limit prowadzi tutaj blog rowerowy

Niejeżdżenie boli. Dosłownie.

Podzamcze Chęcińskie - cz. 3

  • DST 51.00km
  • Teren 10.00km
  • Czas 04:25
  • VAVG 11.55km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 22 września 2011 | dodano: 22.09.2011

Dystans dziś niewielki ale ilość nie świadczy o jakości.
Najpierw wspiąłem się na zamek w Chęcinach. Kilka fotek, szaleńczy zjazd z góry (omal nie zakończony glebą) i stop na rynku. Znowu kilka fotek i w drogę.
Gdzie mnie Garmin pociągnął dalej to nie zdradzę bo było nielegalnie i niebezpiecznie.
Potem spokojna droga do Kielc. Mają tam taką górkę obok miasta, gdzie jest trochę szlaków rowerowych i pieszych oraz wyciąg narciarski. Na mapie to wygląda na ładny, zielony las. Ale Tomek i Krzysiek chyba by polubili to miejsce: zjazdy, podjazdy, piasek, kamienie, błoto, krzyżujące się ścieżki. Można tam trochę czasu zużyć na wyszalenie. Dziś jednak miałem nie ten dzień do jazdy bo trochę tam pojeździłem ale na 1/1, czasem 1/3. Kiedy w końcu dotarłem do wierzchołka stoku narciarskiego marzyłem już tylko, żeby dotrzeć do jakiejś knajpy i wszamać solidny obiad. Jak na zawołanie, u stóp stoku była restauracja. Karkołomny zjad niebieskim szlakiem i chwilę później zamówienie na wyżerkę złożone.
Po obiedzie ruszyłem do centrum Kielc w poszukiwaniu bankomatu i sklepu rowerowego. Sklep był mi potrzebny bo poranny przegląd stanu Srebrnej Strzały ujawnił wyłażącą "szmatę" na przedniej oponie.
Dokonałem zakupu nowego laćka na przód i udałem się do parku by w spokoju dokonać zamiany.
Oględziny starej opony ujawniły przecięcie tak na 5-7 mm czyli wymiana opony zdecydowanie uzasadniona.
Po serwisie posiedziałem chwilę na ławeczce i niespiesznie udałem się w stronę miejsca, gdzie miała wystartować Masa Krytyczna w Kielcach. Po drodze kilka fotek, chyba zamku kieleckiego.
Po zasięgnięciu języka u tubylców trafiam w końcu na Rynek, gdzie już całkiem spora gromada "lokalsów" zjechała się na Masę. Przed startem jeszcze konkurs na ostrą jazdę bez trzymanki czyli czterech zawodników wcina pikantne papryczki a potem bez trzymania kierownicy ma przejechać szpalerem Masowiczów. O dziwo nikt nie wyglebia.
Masa rusza. Po krótkim dystansie zagaduje do mnie, jak się okazuje, były krajan - przyciągnęła go moja "masowa" kamizelka. Marcin kiedyś z Sosnowca, obecnie ożeniony i zamieszkały niedaleko Kielc. Od słowa do słowa i okazuje się, że świat jest mały. Marcin zna Ola. Olo - pozdrowienia od Marcina :-) Pogadując o tematach okołorowerowych przejeżdżamy masę. Potem odbywa się jeszcze wydawanie wejściówek na targi rowerowe. Z Marcinem rozmawiamy jeszcze dobrą godzinę. Opowiada trochę o swoich przygodach na rowerku jeszcze z czasów nocnych wypadów z Olem oraz o lokalnych atrakcjach i szlakach rowerowych. Niestety nikła (wręcz zerowa) znajomość okolic sprawia, że nie bardzo jestem w stanie się zorientować bez mapy o czym mowa. Poza tym już i tak w tym wypadzie nie będę miał okazji skorzystać ze wskazówek Marcina - jutro powrót do domu.
Żegnamy się i każdy z nas rusza w swoją stronę. Tym razem bez kręcenia wybieram najkrótszą drogę do Podzamcza. Wypada ona "siódemką". Ruch spory. Tradycyjnie po zmroku kilka razy udaje mi się zamotać pomimo wskazówek Garmina i wrócić na trasę również dzięki jego wskazówkom. Korzystam z okazji i nawiedzam lokalnego Lidla a potem już bez dłuższych przerw prosto do celu.
Dzień miałem dziś ewidentnie nie do jazdy. Zaplanowałem sobie jeszcze trasę na 70 kilka kilometrów ale nawet nie próbowałem jej zrobić. Ta górka dorżnęła moje siły do końca.


Zamek chęciński.


Widok z zamku na Chęciny.


Owa górka koło samych Kielc. Taki łatwiejszy kawałek.


Tam, na dole, wszamałem obiadek.


A to już Kielce.


Szpaler Masowiczów przed "Ostrą jazdą".


Dużo ludzi z aparatami tam było. Może i mnie ktoś ustrzelił :-)


Ten pojazd mnie zafascynował. Refleksja jest taka: trzeba sobie zrobić kolekcję rowerków. Poziomy, szosa, ostre koło, MTB, MTB XC i może jakiegoś antyka składaka plus prehistoryka bicykla. Pytanie gdzie można ukraść bezkarnie pieniądze na ten cel :-p


I ktoś mnie jednak ustrzelił na Masie w Kielcach :-)
Link do pełnej galerii z tej Masy


Kategoria Kilkudniowe

Podzamcze Chęcińskie cz. 2

  • DST 220.00km
  • Teren 50.00km
  • Czas 11:30
  • VAVG 19.13km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 21 września 2011 | dodano: 21.09.2011

Jeszcze raz moja Srebrna Strzała powiozła mnie w polski kraj...
Ale po kolei. Plan. Cel: Sandomierz. Dystans tam: 104 km. Dystans powrotny: 109 km. I to by było na tyle.
Wystartowałem trochę po 7:00. Droga do Sandomierza przebiegała niemalże bezkolizyjnie (jedno miejsce w rzeczywistości wyglądało inaczej niż na mapie i musiałem się chwilę pokręcić żeby się oświecić gdzie dalej uderzać). Było po drodze trochę terenu (piasek, kamienie, szutr) i zróżnicowanie wysokościowo. Na miejsce dotarłem bez większych problemów trochę po 14:30 (po drodze 2 dłuższe postoje na karmienie).
Na rynku wszamałem obiad, postrzelałem kilka fotek i ruszyłem w drogę powrotną. Wszystko szło całkiem dobrze dopóki było jasno. Do tego momentu jazda była bezproblemowa (pierwsze ze 20 km pomiędzy sadami jabłoniowymi). Za to jak się ściemniło, to zaczęła się ostra jazda bez trzymanki. Bez Garmina to bym się jeszcze następny cały dzień włóczył diabli wiedzą gdzie. Co się działo? MTB o zmierzchu. MTB po nocy i to co najmniej ze 3x. Przeprawa w bród przez jakąś rzeczkę (chyba odnoga Czarnej Nidy) ale głowy nie dam. I jeszcze na samiutkim końcu zamotałem się w Starochęcinach czyli rzut beretem od kwatery (nie
biłem sobie miejsca startu jako punkt do GPS-a).
Średnia czasowa słabiutka bo sporo straciłem czasu w nocnych podchodach. Kilka razy musiałem się wracać, gdyby nie GPS to bym nawet nie wiedział, że źle idę. W ciemności każde dżewo i każda kępa trawy wyglądają tak samo. Tak na dobrą sprawę, to ostatnich 40-50 km to bym raczej nie był w stanie powtórzyć z pamięci. Widziałem tyle, ile była w stanie objąć lampka roweru i latarka przymocowana do kasku metodą warunków bojowych czyli drutem.
Za to dzisiejszy dystans to jest moje dotychczasowe maximum zrobione jednego dnia. Do tej pory dłuższe dystanse robiłem jedynie jadąc do Cisnej.
Powrót o 23:30.
Plan na jutro: wyspać się, kółko max do 100km, Masa Krytyczna w Kielcach.



Pogoda może nie była super extra ale do jazdy odpowiednia. Trochę wiało. Jak tylko na chwilę się zatrzymałem, zaczynałem marznąć. Autentycznie cieszyłem się, że muszę na górki się wspinać bo dzięki nim udawało mi się rozgrzać.


Daleszyce. Jak dotąd bez komplikacji.


Trochę przez las ale w sumie niegroźnie.


Popas po serii podjazdów i zjazdów.


W końcu Sandomierz. Ponad połowa dnia za mną.


Stare miasto w Sandomierzu.




Sady. Kilometry sadów. Fanatyk jabłek umarłby z radości.


Ujazd. Ruiny zamku Krzyżtopór. Zobaczyłem je dopiero jak wyszedłem ze sklepu z upragnionym zapasem cieczy na drogę.


Tu się przeprawiałem w bród. Znaczy się sakwy w łapy i do połowy łydek przez wodę na drugą stronę. Powrót. Rower na ramię i ta sama droga. Oczywiście najpierw przeszedłem tą wodę bez bagażu i roweru żeby sprawdzić jaka głębokość i jakie dno. W butach do końca jazdy extrema. Przyda się druga para zabrana w ostatniej chwili. Mało widać? Ja widziałem jeszcze mniej :-)


Jedno z kontrolnych zdjęć nocnych.


"makgajwer" w praktyce.


Kategoria Kilkudniowe

Podzamcze Chęcińskie - cz. 1

  • DST 139.00km
  • Teren 25.00km
  • Czas 08:00
  • VAVG 17.38km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 20 września 2011 | dodano: 20.09.2011

Podzamcze Chęcińskie - Dzień pierwszy.
Zaczęło się nieciekawie. O 7:10 wystartowałem z domu. 13 stopni. Mżawka. Nic to.
Niezawodny Garmin jak zwykle zrobił mi ciekawą trasę. Po około 20 km pierwszy raz wbiłem w lasy. I się zaczęło. Piasek + woda + wysoka trawa. Efekt był taki, że jakieś 3 km dalej czyściłem cały napęd i smarowałem łańcuch. Nie pierwszy raz tego dnia, oczywiście.
Potem trochę asfaltu, znowu trochę lasu i w Zawierciu nie było rady. Trzeba było poświęcić litr wody mineralnej żeby choć trochę zmyć to co się poprzyczepiało w lesie i kolejny raz smarowanie łańcucha.
W butach miałem już... ciekawie. Na szczęście zanim wyruszyłem, rzutem na taśmę, wrzuciłem do sakw drugą parę.
Za Zawierciem ucieszyłem się, że mam do pokonania kilka wzniesień. W końcu była okazja trochę się rozgrzać. Dłuższy postój regeneracyjny.
Asfalt nie trwał wiecznie. Garmin znowu posłał mnie w las, a ja głupi, posłuchałem. No i miałem co chciałem czyli piasek po raz trzeci. Jak już się wydostałem z tego lasu to znowu czyszczenie i smarowanie. Bynajmniej nie ostatni raz.
Po 48 km ponownie przepuszczony przez drogę, której właściwie nie było (przedzierałem się po polu, po śladach traktora), dotarłem w końcu pod jakiś sklep, gdzie czwarty raz czyściłem napęd z piasku. Tym razem bardzo dokładnie. Wykosztowałem się nawet na szczoteczkę do zębów, żeby powymiatać dokładnie cały ten syf. I na 1,5l mineralnej. No i smarowanie.
2 km dalej kapeć na przodzie. Zdejmowanie mokrej, sztywnej opony kosztowało mnie sporo czasu. Na dętce nie było widać dziury ale powietrze schodziło. Nie kombinowałem z łatkami tylko dałem nową i jazda dalej.
W okolicach Szczekocin pogoda zaczęła się poprawiać. Zniknęły zamglenia i nie było już mżawki. Miałem przez przygody w lasach i kapcia spore opóźnienie. Czas było przydepnąć. Kawałek ciągnąłem asfaltami ale potem Garmin jeszcze raz posłał mnie w las. Bywało różnie, i piasek, i ubity dolomit. Na szczęście już mi się nic nie kleiło do napędu i jazda przebiegała bez dalszych niespodzianek.
Co jakiś czas robiłem krótkie postoje na wszamanie kanapek i innych form kalorii.
Trasę miałem podzieloną na 5 etapów po mniej więcej 30 km. Na ostatnim jednak etapie poddałem się i olałem planowany odcinek. Ściąłem w dwóch miejscach wytyczone trasy i na koniec wbiłem na "siódemkę" by ostatnie kilka kilometrów do Podzamcza pokonać jak najszybciej. Poranna zaprawa w mżawce i lasach dała mi popalić.
Rowerek sprawował się zadziwiająco dobrze jak na pogodę i warunki, w jakich kazałem mu pracować.
Na calej trasie nie spotkałem ani jednego "rasowego" rowerkowca. Tylko kilku "lokalsów" co do sklepu albo na pole sobie ułatwiali drogę. W ogóle na trasie miałem dość spokojnie.
Plan na jutro: prawdopodobnie Sandomierz. Ale to się okaże jak trasę obejrzę. Na razie prysznic i coś wszamać. A potem jeszcze dodać ślad z GPS-a i jakąś fotkę lub dwie.




Tak miałem na starcie.


W drodze do Zawiercia.


Popas za Zawierciem


A to już trochę dalej - na tablicy stoi gdzie :-)


Widoki wyglądały tak czyli niewyglądały.


Kategoria Kilkudniowe

Nie DPD ale tak jakby.

  • DST 35.00km
  • Czas 01:40
  • VAVG 21.00km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 19 września 2011 | dodano: 19.09.2011

Od dziś urlop więc nie musiałem startować skoro świt. Wybrałem się załatwić kilka detali przed wyprawą w okolice Kielc. O 12:00 13 stopni na termometrze. W porównaniu do wczoraj to zmiana drastyczna. Ciepła kurtka i długie spodnie wcale nie okazały się przesadą.
Najpierw do Dąbrowy Górniczej przez Preczów, wzdłuż Pogorii IV i III, bankomat w centrum, potem do Decathlonu w Sosnowcu i potem koło "energetyka" do Będzina. Tutaj wizyta w Centrum Ubezpieczeniowym - zafundowałem sobie całoroczną polisę na rowerek, od wypadków itp. Trochę to kosztuje ale myślałem już kiedyś o takim rozwiązaniu a wczoraj Jacek uświadomił mnie jak to wygląda i ile kosztuje i dziś w końcu się zdecydowałem. Oby nigdy się nie przydała. Potem mała wizyta w Lidlu i do domu przez Łagiszę.
Taka mała rundka żeby śmigło się nie zastało przed jutrzejszą jazdą do Podzamcza Chęcińskiego.


Kategoria Jednodniowe

Wisła-Sosnowiec

  • DST 119.00km
  • Teren 40.00km
  • Czas 08:00
  • VAVG 14.88km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Niedziela, 18 września 2011 | dodano: 18.09.2011

Start odrobinę po 9:00. Zaopatrzenie w dodatkowe produkty kaloryczne + ciecze na pobliskiej stacji benzynowej.
Powrót też pilotował Jacek i jego nawi, która tego dnia była trochę kapryśna.
Ścieżkami rowerowymi dojechaliśmy aż do samego Skoczowa. Całkiem przyjemna jazda. Już na samym początku okazało się, że jest dużo cieplej niż dnia poprzedniego i trzeba było zrobić ze 2 postoje po drodze by powymieniać kolejne elementy garderoby na bardziej pasujące do temperatury.
Powrót odbyliśmy mniej więcej tą samą drogą z drobnymi poprawkami. Koło Goczałkowic, aby uniknąć tych nieszczęsnych płyt betonowych wybralśmy inną drogę ale zamienił stryjek siekierkę na kijek. Też w końcu trafiliśmy na betonowe płyty choć jakby mniej nam tyłki obtłukło. Po drodze jakiś niedowidzący w samochodzie wyjeżdżając ze swojej posesji na drogę omal nie trącnął Jacka. Dzień wcześniej Sławek o mało co nie wziął "na rogi" jakiegoś nieletniego. Na szczęście w obu przypadkach skończyło się tylko na podniesionym ciśnieniu.
Bez większych problemów pokonaliśmy drogę powrotną. Z Jackiem pożegnaliśmy się niedaleko Placu Papieskiego w Sosnowcu. Dalej Sławek i ja pojechaliśmy w stronę Dąbrowy Górniczej. Przed Expo Silesia powiedzieliśmy sobie "do następnego razu". Na Alei Róż Sławek odbił na Gołonóg a ja przez centrum poleciałem nad Pogorię III (tam slalom między piechotą, rolkami i innymi rowerzystami), przeskok przez tory na Pogorię IV, do Marianek, przez Preczów do Sarnowa i do domu. Końcóweczkę od trasy zrobiłem sobie w zacnym tempie 30+. Zew zimnego browara w lodówce wydatnie pomógł w utrzymaniu tego tempa :-) W domu byłem dosłownie 2 minuty po 17:00.

Dzięki Jacku za zaproszenie na wypad do Wisły. Rewelacyjnie się jechało z Tobą i Twoim szwagrem. Bardzo udany weekend. Gdybyście się kiedyś jeszcze wybierali na taki wyjazd to ja chętnie wezmę w nim udział, o ile moje towarzystwo Wam odpowiada :-)







Link do całej galerii.


Kategoria Kilkudniowe

Sosnowiec-Wisła

  • DST 132.00km
  • Teren 40.00km
  • Czas 10:00
  • VAVG 13.20km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Sobota, 17 września 2011 | dodano: 18.09.2011

Wystartowałem od siebie o 7:10 (lekki poślizg ale bez tragedii). Na spotkanie z Jackiem i jego szwagrem, Sławkiem, dotarłem tak na 5 min przed umówioną godziną. Jacek już czekał a Sławek zjawił się chwilę po mnie. Podjechaliśmy jeszcze pod dom Jacka bo okazało się, że jazda o tej porze w rękawiczkach bez palców to jednak nienajlepszy pomysł. Sam jeszcze spory kawałek jechałem w pełnych polarowych.
Odziani stosownie do warunków termicznych ruszyliśmy w dorgę.
Prowadził Jacek i jego nawigacja. Trasa bardzo mi się podobała. Na przemian trochę asfaltów i trochę lasu. Mój Garmin w wielu miejscach twierdził, że tam jest szczery las i nie ma gdzie jechać :-) Przemykaliśmy czasem nawet ścieżkami, na których było akurat tyle miejsca, żeby koło roweru przejechało.
Na początek musieliśmy pokonać cywilizację czyli przebić się przez Mysłowice. Tam rozpoczął się dość długi odcinek przez lasy (murckowski m. in.), którymi dojechaliśmy do obrzeży Tychów. Przemknęliśmy przez strefę ekonomiczną czy jak to tam zwią i znów wjechaliśmy w las. Jacek ze Sławkiem jechali w poprzednim roku tymi ścieżkami więc bez problemu ten odcinek poprowadzili. Okazało się, że droga, którą mój Garmin pokazuje jako przejezdną kończy się na brzegu jakiejś rzeczki (Sławek rok wcześniej o mało w niej nie zakończył jazdy bo nawi Jacka też pokazywała, że tam da się jechać).
Obrzeżami Pszczyny i prze Goczałkowice-Zdrój dojechaliśmy nad zaporę goczałkowicką. Tam zrobiliśmy mały postój regeneracyjny (pokarmy stałe, płyny, zmiana izolacji termicznej, sesja foto itp.).
Lasami i bocznymi drogami (jeden kilkukilometrowy odcinek po koszmarnych betonowych płytach; tak nam ze Sławkiem zadki wytrzęsło, że stanowczo odmówiliśmy powrotu tą drogą; Jacek dzięki "amorkowi" na przodze pokonywał ten etap dużo szybciej niż my) dojechaliśmy do Skoczowa. Na rynku odbywała się jakaś impreza masowa ale nie wnikaliśmy czy rozdają kiełbasę wyborczą, czy jest jakaś inna okazja ku temu zborowi.
Dalej bocznymi, znakomicie ukrytymi, ścieżkami dotarliśmy do Ustronia. Tam wbiliśmy na ścieżki rowerowe wzdłuż Wisły i w ładnym tempie, wygodnym szlakiem pomknęliśmy do Wisły.
Na miejscu byliśmy nieco przed 16:00. Zapodaliśmy sobie nieco ciepłego paliwa w postaci grillowanych potraw oraz nieco %%%. Potem przenieśliśmy się do lodziarni gdzie najpierw wtrząchnęliśmy po gigantycznym lodzie śmietankowym. W czasie podróży Jacek kilka razy rozmawiał z Tomkiem i nawzajem informowaliśmy się o swoich zamiarach i postępach w ich realizacji. W lodziarni nastąpiła ostatnia sesja telefoniczna w wyniku której doszło do naszego spotkania z Krzyśkiem i Tomkiem, w tymże miejscu.
Posiedzieliśmy tam trochę dzieląc się opowieściami z naszych podróży i wyczynów.
Potem pojechaliśmy na dworzec PKP gdzie dopilnowaliśmy aby chłopaki wsiedli grzecznie do pociągu. Mamy na to dowody :-)
Nam z kolei wypadło poszukać noclegu. Sławek i Jacek mieli już przygotowaną opcję, która zadziałała. Dostaliśmy 3-osobowy pokój w domu Kasieńka (o ile nie pokręciłem nazwy). Albo to może była Karolinka? W każdym bądź razie jak będzie trzeba, to tam trafię :-)
Pozbywszy się większości bagażu, uzbrojeni w chęć szczerą i ciepłe ciuchy wyruszyliśmy na podjazd na Osiedle Jurzyków. Początek wyglądał niegroźnie i jechało się spokojnie. Potem zaczęło być stromo. Potem jeszcze bardziej stromo. Potem 1 z przodu, 1 z tyłu i nieźle było trzeba się natyrać. Pod pretekstem przepuszczenia przejeżdżających samochodów ze 4 albo i więcej razy zrobiłem sobie postój na wyrównanie oddechu. Coś mnie jeszcze tego dnia dyńka nawalała i to wjazdu nie ułatwiało. Jacek wydarł przede mną tak daleko, że straciłem go z oczu na jakiś czas. Z kolei Sławek spokojnie, sobie wjeżdżał na końcu. Przy końcu asfaltu powierzyliśmy pieczę nad kluczem do pokoju Sławkowi i posłaliśmy go na dół a my z Jackiem postanowiliśmy się wdrapać na samą górę.
Dopóki był asfalt dało się jechać. Potem jeszcze kawałek po drodze gruntowej też. A potem zaczęło nam odrywać przednie koła przy lada depnięciu i trzeba było zacząć wprowadzać. Słońce już zaszło i nad osiedle dotarliśmy jak już zaczynało się robić całkiem ciemno. Ponieważ trochę tak jakoś niefajnie jest wjeżdżać i zjeżdżać tą samą drogą postanowiliśmy brnąć dalej drogą gruntową, która była całkiem dobrze wyjeżdżona czyli gdzieś musiała prowadzić.
I prowadziła. Pan na traktorze z drewnem powiedział, że cały czas prosto w dół i dojedziemy do Wisły. No tośmy pojechali. W międzyczasie zrobiło się całkiem ciemno. Zjazd był... interesujący. W wąskim kręgu światła z lampki raz widać było kamienie i korzenie, raz betonowe płyty. Cały czas na hamulcach zjechaliśmy w końcu do asfaltu i potem do rondka, gdzie cierpliwie na nas czekał Sławek.
Drobne zaopatrzenie na wieczór i powrót do kwatery.
Dzień się jeszcze jednak nie skończył. W pobliskiej pizzerii wszamaliśmy dużą pizzę z 4 rodzajami sera zapiwszy to lokalnie warzonym piwem (tak twierdzili sprzedawcy), całkiem niezłym.
Powrót na kwaterę, walka z jeszcze jednym lokalnym produktem, prysznice i spać.










Kategoria Kilkudniowe

DPD+"Nocna" Dorotka

  • DST 70.00km
  • Teren 5.00km
  • Czas 03:19
  • VAVG 21.11km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 16 września 2011 | dodano: 16.09.2011

Dziś dość owocny dzień. Rano standard do pracy czyli 16km w niecałe 40 minut. Niby wstałem wcześnie a pozbierać się nie mogłem. Jak zwykle.
Powrót do domu przez Dąbrowę Górniczą. Trochę nietypowo bo próbowałem jakoś ominąć wszystkie te wykopki, które tam teraz uskuteczniają ale nie bardzo to wyszło bo jeszcze na dodatek utknąłem przy szlabanie kolejowym. Chyba na jakiś czas zrezygnuję z powrotów przez D. G. Za D. G. już bez problemów, "Zielona", Preczów, Sarnów i prosto do domu.
O 18:00 ruszłem na umówiony wcześniej wjazd nocny na Dorotkę. Start miał być o 19:00 ale daliśmy jeszcze 10 minut ewentualnym maruderom. Nic to jednak nie dało. Ci co przyjechali punktualnie to byli a po czasie nie zjawił się nikt. Skład był taki: t0mas82, accjacek (wybacz, że Cię dekonspiruję przed Szanowną Twoją Małżonką, ale jak będzie trzeba, to nawet w sądzię za Tobą dobre słowo rzeknę o ile coś będzie znaczyć; jako jeden z Ojców-Inicjatorów nocnego wjazdu na Dorotkę musisz zostać wymieniony; powiedz Żonie, że to historycznie ważny moment, kiedyś będą o tym pisać w książkach, będziesz sławnym człowiekiem), Olo81 (nick z zmk.wikidot.com - Olo jeśli masz na bikestats.pl konto to daj jakoś znać) i ja.
Przez Sosnowiec przejechaliśmy statecznym 25km/h. Przez Będzin Olo nas ostro pociągnął swoim ostrym kołem a i tak jeszcze to nie było wszystko, co potrafił, jak się później okazało. Podjechaliśmy pod Dyskobola w Będzinie w nadziei, że ktoś może czeka i dołączy ale tylko wystraszyliśmy jakiegoś małoletniego na rowerze.
Dalej w niezmienionym składzie pojechaliśmy do Grodźca gdzie Olo pokazał moc ostrego koła i pod górkę wydarł jak rakieta. Tomek pognał za Olem a my z Jackiem dużo "stateczniej" podążyliśmy ich śladem. Tomek się zlitował i poczekał na nas pod kościołem. Razem dojechaliśmy do skrzyżowania gdzie drogi rozchodzą się na Gródków i Wojkowice i tam czekał na nas uciekinier. Stamtąd razem zaczęliśmy drapanie się na górę. Końcóweczkę podprowadzaliśmy bo autentycznie między drzewami było ciemno jak w... (tu niech sobie każdy wpisze co uważa za szczyt ciemności) i gdyby nie lampki to byśmy chyba wszystkie drzewa poobijali.
Na szczycie niespodzianka. Dwaj moi krajanie (czyt.: mieszkańcy tej samej wioski co ja) przywitali nas błyskiem fleszy. Piotrek i Patryk piechotą wcześniej wdrapali się pod kościół i czatowali na nas.
Po wymianie uścisków dłoni, błyśnięć fleszami po oczach, kilku uwagach na tematy różne (rowerowe i nie tylko), co trwało 15-20 min. rozpoczęliśmy odwrót ze zdobytej pozycji. Piotr i Patryk wrócili do pozostawionego gdzieś na dole pojazdu i udali się w sobie znane tylko miejsce w sobie tylko znanym celu (coś o jakimś popularnym fastfoodzie była mowa).
My razem najkrótszą drogą zjechaliśmy do skrzyżowania, od którego rozpoczęliśmy zdobywanie Dorotki. Jacek przy okazji obudził wszystkich wokół wrzaskiem swoich tarczowych hamulców :-) Tam się pożegnaliśmy. Chłopaki ruszyli w stronę Będzina a ja do siebie, w stronę Gródkowa.
Gruntu wiele nie było na tej Dorotce ale jeszcze wracałem trochę przez D. G. gdzie miejscami jest pozrywany asfalt i te miejsca doskonale klasyfikują się jako "teren". Dlatego 5 km.






Od lewej: Piotr, Grzegorz, Jacek, Tomek, Patryk i na dole ja.


Kategoria Praca

DPD+zaopatrzenie

  • DST 37.00km
  • Czas 01:40
  • VAVG 22.20km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Czwartek, 15 września 2011 | dodano: 15.09.2011

Rano zimno (+6 st.) i mgliście miejscami. Już chyba czas przyzwyczaić się do wdzianek z długimi końcówkami :-(
Powrót przez Sosnowiec-Wawel-Pogoń, Będzin (Kaufland). Słoneczko ładnie świeciło ale dość silny i raczej chłodny wiatr mocno redukował temperaturę. Powrót pod wiatr z pełnymi sakwami nieco mnie wypompował.


Kategoria Praca

DPD nietypowe

  • DST 35.00km
  • Czas 01:26
  • VAVG 24.42km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Środa, 14 września 2011 | dodano: 14.09.2011

Rano normalnie 16 km. Powrót nieco nietypowo. Śmignąłem koło Macro w Sosnowcu, obok Decathlon-u i do serwisu po kolejne pedały. Niestety w moim tradycyjnym punkcie serwisowym zawiódł dostawca i nie było takich na łożyskach maszynowych więc musiałem jeszcze pokręcić do konkurencji. Tym razem sukces. AIM Comfort na "maszynkach". 62 zety. Mam nadzieję, że trochę wytrzymają.
Potem szybko (co nie znaczy najkrótszą drogą) do domu (przez Sarnów). Zgrzytanie prawego pedała skutecznie zagłuszała muza w uszy. Na miejscu wymiana.


Kategoria Praca

Dom->Praca->Czeladź->Grodziec->Wojkowice->Dom

  • DST 45.00km
  • Czas 02:10
  • VAVG 20.77km/h
  • Sprzęt Kiedyś Giant
  • Aktywność Jazda na rowerze
Wtorek, 13 września 2011 | dodano: 13.09.2011

Standard 16km do pracy i potem małe co-nieco na dokładkę. Deczko wiało ale nie miało to wielkiego znaczenia w sumie, bo popylałem górkami więc i tak się nie dało rwać.
Wymienione pedały. Ciekawe ile wytrzymają...


Kategoria Praca