DS - testy napędu - Rogoźnik - D
-
DST
69.00km
-
Teren
20.00km
-
Czas
03:40
-
VAVG
18.82km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Srebrną Strzałą do serwisu na wymianę napędu i supportu. Po drodze tylko drobna odchyłka do bankomatu. Rowerek do odbioru około 16:00 i potem w planach rundka testowa w towarzystwie :-) Start z Będzina o 17:00 spod Dyskobola. Każde 2 koła mile widziane :-)
Rower odebrałem z serwisu jakoś tak po 16:00. Jak się okazało, wymiana supportu była konieczna nie tylko ze względu na to, że "jedyneczka" z przodu nie wchodziła ale i dlatego, że się był po prostu rozsypał. Tykanie, które strasznie mnie irytowało, a którego źródła nie mogłem wytropić pochodziło właśnie z rozsypanego supportu. Teraz słychać tylko równo pracujący łańcuch bez żadnych zbędnych hałasów.
Mając jeszcze trochę czasu do spotkania pod Dyskobolem wybrałem się na Syberkę na 12%. Potem dalej przez Zamkowe do lasku grodzieckiego i wybywszy z niego obok wiaduktu na wylocie z Będzina do Łagiszy pokręciłem pod Dyskobola. Zastałem tam już Edytę, Damiana i Rafała. W chwilę po mnie zjawił się jeszcze Paweł. W piątkę pojechaliśmy pod Zamek, gdzie formowała się grupa wyjazdowa skrzyknięta na forum Ghostbikers, a o której info wytropiła Edyta. W sumie było nas kilkanaście osób.
Tradycyjne pytanie: gdzie jedziemy otrzymało dwie odpowiedzi. Jedna to Rogoźnik. Druga Przeczyce. Stanęło na Rogoźniku. A mnie się trafiła rola wodzącego peleton :-)
Tak też i wodziłem. Do Rogoźnika jechaliśmy dość podobnie jak wcześniej z Edytą, Joanną i Marcinem. Powrót wyrzeźbiłem trochę inaczej a potem jeszcze dołożyliśmy sobie trochę off-road. Wspólny objazd zakończyliśmy przy światłach obok M1 w Czeladzi. Osoby z Sosnowca odbiły w tamtą stronę a ja z ludźmi z Będzina przez kładkę na Syberkę, gdzie ostatecznie grupa się rozjechała.
Dzięki wszystkim z wspólne jeżdżenie. Jak na spontaniczne rowerowanie to całkiem sporo nas było i całkiem sprawnie kulaliśmy się z miejsca na miejsce. Tuszę, iże to nie ostatni raz :-)
I jeszcze pozwolę sobie podlinkować foto (chyba z aparatu Kariny) dzisiejszej grupy. Zrobione w Rogoźniku.
I jeszcze mapka wydobyta z Garmina.
To cały mój rowerowy dzień. Część wspólna to ta największa pętla.
Kategoria Serwis, Inne
Praca-Optyk-Serwis
-
DST
36.00km
-
Teren
1.00km
-
Czas
01:51
-
VAVG
19.46km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Na chwilę do pracy załatwić takie tam różne (przez Sarnów, Preczów i Dąbrowę Górniczą). Potem do Będzina do optyka odebrać okulary. Okazało się jednak, że będą jutro bo się pomerdało coś z wysyłką. Potem do serwisu po korbę ale od słowa do słowa stanęło na tym, że jak jutro na 10:00 się zjawię to na miejscu za jednym zamachem wymienię też support i będę miał sprawną "jedyneczkę" z przodu, co w świetle wczoraj zarysowanych przez Nekora planów, może być wielce użyteczne. Potem już prosto do domu przez Zamkowe, Grodziec i Gródków.
Pogoda "dymata". Niby na termometrze +30 st. C a wcale tak ciepło nie jest. Wiaterek silny i dość zimny.
I ubywa odcinków terenowych. Ostatnio w kilku miejscach gdzie dawniej była wyjeżdżona droga gruntowa pojawia się takie coś, co przypomina zmielony i ubity asfalt. Przyuważyłem takie odcinki w Preczowie i w Będzinie na Zamkowym. Pewnie już niedługo nawet w środku lasu będą asfalt kłaść :-/
Reklama cd. :-)
-
DST
78.00km
-
Teren
20.00km
-
Czas
04:35
-
VAVG
17.02km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dzisiejszy dzień, jeśli chodzi o aurę, nie rozpieszczał. Dość silny wiatr, nie za ciepły. Na szczęście ze śmigających chmur nie spadł deszcz a i słoneczko przebijało się nawet na czasem dość długo.
Jeśli chodzi o rowerowanie, to dzień spędzony baaaardzo fajnie :-)
Na wycieczce do Ogrodzieńca wstępnie umówiliśmy się z Edytą i Joanną oraz Marcinem na wtorek, na trasę po moich okolicach. Dziś tylko pozostało dograć godzinę i miejsce startu. Wypadło na Rynek w Czeladzi i 16:00. Trochę potem godzina uległa przesunięciu z różnych względów ale udało nam się zjechać i pojechać.
Kręciliśmy się bezdrożami, asfaltami i klinkierkami po Czeladzi, Grodźcu, Wojkowicach, Przełajce, Rogoźniku, Górze Siewierskiej, Brzękowicach, Psarach, Sarnowie i Łagiszy. W parku w Rogoźniku zrobiliśmy chwilę postoju w restauracji na coś ciepłego do picia. Drugą przerwę zrobiliśmy na startowisku paralotniarzy w Górze Siewierskiej by podziwiać rozciągający się stamtąd widok na Zagłębie i nie tylko.
Po ogrodzieńcowej "wyrypie" lokalne wertepki zdawały się nie robić wielkiego problemu ani Joannie ani Edycie. Jechaliśmy fajnym, równym tempem w grupie. Nikt na nikogo nie musiał czekać. Gdzie się dało, to była gonitwa ale były też kawałki gdzie jechaliśmy spokojnie i był czas porozmawiać.
Wspólna pętelka to około 50km przy czym sporo w terenie. Zakończyliśmy wspólny objazd w Sosnowcu gdzie najpierw odprowadziliśmy Edytę do domu, potem Joannę a na końcu ja odprowadziłem Marcina. Z Zagórza już solo przez Dąbrowę Górniczą, obok molo na P3, Zieloną, Preczów i Sarnów pognałem do domu.
Bardzo miło spędzony czas. Gdyby jeszcze tylko pogoda była nieco bardziej sprzyjająca to nic właściwe od dnia by nie trzeba było wymagać.
Rano, po wizycie rzeczoznawcy z PZU, odstawiłem Nowego Rumaka do serwisu.
Zakupiłem też wolnobieg i łańcuch do Srebrnej Strzały. Dziś już kilka razy mało zębów sobie nie wybiłem jak łańcuch przeskoczył. Obawiam się tylko, żeby po wymianie wolnobiegu i łańcucha nie okazało się, że jeszcze trzeba korbę też zmienić. Ale to już jutro po zmianie zrobię trochę testów i się przekonam.
Kategoria Inne, Serwis
Dziś tylko żeby nie zapomnieć jak się kręci
-
DST
38.00km
-
Czas
02:20
-
VAVG
16.29km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Na początek potoczyłem się do pracy załatwić to i owo. Potem do Marcina i razem pojechaliśmy na Mydlice. Potem przez Warpie do serwisu rowerowego obok szpitala w Będzinie gdzie nabyłem smar i zaklepałem sobie wizytę serwisową Nowego Rumaka. Podjeżdżamy jeszcze razem do optyka, gdzie żegnam się z Marcinem. Zamawiam 2 pary okularów i ruszam do domu. Za Lidlem czuję, jak opadam z sił więc zawracam do Lidla na szybkie mini zakupy a w szczególności za czymś kalorycznym. Wtrzącham Big Milka w czekoladzie i jest odrobinę lepiej ale do domu i tak toczę się tempem spacerowym i najkrótszą drogą.
Jest trochę słoneczka ale wieje z zachodu chłodny wiatr. Pogoda diametralnie odmienna niż wczorajsza. Jeszcze o północy było naprawdę bardzo przyjemnie i ciepło. Dziś to niemal szok termiczny.
Dziś dzień na futrunek i regenerację sił. Zarazem jest to lekcja, jaką dobrze wziąć do serca przed podróżą nad morze tzn. "nie przeginać". Da się na emtebeku przejechać te 170-200 km dziennie. Nawet 2 dni pod rząd ale zapłata za to w końcu musi nastąpić i siły odpływają. Trzeba będzie się pilnować by za bardzo nie przekraczać zakładanych 120km dziennie i dać sobie czas na odpoczynek, a w szczególności na sen.
Kategoria Inne
Reklama dzwignią wszystkiego - Ogrodzieniec
-
DST
174.00km
-
Teren
40.00km
-
Czas
10:25
-
VAVG
16.70km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Dla odmiany na początek mapka.
A to co na mapce tylko jest kreską to w rzeczywistości zapis bardzo barwnego dnia.
Zaczęło się u mnie spóźnionym o 15 min. startem. Miałem dostać się do Sosnowca pod fontannę na start wycieczki współorganizowanej przez nasz klub. Przez Wojkowice, Czeladź i Milowice docieram na czas. Okazuje się, że będzie lekka obsuwa bo jeszcze nie wszyscy dotarli a było już około 20 osób. Kiedy wreszcie są wszyscy ruszamy do Będzina pod Zamek na spotkanie ze współorganizaotorami i wiodącymi dzisiejszy wyjazd Ghostbikersami. Na miejscu czeka już grupa i to sporo liczniejsza niż ta z Sosnowca. Tradycyjne focenie i ruszamy.
Po drodze mniejsze lub większe przerwy dla zbicia grupy w bardziej zwartą kolumnę, a później również na sprawy techniczne (głównie kapcie ale były też sprawy z linką od przerzutek i sztycą, która zmusiła Olka z Ghostów do zakończenia jazdy - szkoda) i uzupełnianie zarówno płynów jak i kalorii. Wypadły one m. in. na Zielonej, w Wojkowicach Kościelnych, przy OSP w Tucznawie, w Ogrodzieńcu przy Biedronce i potem na Podzamczu. Dalej była ferma strusi jeszcze - tym razem bez kosztowania ale za to z krótką opowieścią o strusiach wygłoszoną przez właściciela fermy.
Od fermy Ghostbikers prowadzą większą część grupy na powrót w nasze okolice.
Natomiast my, czyli grupa wędrowna w składzie: Edyta, Joanna, Pan Rysiek, Paweł, Rysiek, Marcin i ja, wyruszamy na początek do Pilicy gdzie focimy przy ruinach zamku a potem objadamy się Giga pizzami. Dalej kierujemy się na zamek w Smoleniu gdzie znów focimy. Kolejny punkt na trasie to Bydlin i stamtąd już powrót do Dąbrowy Górniczej. Zanim jednak udało się wrócić to było jeżdżenie po szlakach pieszych i rowerowych (czerwony, czarny, niebieski). Była moja nie-gleba. Było źródełko. PIT-STOP na smarowanie łańcuchów. Mnóstwo rozmów i jeszcze więcej jazdy.
Koleżanki Edyta i Joanna bez problemów radziły sobie w naprawdę momentami ciężkim terenie. Jechaliśmy zwartą grupą i tylko czasem na zjazdach pozwalaliśmy sobie na rozpasanie i rozciągnięcie naszego minipeletonu.
Wszystkiego nawet nie jestem sobie w stanie poukładać po kolei co się działo, bo działo się bardzo dużo a dzień rowerowy zakończyłem praktycznie dopiero po północy - ślad na mapce urywa się przed Łagiszą czyli tam musiałem dotrzeć nim wybiła północ. Pozostały do domu dystans odbyłem już formalnie dnia następnego.
Nasze odłączenie od grupy było po części spowodowane tym, że w planach mieliśmy pojeździć cały dzień a po części tym, by dać odczuć koleżankom jak często wyglądają nasze klubowe wycieczki tzn. kończy się niezłymi objazdami, po nocy, na obcym terenie i przy dobrej zabawie. Mam wrażenie, że chyba taka forma wędrowania znalazła ich uznanie choć trzeba przyznać, że może nieco przegięliśmy z dystansem i czasem - w końcu to niedziela i trzeba dnia następnego uruchomić się do pracy.
Niemniej dziękuję wszystkim, z którymi była dziś okazja pojeździć. Fajnie się ten czas z Wami spędzało i mam nadzieję, że będą okazje to powtarzać.
Grupa startująca z Sosnowca.
Zdjęcie przy Zamku w Będzinie. To już większość składu wyjazdu.
A za Tucznawą się zaczęła czarna seria kapciowa.
Oberwało się też "ostrzakowi" i to nie raz.
Padła sztyca u Olka :-/
Ale pod zamek na Podzamczu dotarła całkiem liczna grupa.
A tu straszymy strusie.
Nasz najazd wystraszył panią struś i składanie jaja jej się zatrzymało ;-)
Właściciel fermy opowiedział nam trochę o swoich podopiecznych.
A potem już grupa wędrowna zaczęła przebijać się do Pilicy.
Podjazd do ruin zamku w Pilicy zrobiliśmy czerwonym szlakiem.
Wędrówka szlakami pieszymi i rowerowymi wyglądała m. in. tak.
W ruinach zamku Smoleń.
Chwila zadumy nad dalszą trasą.
Jeszcze jedne ruiny ale wyleciało mi z pamięci jak to miejsce się nazywa.
A potem długa przerwa w foceniu i ostatnia fotka wspólna w Dąbrowie Górniczej.
Potem jeszcze odprowadzanie koleżanek bezpiecznie pod drzwi. Rysiek leci do siebie do Katowic - trzeba dodać, że w expresowym tempie. Pan Rysiek z Dąbrowy jedzie już prosto na Zagórze. Marcin, Paweł i ja odprowadzamy Edytę na Pogoń gdzie żegnamy się też z Pawłem i we trójkę jedziemy do centrum Sosnowca, gdzie eskortujemy Joannę pod drzwi i się z nią żegnamy. Potem we dwóch jedziemy w stronę Zagórza. Marcin naprowadza mnie na hutę Buczek i się żegnamy. A ja już potem drę prosto do domu przez Pogoń, nerkę w Będzinie, w Łagiszy skręcam na Gródków. Koło przejazdu kolejowego w Gródkowie coś tam kapnęło więc 3-7 i w ekspresowym tempie jestem w domu. Wpis, mapka, wszamać coś i spać.
I jeszcze link do pełnej galerii
Kategoria Inne
Goczałkowice z Marcinem
-
DST
172.00km
-
Teren
20.00km
-
Czas
09:15
-
VAVG
18.59km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Organizatorem mojego dzisiejszego dnia rowerowego i nie tylko był Marcin.
Jechał ze swoim tatą w odwiedziny do braci w Goczałkowicach do sanatorium.
Tak więc początek to jazda do Sosnowca na umówione spotkanie. Dojechane o czasie bez napinek. Na miejscu jest już Pan Rysiek a w chwilę później jest i Tata Marcina i on sam. Ruszamy do Szopienic, gdzie mamy się jeszcze spotkać z ostatnim uczestnikiem wyjazdu, Darkiem z Mysłowic.
Dalej trasy nie będę opisywał bo na mapce jest wszystko.
Podróż z różnymi przygodami. Niedaleko Janiny w rowerze Taty Marcina strzela oś z tyłu. Marcin i Pan Rysiek zabierają uszkodzone koło i ganiają w poszukiwaniu czynnego serwisu, który by naprawił usterkę na poczekaniu. Udaje się choć obsuwa w czasie to 1,5h.
Po drodze już większych problemów nie było (poza komarami). Docieramy na miejsce.
Tutaj szamamy bardzo smaczny obiad (lokal zarekomendowany przez Marcina staje na wysokości zadania) a potem wybieramy się z jednym z braci Marcina na mały objazd po Goczałkowicach. Głównie wertepkowo. Wpadamy na Zaporę, tam mały sprint, i wracamy asfaltem do startu.
Żegnamy się z chłopakami i rozpoczynamy powrót. "Na Garmina". Czyli jest wesoło bo urządzonko dodaje do prostej trasy pogięte pętelki. Dodatkowo uwalony zaczep nie pozwala mi zamocować go na kierownicy i tak mi dynda przytroczony do plecaka. Jazda i ciągłe zerkanie nie bardzo działają i trochę odbijamy od trasy. Wkurzony robię prowizorkę na paski samozaciskowe i jedziemy dalej. Nie jest idealnie ale musi być. Generalnie do Imielina to jedziemy na GPS-a. Potem Prowadzi Darek. W końcu to jego tereny.
Już po zachodzie słońca dojeżdżamy do Mysłowiec, gdzie żegna się z nami Darek. We czterech jedziemy do Sosnowca. Po drodze jakaś młoda para odpalała lampiony więc chwilę stanęliśmy pogapić się. I tu się żegnam z Panem Ryśkiem i Tatą Marcina. Oni uderzają na Zagórze a Marcin i ja jedziemy do Będzina.
Żegnamy się na moście nad Czarną Przemszą i Marcin zawija do Dąbrowy Górniczej i dalej do siebie a ja przez Gródków, najkrótszą drogą, do siebie.
Obaj docieramy niemal o tej samej godzinie
Dzień fantastycznie spędzony. Zgrana grupa, świetna pogoda, nienajgorszy kilometraż, trochę przygód, kupa śmiechu. Mam nadzieję, że jutro na Ogrodzieńcu wyrobię.
Dostawa naprawionego koła.
Foto po objeździe na zaporze.
Obowiązkowe foto w Pszczynie.
Link do pełnej galerii
Kategoria Inne
Polisa, Optyk, PTTK i gdzieśmy to nie byli
-
DST
61.00km
-
Teren
20.00km
-
Czas
03:35
-
VAVG
17.02km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Na razie wpis bezkilometrażowy bo jeszcze nie wyruszyłem z domu ale sprawa rowerka się nieco wyklarowała.
Po oględzinach wygląda to tak, że koło nieźle zjajcowane - bez centrownicy nie da rady a może nawet skończy się na wymianie koła. Pogięty lekko bagażnik z lewej strony. I, co mnie bardzo zdziwiło, pogięty wózek przedniej przerzutki. Lekko otarte siodełko do kompletu.
Zgłosiłem szkodę do PZU z Casco roweru przy polisie "Bezpieczny Rowerzysta". We wtorek spotkanie z rzeczoznawcą i rowerek do serwisu. Czyli przynajmniej to mnie nie szarpnie.
Teraz część wybitnie rowerowa.
Wybywam z domu po 15:00. Pierwszy cel: optyk. Chciałem sobie zamówić nowe okulary ale tu czegoś nie ma, tam coś zepsute i jeszcze raz w poniedziałek będę musiał jechać. Ale za to w poniedziałek jakieś promocje ruszają więc może i dobrze się poskładało.
Po drodze spotykam kolegę z pracy, tego co sobie nogę był uszkodził na siatce. Odprowadzam go pod Dworzec Kolejowy i dalej uderzam w stronę siedziby PTTK w Sosnowcu. Na miejscu jestem kilka minut przed 16:30. Już mnie chyba zdążyli obgadać bo na wejściu padło coś "o wilku mowa" :-p
1,5h minęło błyskawicznie na sprawach klubowych. Po spotkaniu objazd. Trochę dla własnej potrzeby a trochę dla zareklamowania klubu przyszłej, mamy taką nadzieję, klubowiczce Edycie.
Wyruszamy w piątkę: Edyta, Paweł, Marcin (Prezes), Marcin i ja. Prowadzi Prezes i Paweł. Do Czeladzi różnymi zawijasami, fajnymi zawijasami, zawijasami, którymi jeszcze nie jechałem. W Czeladzi żegnamy się z Pawłem i jedziemy dalej w czwórkę do M1, przez Syberkę i wzdłuż wałów Czarnej Przemszy na Zieloną i pod molo. Tam spotykamy Damiana. Jest już po czterdziestokilometrowym objeździe. Chwilę potem dołącza do nas kolejny klubowicz z Cyklozy, Pan Rysiek. Potem do konwersującej grupki dołącza jeszcze Piotr na szosie i Dawid na ostrzaku. Jest wesoło. Czas jednak się rozjechać i grupy się przeformowują. Piotr z Dawidem chyba dalej poszli robić kółeczka. Marcin z Damianem odbijają na Sosnowiec a my: Edyta, Pan Rysiek, Marcin i ja jedziemy pobłąkać się jeszcze po okolicznych wertepkach.
Na Zieloną, przez mostek na Przemszy, do Preczowa. Za torami wbijamy w singielek i lasem jedziemy do Sarnowa. Tam przeskakujemy trasę Częstochowa-Katowice (albo na odwrót jak kto woli) i jedziemy do Psar. Na wysokości pizzerii wbijamy w lewo na teren i zjeżdżamy aż pod las w Gródkowie. Jego brzegiem wyjeżdżamy "Pod Lwem" i dalej obok restauracji terenem do Grodźca. Skręcamy na Mickiewicza i zaraz potem w prawo, lewo, prawo obok śmietnika na czerwony szlak i wypadamy obok leśniczówki w Lasku Grodzieckim. Przez lasek jedziemy pod Wiadukt przy Zamkowym. Tam dłuższa, kolejna chwila pogaduch (jakby mało było tych w czasie jazdy) :-) i w końcu żegnam się z sympatycznymi towarzyszami dzisiejszego rowerowania. Oni jadą w kierunku targu a ja do Grodźca i dalej do Gródkowa. Obok szkoły w Gródkowie mykam w Leśną, za torami w lewo. Znowu przejeżdżam te same tory, skręt w prawo. Stop na przejeździe na tych samych torach i w klinkierek by zaraz zrobić zwrot w lewo. Na końcu zwrot w prawo (obok piekarni) i wypadam przy Lewiatanie w Psarach. Stamtąd prosto do domu.
Dystans mniejszy niż wczoraj ale fajnie pojeżdżony. Mam wrażenie, że przyszłej klubowiczce Edycie odpowiadają takie wertepki jakimi ją prowadziliśmy. Bez problemu utrzymywała tempo, które miejscami nie było wcale takie spacerowe. Wstępnie, na razie bez detali, ustaliliśmy, że jeśli sobie zażyczy to oprowadzę ją po dalszych i bliższych okolicach. Może też uda się sklecić większą grupę i pośmigać w tłumie. Detale ustalimy na niedzielnym wyjeździe do Ogrodzieńca.
I jeszcze co GPS zeznaje:
Kategoria Inne
Żem się jednak w ten baniak mocno tyrpnął
-
DST
112.00km
-
Teren
20.00km
-
Czas
05:45
-
VAVG
19.48km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rano lekarz stwierdza, że skoro nic mi się nie działo przez dzień i noc to mogę wybyć do domu. Zmiana opatrunku i wychodzę.
Odbiera mnie brat i zawozi od razu do serwisu rowerowego, gdzie kupuję nowy kask.
Taki, o:
Podobno "miszcze" jeżdżą w takich ;-P
Brat odwozi mnie do domu i tu przebiórka w obciski i w drogę. Rowerem, żeby nie było. Najpierw do pracy po RMUA. Stamtąd do szpitala po ZLA. Ze szpitala ze ZLA do pracy oddać ono. Tak więc pierwsze 45 km tego dnia przez ZUS. Jechało się fajnie. W pracy jeszcze załatwiam trochę papierków związanych z dokumentacją Wypadku W Drodze Do Pracy i na wylocie dzwonię do Marcina, czy ma luzy. Mówi, że ma i spotykamy się u niego pod domem. Przybywa tam też Piotr. Chwila rozmowy i ruszamy. Ponieważ po szpitalnym wikcie miałem straszną ochotę zjeść coś niekoniecznie zdrowego ale zdecydowanie kalorycznego i chodziła mi pizza po głowie więc powiedziałem, że mają mnie podprowadzić do jakiegoś lokalu, gdzie można wbić z rowerem i zjeść takie cuś. Lądujemy w pizzerii przy rondzie Aleja Róż. Wszamaliśmy co nam podali i w końcu przestałem być głodny :-) Jedziemy pod antykwariat i tam spotykamy Dawida (o ile nie przekręciłem imienia, mam z tym problemy od baaaardzo dawna) na ostrzaku. Jedziemy razem na P3 i objeżdżamy zbiornik od zachodu i północy w kierunku przystani. Tam się z chłopakami żegnamy i we dwóch z Marcinem jedziemy dalej. A dalej to mnie wodził Marcin. Gdzie, to na śladzie widać. W każdym bądź razie jechało się fajnie. Po drodze przelecieliśmy obok Kwatery Głównej Moniki i przez kilka innych miejsc, których już nie mam siły wymieniać.
Gdzieś w polach panorama na Hutę Katowice.
Tankowanie i futrunek naprzeciw straży pożarnej w Tucznawie.
Po drodze trochę pokapało ale niegroźnie. Za to objawiła się tęcza.
Wiatrak na Zawarpiu. Tam zawitaliśmy po tym, jak nam się szwędacze odpaliły.
A żeby nie było, że piszę brednie o "miszczach" to obrazek z dziś z Dąbia.
Kategoria Inne, Praca
No więc żem se miał wypadek
-
DST
7.00km
-
Czas
00:16
-
VAVG
26.25km/h
-
Sprzęt Merida Matts TFS 100D
-
Aktywność Jazda na rowerze
Wyglądało tak.
Start standardowo 6:10 do pracy. Tak sobie pomykam bez ciśnienia między 25 a 30 km/h jak teren pozwala.
Na wysokości targu w Będzinie zrównuję się z jakąś osobówką (głowy nie dam ale chyba to był srebrny opel) i chwilę jadę z nią równo. Gość zwalnia i skręca w prawo w zjazd na parking czy jakąś boczną uliczkę. Widzę co się dzieje ale czasu na reakcję praktycznie zero. Dostaję zderzakiem z mojej lewej strony w tylne koło. Momentalnie tracę równowagę i próbuję się wybronić od wykładki ale mając tak na oko ze 25 km/h mi się to nie udaje i zaczyna się lot, który kończę przydzwaniając w zderzak zaparkowanego na poboczu samochodu (coś niebieskiego kombi o ile dobrze pamiętam ale za to głowy też nie dam). Wstaję. Odstawiam na bok rower, zdejmuję kask. Pamiętam jeszcze, że zacząłem sobie czoło chusteczkami higienicznymi wycierać i od jakiejś kobiety dostałem gazę jałową. A potem 15 min. przerwy i jest policja, pogotowie i podobno jacyś świadkowie choć jakoś nie bardzo wiem skąd się wzięli (ale w takich sytuacjach zawsze są jacyś niekoniecznie tacy co widzieli).
Dostaję mandat za 220zetów za cytuję: "wyprzedzanie z prawej strony". Przyjmuję ale po mojemu to policja była trochę nie w porządku bo gdyby chcieli to załatwić jak trzeba to by przyjechali na spokojnie ze mną pogadać w szpitalu jak już będę w miarę on-line. A tu mnie dorwali chwilę po tym jak już zacząłem pamiętać i kojarzyć. Podobno przez te 15 min. co mi z pamięci wyparowały 2x dzwoniłem do przełożonego, że się spóźnię a tego w ogóle nie pamiętam. Nie pamiętam momentu zjawienia się policji i pogotowia. Nie mam bladego pojęcia co im mówiłem. Chyba nie straciłem przytomności tyle, że totalny black-out. Po prostu zależało im szybko kogoś uwalić i mieć sprawę odfajkowaną a nie dojść do tego jak to było naprawdę. Jakoś nie potrafię sobie przypomnieć żeby ze mną rozmawiali na temat tego jak wyglądała sprawa z mojego punktu widzenia. Chyba, że w czasie tych 15 min., które mi wyparowały. Trochę szkoda tej kasy ale wolę już tego gnoja, co mnie trafił na oczy nie oglądać do czego by mogło dojść jakby doszło do jakiegoś ciągania się po sądach na czym też mi nie zależy. Może się tymi zetami udławią na szczęście innych.
Co do stał kierowca to nie wiem. Nie miałem okazji zapytać bo mnie zaraz zgarnęło pogotowie i zawiozło do szpitala w Czeladzi, gdzie dostałem full serwis: tomografia komputerowa, szczepienie przeciwtężcowe, EKG i kilka innych standardowych procedur przeglądowych. Lekarz zalecił 24h na obserwacji. Niby mogłem odmówić ale doszedłem do wniosku, że lepiej jednak posłuchać.
Nocka w szpitalu i następnego dnia wybyłem.
Tu chciałem podziękować Panu Kamilowi Kowalowi, o ile dobrze zrozumiałem, Kierownikowi Targowiska w Będzinie (przepraszam jeśli pomyliłem rangę ale moje kumanie dopiero startowało na nowo), za przechowanie rowerka do czasu jego odbioru przez mojego brata. Jeden z fajnych gestów w tej sytuacji.
A teraz trochę fot:
Kask pęknięty z przodu, nad czołem.
Lewa strona kasku od zewnątrz.
Lewa strona kasku od wewnątrz.
Przód kasku od zewnątrz.
"Sweet focia" już w szpitalu po wstępnym przeglądzie.
I to, co zostało z okularów, które najprawdopodobniej rozorały mi łeb.
W sumie to chyba mi ten kask zaoszczędził dużo poważniejszych problemów. W każdym bądź razie szycie nie było konieczne. Skończyło się na rozoranym czole, lekko obtartej lewej ręce i ogólnych potłuczeniach. Dodatkowo stwierdzili wstrząs mózgu ale podobno z nim powinno być ok - tak z TK wynika. Od czasu kiedy zacząłem pamiętać wszystko było ok.
Kategoria Praca
DP - niespodzianki - OSD
-
DST
39.00km
-
Teren
5.00km
-
Czas
01:55
-
VAVG
20.35km/h
-
Sprzęt Kiedyś Giant
-
Aktywność Jazda na rowerze
Rano niestandardowe 17km. Zamknęli skrzyżowanie koło stadionu w Będzinie. Da się jechać tylko z kierunku Sosnowca do Dąbrowy Górniczej. Z Syberki do centrum nie da się przejechać. Coś przy torach grzebią. A podobno jeszcze mają też przebudowywać "nerkę" w Będzinie. Z rozpędu musiałem pojechać prosto i nawrócić.
Wcześniej, na światłach w Gródkowie, dwóch "miszczów" kierownicy. Jeden w rowie, drugi na środku skrzyżowania (czarna beemka) ze skasowanym prawym przodem.
Kolejny "miszcz" tradycyjnie na Mecu - wyprzedzanie autobusu przy podwójnej ciągłej.
Poza tym zwykły dojazd do pracy.
I jeszcze na 11-go Listopada położyli asfalt. Tzn. jak jechałem jeszcze walcowali ale dało się już jechać.
Po pracy przez Dąbrowę Górniczą, Mydlice, Warpie, do serwisu rowerowego. Stałem się posiadaczem klucza do zdejmowania kaset, zapasu szprych i wersji podróżnej Brunoxa do amorków. Z serwisu pojechałem w stronę skrzyżowania obok stadionu sprawdzić czy dalej zamknięte. Przelatując obok Lidla przyuważyłem Ryśka. Okazało się, że z kuzynem wracają z Pogorii. Chwila gadki. Rzut okiem na nowe obuwie Ryśkowego rowerka (wyglądają ładnie) i jadę dalej. Przez Zamkowe, Lasek Grodziecki na wertepki co to one wychodzą w Gródkowie obok "Pod Lwem", dalej prosto pod las i w stronę podstawówki w Gródkowie. Tam w prawo i do końca asfaltu w teren a potem skręt w lewo i dojeżdżam do ul. Łącznej (klinkierek). Tam tajnym shortcut-em podjeżdżam pod dawne kółko rolnicze i szybki wjazd do Lewiatana. Potem prosto do domu.
W domu PIT-STOP. Zakładam szprychy. Czyszczę z grubszego syfu kasetę i takoż zakładam. Potem zdejmuję bo mi się zapomniało osłonkę założyć. Zakładam kasetę znowu. Tarczę hamulca. Wkładam koło na miejsce i wygląda na to, że Nowy Rumak ma się ok. Wyprowadzam go na dwór, poprawiam jeszcze koło i rundka próbna. Nieco dupą rzuca. Koło ździebko zdecentrowane. Przez pół godziny bawię się centrowaniem "na oko" by nieco zminimalizować w końcu "jajcowanie". Jeszcze odrobina dłubania przy duperelach i pojazd gotowy na jutro do pracy. Potem łatanie zapasu i zasiadam w końcu do uzupełnienia wpisu.
Kategoria Praca, Serwis






















