny czekają...




Dwa dni wcześniej jechałem przez to miejsce :-)


Śniadanie w towarzystwie...


W Sędziszowie są hantle do wzięcia. Na sztuki...


... i w kompletach. Wersja "Pudzian"+++


Niby zwykła tablica a jednak...


Czas płynie nieubłaganie...


Pilica.


Podzamcze - tak stało na tablicy.


Grzechem było nie zatrzymać się i nie strzelić foty. Między Chruszczobrodem a ul. Karsów w drodze na Pogorię IV.


Kategoria Kilkudniowe